Cierpienia młodego didżeja. Ibiza, techno i prawdziwa historia stojąca za wchodzącym do kin, polskim filmem "DJ"

Historia opowiedziana w filmie zdarzyła się naprawdę. Premiera: 19 stycznia.
Historia opowiedziana w filmie zdarzyła się naprawdę. Premiera: 19 stycznia. Kadr z filmu "DJ"
– Historia opowiedziana w filmie wydarzyła się naprawdę. Zdradził mi ją pewien didżej, którego przez 10 lat targały wyrzuty sumienia. W końcu postanowił się zwierzyć – mówił mi debiutujący reżyser Alek Kort. Skrywany sekret tak go ujął i poruszył, że postanowił o nim opowiedzieć na srebrnym ekranie.

– Po zwiastunie myślałem, że to będzie jakiś gniot oderwany od rzeczywistości, a film wyszedł całkiem całkiem – zagadnąłem do reżysera po pokazie prasowym. – Bo to nie był trailer reżyserki, tylko sprzedażowy materiał przygotowany dla kin – wytłumaczył mi Kort. To co mnie przeraziło to muzyka EDM w stylu Davida Guetta'y, która była na topie z 10 lat temu. Teraz przecież znów w klubach modne jest przede wszystkim techno i house. I głównie taką właśnie muzykę usłyszymy w filmie "DJ". Nie jest to też bajka w stylu amerykańskiego snu jak sugeruje trailer. Wszak pół filmu dzieje się na Ibizie - imprezowej stolicy świata.
Girl power
Główną bohaterką filmu jest młoda DJ Mini... choć słowo "młoda" średnio do niej pasuje - grana jest przez 40-letnią Maję Hirsch. Jest to jednak uzasadnione scenariuszowo - filmowa didżejka nie wierzy w swój talent, zwleka z wzięciem w garść, a latka lecą. Młodość dotyczy więc jej stażu na scenie. Nie jest ponadto tak sztuczna jak Zac Efron w filmie o podobnej tematyce: "We are your friends" (po polsku "Świat jest nasz"). Kibicujemy Mini w karierze, choć bywa często irytująca (zwłaszcza jak stoi za didżejką). Ludzie ją ranią, ale i ona nie pozostaje dłużna. Postać nieszablonowa, która potrafi zaskoczyć, co rzadko zdarza się ostatnio w polskim kinie.
Pierwowzorem DJ Mini był mężczyzna, jednak reżyser zdecydował się na umieszczenie w filmie przedstawicielki płci pięknej. I bardzo dobrze, bo scena klubowa zdominowana jest przez facetów, a panie też potrafią rozbujać tłum zza konsolety (np. Zamilska, Nina Kraviz, Helena Hauff). Na szczęście to się zmienia i coraz więcej kobiet jest w klubach nie tylko na parkiecie.
Alek Kort
Reżyser, scenarzysta

"Didżejki, z którymi rozmawiałem, przyznały, że miały tak samo ciężko jak w każdej innej branży. W filmie pada tekst do Mai wchodzącej do Ministry of Sound w Londynie: "Czy jesteś tancerką?". Tak jest cały czas, przez to uzdolnione kobiety są bardziej ambitne od mężczyzn, bo więcej muszą udowadniać.
Pamiętam jedną imprezę na Ibizie z dziewczyną za deckami. To jak zagrała, wbiło mnie w ziemię. A po występie, o 2 w nocy, widzę ją z małymi dzieciakami. To była jej normalna praca. Sam się na tym złapałem, że niby nie jestem szowinistą, a jednak oceniłem niesłusznie, nie doceniłem wcześniej. Pewnie te wyrzuty sumienia skłoniły mnie do stworzenia postaci kobiecej."

