Ksiądz na wsi jak ojciec chrzestny. "Grał w pokera za datki". Parafianie się boją i sypią pieniędzmi

Księża na wsiach mają prawdziwie żniwa podczas kolędy
Księża na wsiach mają prawdziwie żniwa podczas kolędy Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Na wsi to on jest ojcem chrzestnym rodem z książek Mario Puzo. Należy mu się całkowicie podporządkować. Inaczej mieszkańców małej miejscowości czeka napiętnowanie. Wykorzystuje ten strach, zgarniając po kolędzie tysiące złotych.

Ksiądz z naszej wsi może liczyć, że w każdym domu dostanie ok. 50-100 zł. A pamiętajmy, że odwiedza też inne okoliczne wsie. Wręczenie mniejszych pieniędzy, jak np. 20 zł, wiązałyby się z odtrąceniem przez księdza. Ludziom ze wsi zależy, by ksiądz postrzegał ich dobrze – opowiada naTemat mieszkaniec wsi w kujawsko-pomorskim, która liczy ok. 150 mieszkańców.

– Pamiętam, jak pewnego razu nasz, już nieżyjący, ksiądz krzyczał podczas mszy, że ktoś wrzucił mu do koperty "tylko 20 zł”, a innym razem, że jedna z kopert była pusta. Był to człowiek, który nie stronił od gry w pokera na pieniądze, ale i tak wszyscy się z nim liczyli – dodaje.

Pieniądze to nie wszystko, co maja do zaoferowania parafianie. Dla księdza ze wsi kolęda jest okresem żniw. Bardzo wygodnych żniw. Co roku wyznaczana jest jedna osoba, która wozi księdza własnym samochodem. Ponosi wówczas koszta paliwa i poświęca własny czas.


– Myślę, że wielu z nas ma w sobie więcej przestrachu przed księdzem niż przed Bogiem – podsumowuje nasz rozmówca.
Wydawałoby się, że wystarczyłoby po prostu nie wpuścić księdza do domu. Dla mieszkańców wiosek sprawa nie jest jednak wcale taka prosta. – Gdybym nie przyjęła księdza na kolędzie, to wszyscy sąsiedzi by o tym gadali. Na wsi taki, który ignoruje duchownego, zostałby odrzucony. A prawda jest taka, że prawdziwie wierzących, to jest takich, którzy modlą się w domu i nie chodzą do kościoła głównie na pokaz, są może u nas ze dwie rodziny – komentuje mieszkanka tej samej wioski.

Nie przyjęcie księdza po kolędzie to nie tylko stygmatyzacja ze strony księdza, ale i innych parafian. Kwoty, które trafiają do księdza podczas kolędy, bywają nawet wyższe niż 100 zł.

– Przyjechała do mnie znajoma ze studiów, która pochodzi ze wsi. Jedynym tematem, który towarzyszył nam przez godzinę, było to, że jej sąsiedzi nie przyjęli księdza po kolędzie, choć byli w domu. Myślałam, że oszaleję. Padło pytanie, ile daje po kolędzie, bo w jej parafii to minimum 200 zł, i czy był u mnie ksiądz. Jestem średnio religijna, nawet nie wiem, czy ksiądz odwiedził mój blok, i do głowy by mi nie przyszło podglądać sąsiadkę, czy wpuszcza księdza – pisze na forum skonsternowana internautka.

– Nasłuchałam się jeszcze, że koleżanka bała się, bo żyła bez ślubu z chłopakiem. A ich ksiądz jest taki, że nawet małe dzieci się go boją. Potrafi człowiekowi wygarnąć prosto z ambony – relacjonuje.

Wygarnięcie z ambony to jedno, drugie – wyproszenie z kościoła. Do tego bowiem są w stanie posunąć się księża z małych miejscowości, przed którymi drżą niemal wszyscy mieszkańcy. Wystarczy przypomnieć przypadek z Kiełcza niedaleko Nowej Soli, zamieszkiwanego przez ok. 800 osób. W trakcie mszy ksiądz zdenerwował się na niepełnosprawnego chłopca, pięcioletniego Wojtka, i zasugerował, by wraz z matką opuścili kościół. – Gdyby matka była mądra, to by wyszła z dzieckiem z kościoła – powiedział do wiernych duchowny.
Jest to nie mniej szokujące, jak zarządzanie księdza z parafii w Gwizdowie na Podkarpaciu. Ten zażyczył sobie, by parafianie płacili mu 100 zł miesięcznie, a ponadto nakazał przymusowych prac na rzecz kościoła. Duchowny zdecydował, że pieniądze w podpisanej kopercie należy rzucać na tacę lub przelewać na konto. Wraz z końcem miesiąca na przedsionku kościoła miałaby wisieć lista, która pokazywałaby, kto zapłacił.

Grozy dodaje jeszcze to, że Gwizdów jest biedną wsią, w której wielu mieszkańców korzysta z pomocy społecznej. Łatwo sobie wyobrazić, że w takim społeczeństwie ksiądz – niczym psychoterapeuta – stanowi często jedyną podporę. Mieszkańcy potajemnie krytykują księdza, lecz – co najbardziej uderzające – nie chcą się mu przeciwstawić. Wszystko w obawie przed napiętnowaniem i ewentualnym problemem z dostępem do sakramentów.

Dlaczego na wsi dzieje się tak, a nie inaczej? – Polska wieś od dekad jest bardziej religijna niż miasto. Na wsiach występuje inny rodzaj więzi społecznych – to on sprawia, że sąsiedzi znają się. Dlatego wiadomo, kto chodzi do kościoła, a kto nie. W wiosce, bardziej aniżeli w wypadku miasta, dochodzi do kontroli społecznej. Niektórzy czują więc pewne zobowiązanie, by odwiedzić parafię lub przyjąć księdza na kolędzie – mówi w rozmowie z nami dr Marta Kołodziejska, socjolog religii.

– Aglomeracje podlegają zupełnie innym zasadom. – Miasto jest, po pierwsze, mniej religijne – potwierdzają to dane – a, po drugie, na dużym osiedlu znamy tylko dwóch czy trzech sąsiadów. Wywołuje to mniejsza presję i zobowiązanie wobec księdza – twierdzi.

– W mieście chodzenie po kolędzie się zmienia. Dawniej duchowny chodził od domu do domu i zostawiał karteczkę. Wówczas ludzie wpuszczali księdza lub nie. Obecnie jest inaczej, bo coraz częściej księża w miastach oczekują, że ci, którzy będą chcieli ich przyjąć, zgłoszą sami taką chęć. W wypadku niektórych parafii można nawet napisać e-maila, że w danym terminie bardziej odpowiadają nam odwiedziny księdza – tłumaczy.
Trwa ładowanie komentarzy...