Znał się z Trumpem i Janem Pawłem II, ale był głównie kanciarzem. Netflix sportretował Polaka, który wstrząsnął Ameryką

Jan Lewan miał talent do ludzi. Miał "chody" choćby u Jana Pawła II.
Jan Lewan miał talent do ludzi. Miał "chody" choćby u Jana Pawła II. Fot. Netflix
Kojarzycie Jana Lewandowskiego, przez Amerykanów nazywanego Janem Lewanem? Ja jeszcze niedawno nie – ale w weekend na Netflixie zadebiutował film poświęcony imigrantowi z Bydgoszczy, który miał zostać królem polki. Zanim jednak zbudował swoje imperium, zbudował jeszcze piramidę finansową. Oszukał setki ludzi i trafił za kratki. Film o nim można określić jednym słowem: chaotyczny. Ale dokładnie takie jest życie Jana Lewana.

Donald Trump, Lech Wałęsa, Andrzej Gołota, Jan Paweł II, George Bush senior. Co łączy te osoby? Każdy z nich zna się lub znał z Janem Lewanem. Imigrant z Bydgoszczy, rocznik 1941, który nie chciał marnować swojego talentu za Żelazną Kurtyną. A talent miał nie tylko do muzyki, ale i do ludzi. Lewandowski ma jeszcze jednak jeden talent: umie ściemniać.



Kolejność jest zupełnie dowolna, ale nie da się ukryć, że w Stanach Zjednoczonych Jan Lewan był wielką gwiazdą polki. Miał nawet nominację do nagrody Grammy, a jego muzyka przyciągała na koncerty tysiące fanów. Głównie w podeszłym wieku. I to ich Lewan oszukał. Bo choć miał być gwiazdą, został zapamiętany głównie jako krętacz i twórca piramidy finansowej. Z drugiej strony trzeba zauważyć, że ten wątek w filmie został potraktowany nieco po macoszemu.

Niemniej jednak w Polsce to postać szerzej nieznana, zwłaszcza młodszym pokoleniom. Dla ludzi w moim wieku Jan Lewan w zasadzie jest nikim. Usłyszałem o nim dopiero, kiedy jeszcze w zeszłym roku Netflix opublikował zwiastun swojej nowej produkcji o tytule "Człowiek, który miał być królem polki". Sam film powstał rok temu, ale nie przebił się w kinach. Głośno zrobiło się o nim właśnie teraz dzięki "drugiej" premierze.

W tekście znajdzie się kilka spojlerów. Spojlerów w pewnym sensie, ponieważ odnoszą się one tylko do faktów historycznych, w filmie praktycznie brakuje wydarzeń niezwiązanych z życiem Lewana.
Chaos w pełni uzasadniony
Film, który właśnie trafił na popularną platformę VOD, to nie byle jaka produkcja. Wystarczy spojrzeć na obsadę. Nie jest to może pierwszy garnitur hollywoodzkich gwiazd, ale nie ma się czego wstydzić. W Jana Lewana wcielił się doskonale znany widzom na całym świecie Jack Black. Popularny aktor gra w sumie... tak, jak zawsze. Dość prostolinijnie, mocno w oparciu o mimikę, gestykulację i ogólną "żywiołowość". Ale w tym przypadku to recepta na sukces.

Żonę Lewana gra Jenny Slate, która występowała choćby w "Saturday Night Live". Teściowa imigranta to dwukrotnie nominowana do Oscara Jacki Weaver. Ważną rolę przyjaciela-muzykanta głównego bohatera odgrywa także Jason Schwartzman kojarzony choćby z "Grand Budapest Hotel".
Są więc gwiazdy. Jest ciekawy pomysł. Ale jaki jest film? Z pewnością... inny. Pierwsze, co się rzuca w oczy w trakcie seansu, to całkowity chaos. Akcja w produkcji pędzi z prędkością światła. Scenarzyści co chwilę wrzucają kolejne wątki, z pozoru niepowiązane ze sobą, żeby nie powiedzieć, że bez sensu. W jednej chwili Lewan wciska wielką łapówkę, żeby jego żona wygrała konkurs piękności, w drugiej Lewan przedstawia turystów, którzy pojechali z nim do Rzymu, Janowi Pawłowi II, bo Lewan nie tylko śpiewał, ale i organizował wyprawy dla Polonusów po Europie. Tam też miał ze sobą walizkę, ale to inna historia – do dzisiaj niewyjaśniona.