Mają rozmach... producenci
Film powstawał ponad 2 lata. Jednak całe tło i kontakty reżyser budował jeszcze wcześniej. – Mieszkam od 20 lat w Wielkiej Brytanii, tam wszyscy wiedzą, że Ibiza to nie tylko turystyczna wyspa, ale raj dla muzyków i imprezowiczów. W Londynie jest Ministry of Sound - klub, wytwórnia, instytucja muzyczna (powstaje tam też część zdjęć - red.). Większość DJ-ów i producentów żyje w Londynie, a na Ibizie występuje. Poznałem to środowisko, a potem poleciałem na Ibizę w roli obserwatora tego zjawiska. Tam też zakumplowałem się z Unerem – opowiada Alek Kort. Hiszpański DJ i producent stworzył całą muzykę do filmu - Kiedy "zdejmiemy" obraz, zostanie pełen didżejski set – dodaje reżyser. To też był debiut Unera jako kompozytora muzyki do filmu.
W reżyserskim debiucie, reżyserowi pomogli poznani didżeje, którzy wkręcili go np. do największego nocnego klubu świata (pojemność: 10 tys. osób) Privilege. – Zaczęliśmy zdjęcia od Ibizy, bo przecież bez niej nie było sensu robić nic więcej, a przecież nie nagramy tego niesamowitego zjawiska w garażu – śmieje się reżyser. Privilege to kultowe miejsce, które nigdy nie stoi puste. Musiałem dogadać się z Ale Zuberem, by na chwilę zszedł z didżejki na czas kręcenia zdjęć. To było coś, bo nagle wchodzi na scenę nikomu nieznana DJ Mini, a wszyscy w klubie są w szoku i przestają tańczyć. Tłum stoi, a my zastanawiamy się co robić dalej. Na szczęście Maja zaczęła skakać i rozkręcać publikę, muzyczne bity też zrobiły swoje i ujęcie się udało – wspomina Kort.
Sam byłem w szoku, bo film nie jest prostą historią podmiejskiej didżejki, która osiada na laurach, gdy zagra finałowy event w Warszawie. Część filmu jest w Londynie, a druga połowa na Ibizie. Do tego na ekranie pojawia się Daniel Olbrychski, Robert Gonera (o którym ostatnio głośno za sprawą "Korony królów"), Miltos Yerolemou, którego kojarzymy z "Gry o Tron" oraz sporo zagranicznych, prawdziwych didżejów i rezydentów Ibizy. Całość wygląda autentycznie i choć film momentami traci tempo, czasem jest infantylny i naiwny (zwłaszcza dialogowo), to po seansie aż chce się iść na jakąś imprezę. Był reklamowy jako polskie "Berlin Calling" i to porównanie wcale nie jest tak bardzo na wyrost. Zwłaszcza jak się pozna okolicznośności jego powstania.
Ocieplanie wizerunku didżeja
"DJ" chce też pokazać życie osób, które żyją z elektronicznej muzyki od kuchni. I nawet nieźle to wyszło, bo DJ Mini nie puszcza muzyki z Winampa tylko Traktora, którego używają didżeje. – Gdy poznałem kilku z nich, od razu się zafascynowałem tym tematem, a jak coś czujesz, to chcesz to zrobić – przyznaje Kort. – Dla mnie didżej-producent to kompozytor, a nie taki stereotypowy "party man". Nawet nie widziałem, by brali używki. Oni na gigach potrzebują precyzji w rękach. Muszą przecież obsługiwać te wszystkie gałki i programy. Jako profesjonaliści nie mogą sobie pozwolić na błędy. Są niczym dyrygenci w filharmonii, tylko, że oni też tworzą muzykę – mówi reżyser. –Zauważyłem też, że oni nie potrafią tworzyć stałych, mocnych relacji. Np. Nelsky powiedział na wstępie swojej dziewczynie, że jego prawdziwa żona... to muzyka. Siedzi głównie w studiu, będzie kochać, ale partnerka zawsze będzie na drugim miejscu – dodaje reżyser.
Nie dowiemy się kim była inspirowana historia opowiedziana w filmie, bo reżyser obiecał dochować tajemnicy. – Zrobił jedną złą rzecz, której żałował i przez lata nie dawała mu spokoju. W końcu mi się wygadał pod wpływem DMT. Strasznie mnie poruszyło, że to przede mną się otworzył. To zwierzenie we mnie rosło i rosło, aż pomyślałem, że muszę nakręcić o nim film – mówił mi Alek Kort. "DJ" wchodzi na ekrany kin 19. stycznia.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...