Joanna Jaśkowiak stanie przed sądem za przekleństwo. "Powoli czuję się jak gotowana żaba"

Czarny Protest w 2016 roku. Manifestacja przeciwko planom zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak wraz z żoną Joanną Jaśkowiak.
Czarny Protest w 2016 roku. Manifestacja przeciwko planom zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak wraz z żoną Joanną Jaśkowiak. Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
– Przypuszczam, że gdybym nazywała się inaczej, to moje przekleństwo przeszłoby bez echa. Natomiast jest jak jest – stwierdza w rozmowie z naTemat Joanna Jaśkowiak, żona prezydenta Poznania, która 9 stycznia zostanie przesłuchana za publicznie wypowiedziany wulgaryzm.

10 miesięcy minęło od czasu, gdy rzuciła pani, że "jest wkur***" do demonstrantów, którzy 8 marca w ramach Międzynarodowego Strajku Kobiet wyszli na ulice. A tu nagle przychodzi wezwanie na komendę. Zaskoczyli panią?



Po takim czasie nie spodziewałam się, że mogą mnie wezwać na policję. Myślałam, że jeżeli ktoś poczuje się urażony, to poinformuje mnie o tym bliżej 8 marca, a nie po prawie 10 miesiącach.
Joanna Jaśkowiak, małżonka prezydenta Poznania
wypowiedź z 8 marca

Od czasu gdy panuje nam dobra zmiana, budzą się we mnie różne uczucia. (...) Najpierw było to zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, niedowierzanie, złość, wściekłość. I ostatecznie brakuje mi słów i (wyraża to – red.) chyba tylko jedno mało cenzuralne: wkurw. Jestem wkur...


Poznańska policja otrzymała zawiadomienie od osoby fizycznej, która domagała się ukarania pani za wygłoszenie wulgaryzmu w miejscu publicznym. Kto to mógł być? Wierzy pani w takie tłumaczenie?


Wniosek musiał wpłynąć, bo inaczej policja by nie działała. Mam wyznaczony termin przesłuchań, także sądzę, że dowiem się, kto złożył tego typu zeznanie i jakie jest uzasadnienie.

Wkur***– myśli pani, że to słowo faktycznie mogło kogoś szczerze oburzyć, dotknąć?

Nie sądzę, by z zebranych osób ktokolwiek poczuł się urażony, a wręcz przeciwnie – usłyszałam bardzo wiele słów poparcia, zarówno wtedy, jak i teraz – po otrzymanym wezwaniu. Zapoznałam się z wieloma komentarzami, większość z nich jest przychylna. W tych nieprzychylnych tak naprawdę pojawia się jeden podstawowy zarzut: kląć to sobie mogę w domu. Wychodzi z tego hipokryzja pełną gębą. A dwa: nie mogę kląć, bo jestem kobietą. Czyli gdybym była mężczyzną, to mogłabym kląć publicznie. I nie wiem, czy to nie jest jeszcze większa hipokryzja.

No tak, politykom od prawa do lewa zdarza się publicznie przekląć.

Może gdybym była białym mężczyzną wypowiadającym te słowa publicznie, to nie byłoby aż tak dużego zamieszania? Ale że jestem kobietą w średnim wieku, to nie wypada mi takich rzeczy robić.

Mówiła pani o całej gamie emocji, jakie budzi "dobra zmiana". Najpierw zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, niedowierzanie, złość i wściekłość, ostatecznie wku***. Co panią najbardziej irytuje w "dobrej zmianie"?

Chyba to, że powoli czuję się jak gotowana żaba. I tak naprawdę nie wiem, kiedy i na czym to gotowanie się zakończy. Jest to dla mnie szczególnie przykre jako dla kobiety. Pomalutku odbiera mi się podstawowe prawa i nie wiem, na czym się skończy. W tej chwili jestem osobą samodzielną, prowadzącą firmę. I nie wiem, czy któregoś dnia, któremuś z miłościwie panujących nam posłów nie przyjdzie do głowy, by kobiety siedziały sobie w domu i zajmowały się dziećmi, ewentualnie wnukami lub zniedołężniałymi rodzicami. Nie chcę być pozbawiona prawa dokonywania wyboru i możliwości decydowania o sobie.

No taki przekaz jest już lansowany, zarówno na paskach w TVP, jak i ze strony niektórych księży.

Trzy razy "k": kinder, küche, kirche (dzieci, kuchnia i kościół – red.) to nie jest nic nowego. A nie chciałabym do tego wrócić. I chyba to mnie najbardziej denerwuje.

"Być może gdybym nazywała się inaczej, to takie zawiadomienie do prokuratury, do policji i wszczęcie postępowania w ogóle by nie nastąpiło" – powiedziała pani w telewizji. Mężowi nie po drodze z PiS. To za niego pani oberwała?

Przypuszczam, że gdybym nazywała się inaczej, to moje przekleństwo przeszłoby bez echa. Natomiast jest jak jest. Muszę się stawić na wezwanie policji. Póki co porządek prawny jeszcze obowiązuje. Nie zamierzam w żaden sposób tego unikać. Jestem bardzo ciekawa, kto poczuł się tak bardzo urażony i czy był tam obecny (8 marca w Poznaniu – red). A także, czy zastanowił się nad sensem wypowiedzi, czy tylko i wyłącznie skupił się na tym jednym konkretnym słowie. Bo jeśli prześledzi się całą wypowiedź, to nie ma w niej nic oburzającego.

Co mogą pani zrobić za ten wulgaryzm wypowiedziany w miejscu publicznym?


Zgodnie z artykułem 141 kodeksu wykroczeń mogą nałożyć karę ograniczenia wolności, grzywnę lub naganę. Niestety nie wiem, w jakim kierunku pójdzie rozumowanie policji. Pewnie skończy się w sądzie, bo oczywiście przysługuje mi prawo obrony. I nie zamierzam się poddać.

Czuje pani, że wolność słowa jest zagrożona? Pytam nie tylko w kontekście pani obecnej sytuacji, ale i kary, jaką niedawno nałożono na TVN24. To może doprowadzić do tego, że będziemy się autocenzurować?

My to po części już robimy. Taka sytuacja jak moja wpłynie na publiczne wypowiedzi i działania innych. One zapewne będą już bardziej ostrożne. Jestem z rocznika, który pamięta cenzurę, więc pamiętam także przewspaniałe przedstawienia kabaretu Tey. Można bardzo wiele powiedzieć mówiąc niewiele.

Czyli niedługo zaczniemy bawić się formą.


Być może tak będzie. (śmiech)
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...