Wszystko jest okraszone potężną dawką humoru sytuacyjnego, który jednak nie wywołuje śmiechu. Raczej olbrzymie zdziwienie. Bo trudno odebrać inaczej opowieść o facecie, który trafił do Stanów Zjednoczonych bez języka, a ostatecznie oszukał kilkaset osób w 22 stanach. W sumie stworzona przez niego piramida finansowa spowodowała straty w wysokości około 10 milionów dolarów.

Jack Black jak rasowy imigrant
Czy to dużo? Z perspektywy Polaka – pewnie tak. Ale w USA powstawały znacznie większe piramidy finansowe, włącznie ze słynną piramidą Madoffa, która według niektórych szacunków pochłonęła 65... miliardów dolarów. Sam Madoff został zresztą skazany na 150 lat więzienia. Lewan – "tylko" na pięć.
To dlaczego to Polak doczekał się filmu? Rzecz w tym, że Jan Lewan to postać o niesamowitym kolorycie. Tak dużym, że skłoniła Jacka Blacka nawet do naśladowania jego specyficznej wymowy. Wierność "realiom historycznym" to największa siła tego filmu. Sam Lewan po tym, jak po raz pierwszy go obejrzał, powiedział, że to w 90 proc. film o nim, a "reszta to Hollywood". Zresztą sam Lewan pomagał Blackowi opanować jego akcent. Podobno codziennie rozmawiali przez telefon.

Lewan, dziś 76-letni mężczyzna, choć w USA jest już od kilkudziesięciu lat, nigdy nie opanował angielskiego w stopniu nawet bardzo dobrym. Wystarczy włączyć jego jakąkolwiek wypowiedź na YouTube, żeby usłyszeć, jak kaleczy ten język. I dokładnie to samo robi Jack Black, który może wygląda w filmie trochę zbyt młodo, ale fryzurkę ma idealnie "na Jana Lewana". Do tego koszulki z polskim godłem, polskie flagi obok amerykańskich... Filmowy Jack Black to stuprocentowy polski imigrant, który marzy o karierze za wielką wodą.
Aż trudno w to uwierzyć – tylko że to prawda
Druga rzecz po chaosie, która przychodzi na myśl, to absurd. Lewan biegnący uliczkami Rzymu z walizką wypchaną pieniędzmi, jego żona wygrywająca konkurs piękności (przed wręczeniem łapówki była... ostatnia). Dziwne wydarzenie goni dziwne wydarzenie. Wszystko jest okraszone scenami z koncertów – bo w końcu chodziło o polkę – oraz pogonią za pieniądzem. Lewan, choć wyglądał w oczach fanów jak król, był w zasadzie biedny. Mieszkał w zwykłym domu. Dopiero stworzenie piramidy pozwoliło mu rozwinąć skrzydła. Z drugiej strony aż trudno uwierzyć, że potrafił wmówić ludziom, że inwestycje o stopie zwrotu rzędu 12 proc. są bezpieczne.

Film był dla mnie wręcz niezrozumiały w tym sensie, że uważałem, że to mocna bujda na resorach, bardzo luźno osadzona na faktach. Tymczasem to wszystko się naprawdę wydarzyło. Nie bez powodu Netflix po obejrzeniu filmów od razu zaproponował mi seans dokumentu z 2009 roku, na bazie którego film powstał. Dopiero wtedy film raz, że doceniłem, a dwa, że po prostu mną wstrząsnął.
Sklep pełen pamiątek z Polski – on naprawdę istniał. Na półkach naprawdę stały pisanki i ręcznie rżnięte kryształy. A Jan Lewan w miejscowym programie talk show w jednej ze stacji w Pensylwanii zamiast odpowiadać na pytania prowadzącego jak rasowy "Janusz biznesu" zachwalał jego asortyment.

