Nie do wiary, z czego czerpie PiS w ustawie o Sądzie Najwyższym. Podobieństwa są bardzo wyraźne

Ustawa PiS o Sądzie Najwyższym ma zapisy podobne do tych z czasów PRL. Na zdjęciu protest "Solidarności" przed gmachem sądu w Warszawie w 1980 r. zarejestrowany przez Polską Kronikę Filmową.
Ustawa PiS o Sądzie Najwyższym ma zapisy podobne do tych z czasów PRL. Na zdjęciu protest "Solidarności" przed gmachem sądu w Warszawie w 1980 r. zarejestrowany przez Polską Kronikę Filmową. Fot. screen ze strony YouTube.com/ drosiczk
Pewne różnice rzucają się w oczy od razu. Ale i pewne podobieństwa też można znaleźć bardzo szybko – już na pierwszych stronach ustaw sprzed lat oraz projektu ustawy, nad którą właśnie pracuje Sejm. Chodzi o rozwiązania stosowane w prawodawstwie w kwestii funkcjonowania Sądu Najwyższego. Te, które obowiązywały przed laty, w okresie Polski Ludowej. I te, które – wszystko na to wskazuje – będą obowiązywać już wkrótce.

Gdy latem Sąd Najwyższy obchodził 100-lecie istnienia, na prawicy wiele osób wskazywało, że powodów do hucznego świętowania nie ma. Skoro bowiem SN istnieje równo wiek, to łatwo policzyć, że połowa okresu jego działalności przypada na czasy PRL. I tu rzeczywiście niechlubnych kart znajdziemy wiele. Wystarczy wspomnieć okrutny wyrok z 20 października 1952 r. podtrzymujący karę śmierci dla Zastępcy Komendanta Głównego Armii Krajowej Augusta Emila Fieldorfa. Wówczas Sąd Najwyższy na posiedzeniu odbywającym się w trybie tajnym (nawet bez udziału oskarżonego, bez jego wysłuchania, jedynie na podstawie akt sprawy czyli zeznań wymuszonych torturami na innych oficerach AK) odrzucił prośbę o ułaskawienie bohatera. Takich wyroków w czasach stalinowskich w Sądzie Najwyższym zapadło o wiele więcej.



Ileż było oburzenia, gdy tuż przed obchodami 100-lecia Sądu Najwyższego, w gmachu zawisły portrety wszystkich byłych Pierwszych Prezesów. I tych z czasów II Rzeczpospolitej, i tych, którzy kierowali pracami SN po upadku PRL, ale też i tych, którzy stali na czele tej instytucji w mrocznych czasach komunizmu i niejedno mają na sumieniu.
Wśród uhonorowanych portretem znalazł się choćby Wacław Barcikowski, który otwiera rząd prezesów z czasów PRL. Stał on na czele SN w najgorszych czasach stalinizmu, do roku 1956. Ale i życiorysy późniejszych prezesów świadczą o tym, że nie było mowy o jakiejkolwiek niezawisłości sędziowskiej. Wszyscy oni byli poddani partyjnemu aparatowi. Jan Wasilkowski, który zastąpił Barcikowskiego (ostatnio jego ulica na warszawskim Ursynowie została zdekomunizowana), w rzeczywistości był i prawnikiem, i politykiem. Przez wszystkie lata, gdy pełnił swoją funkcję w Sądzie Najwyższym, był członkiem PZPR, pod koniec zasiadał nawet w Komitecie Centralnym, a jednocześnie był posłem na Sejm.

Członkami PZPR oraz posłami byli też kolejni prezesi Sądu Najwyższego: Zbigniew Resich, Jerzy Bafia (z tego stanowiska przeszedł płynnie na stanowisko ministra sprawiedliwości), były milicjant Jerzy Berutowicz (ten z kolei objął fotel Pierwszego Prezesa po odejściu z resortu sprawiedliwości, jego czasy w SN to stan wojenny) i Adam Łopatka. Dziwne? Wtedy nikogo to nie dziwiło – wszyscy mieli jasność, że nie istnieje żaden trójpodział władzy. Całą władzę sprawuje partia i tyle. A dziś? Jest sporo symptomów wskazujących, że Prawo i Sprawiedliwość chce powrócić do niektórych rozwiązań z tamtej epoki. Wystarczy zajrzeć do pożółkłych ustaw sprzed dziesięcioleci i porównać je z tym, co proponuje obecna władza.
Ustawa z 1962 roku określała, że to Rada Państwa (kilkunasto - kilkudziesięcioosobowy organ, który po 1952 r. zastąpił w PRL prezydenta) wybierała sędziów Sądu Najwyższego, to ona sama ustalała sposób ich wyboru i to ona także narzucała SN wewnętrzny regulamin.