Dopiero dokument sprawił, że naprawdę doceniłem film, który przecież Polaka powinien zainteresować wyłącznie dlatego, że... dotyczy Polaka. W USA produkcja raczej "przeleci".

Lewan jest polski – w najgorszym i najlepszym znaczeniu tego słowa
Ale może to i lepiej, bo niestety film dobitnie pokazuje, dlaczego Polacy tak długo mieli na zachodzie fatalną opinię. Skąd wzięły się setki niezwykle popularnych "polish jokes". Bo Lewan jest nie tylko "Januszem biznesu". Jest człowiekiem przekonanym, że w Ameryce jest w stanie osiągnąć wszystko i to w zasadzie bez względu na wszystko.

Przesiąknięty polskim – czy może raczej po prostu słowiańsko–socjalistycznym – sposobem rozumowania każdy napotkany problem próbuje rozwiązać w ten sam sposób: wręczając łapówkę. Tak sprawił, że jego żona wygrała konkurs (szwindel jednak szybko wyszedł na jaw), tak chciał w filmie załatwić swoje problemy z prawem. Jak sam zauważył, tam skąd, pochodzi, to normalna praktyka. Ponadto filmowy Lewan nie potrafi się komunikować z innymi, jeśli tylko temat schodzi na niewygodną ścieżkę. Wszystkie pytania o swoje problemy zbywa. Mówi, że to problemy z papierologią.

Z drugiej strony nie można mu odmówić typowo polskiej zaradności. O jego znajomości z Janem Pawłem II (w rzeczywistości, nie w filmie) krążą legendy. Swoją drogą scena audiencji jest prawdopodobnie najśmieszniejsza w całym filmie, ale to zobaczcie już sami. Lewan miał też okazję nie tylko występować w kasynie Donalda Trumpa, ale i zrobić sobie z nim zdjęcie. Zna Andrzeja Gołotę. Z Lechem Wałęsą widywał się nie tylko wtedy, kiedy przywódca "Solidarności" był pierwszym prezydentem wolnej Polski, ale i choćby w 2013 roku, kiedy przecież był już skompromitowany i po odbytym wyroku.
I zawsze robił to z pompą. Na organizowanych przez niego wycieczkach do Polski i Europy przedstawił papieżowi około dwóch tysięcy polonusów. Trudno się dziwić, że taki człowiek budził zaufanie. To m.in. na tych wyjazdach po cichu opowiadał o swojej ofercie. O wekslach i obietnicy zwrotu. Najpierw 12 proc., a później nawet 20. Eldorado jednak się skończyło, kiedy ludzie zaczęli wycofywać pieniądze. Potem przyszedł wypadek, w którym brał udział razem z synem. Więzienie było już tylko logicznym następstwem.
Chce odkupić swoje winy
Warto zauważyć, że film ucina się w momencie, kiedy Lewan wychodzi z więzienia. Z kolei dokument powstał w 2009 roku, więc mniej więcej wtedy, kiedy Polak kończył odsiadkę. W trakcie której zresztą poderżnięto mu gardło, co także pokazano w filmie.

Lewan jednak przeżył i... nie zmienił się. Nie łamie prawa, ale dalej jest blisko muzyki. Dalej organizuje wycieczki, choć zaplanowana na ten rok podróż do Polski ma być "pożegnalną", więc zapewne ostatnią. Lewan nie ukrywa także, że chciałby ponownie zarobić pieniądze, które stracił, i oddać je wierzycielom. W jego wieku akurat z tym może już jednak być poważny problem... choć może w jego przypadku to nieistotne. Po wyjściu z więzienia swoją polkę wzbogacił bowiem o elementy rapu. Wiecznie młody facet.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...