Nowa ustawa o SN została uchwalona w 1984 r. I w niej też pozostał przepis o podobnym brzmieniu, że " organizację Sądu Najwyższego określa statut nadany przez Radę Państwa". Ustawa z 1984 r. przetrwała bardzo długo – aż do 2002 roku, w międzyczasie dokonywano jedynie jej nowelizacji. I tak jeszcze w 1989 r., w ostatnich dniach istnienia PRL, Sejm kontraktowy dokonał zmiany – zlikwidowaną już wówczas "Radę Państwa" w ustawie zastąpił "Prezydent". Warto przy tym pamiętać, że prezydentem był wtedy gen. Wojciech Jaruzelski.
Później jeszcze dokonywano zmian w ustawie, ale ten przepis pozostawał niezmienny do 2002 r. Wtedy nastąpiło istotne rozdzielenie władzy sądowniczej od władzy państwowej. Od tego momentu to nie politycy, a niezawiśli sędziowie ustalali regulamin funkcjonowania SN.
Dziś PiS wraca do tego, co było wcześniej. Zgodnie z prezydenckim projektem, to głowa państwa ma zdecydować niemal o wszystkim, co dotyczy pracy Sądu Najwyższego, łącznie z kwestią asystentów sędziów.
Dlaczego PiS powraca do rozwiązań rodem z PRL? – Trudno to zrozumieć – przyznaje poseł PO, dr nauk prawnych Krzysztof Brejza, który wychwycił te analogie. Sprawdził przy tym, jak politycy PiS głosowali w 2002 r. w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym, która zrywała z PRL-owską praktyką. Okazuje się, że wszyscy, łącznie z prezesem partii, byli za. Ba, nawet obecny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro popierał wtedy uniezależnienie Sądu Najwyższego od świata polityki.
Krzysztof Brejza
poseł PO

Oni mówią teraz, że jest niewydolne sądownictwo, że jest jakaś kasta, że jest jakieś państwo w państwie, ale z ich strony są to zarzuty szczególnie absurdalne. W roku 99 Jarosław Kaczyński głosował za KRS-em. Z kolei uchwalone w roku 2001 prawo o ustroju sądów powszechnych to jest dzieło Lecha Kaczyńskiego w znacznej mierze. No i w 2002 cały klub PiS głosował za ustawą o Sądzie Najwyższym.

Pytany o kolejne podobieństwa między przepisami sprzed dziesięcioleci i tymi, które zapewne lada chwila będą uchwalone, poseł Brejza wskazuje na "ingerencję władzy wykonawczej w sądownictwo dyscyplinarne".

O powrocie do PRL-owskich rozwiązań mówi także były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll. Jego zdaniem obecnej władzy chodzi o ręczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości, czyli o to, co wydawało się przeszłością bezpowrotnie minioną.
prof. Andrzej Zoll
były Rzecznik Praw Obywatelskich, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej i prezes Trybunału Konstytucyjnego

Stosowanie tego typu przepisów, które odbierają Sądowi Najwyższemu samodzielność, to jest zwrot, który jest bliski czasom PRL. Wtedy i Rada Państwa miała bardzo dużo do powiedzenia, i minister sprawiedliwości miał ogromne kompetencje w kwestiach dyscyplinarnych wobec posłów. A teraz mają być zastosowane bardzo podobne rozwiązania.

Batem na sędziego może być to, że po ukończeniu 65. roku życia może zostać odwołany. Co ciekawe, PRL-owskie ustawy miały podobny zapis, tyle że wiek emerytalny sędziego SN był określony na... 70 lat!
Dlaczego PiS wskazuje wiek niższy niż wyznaczały to ustawy w PRL? Przecież dziś średnia długość życia jest wyższa niż przed laty. Wtedy los 70-letniego sędziego zależał od politycznej decyzji przewodniczącego Rady Państwa. Dziś decyzję w sprawie 65-letniego sędziego będzie podejmował prezydent – I można mieć obawy, że decyzja prezydenta będzie z tego, czy dany sędzia po prostu sprawdził się politycznie czy też nie – komentuje Krzysztof Brejza.

Prace nad zmianami w Sądzie Najwyższym idą błyskawicznie. Jest nad czym pracować, bo prezydencki projekt liczy 74 strony. I tu trzeba przyznać, że pod tym względem różni się on znacznie od poprzednich ustaw o SN. Ta z 2002 r. miała 27 stron, ta z 1984 mieściła się na 8 kartkach, zaś ustawa z 1962 r. liczyła zaledwie 4 strony.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...