Taki powrót z emigracji to ma sens. Zamiast burmistrzowania w Irlandii wybrał chutor. "To świat przyjeżdża do mnie"

Marcin jest "wodzirejem" w Chutorze Gorajec. Wraz żoną Mariną rzucili emigrację i wygodne życie w Irlandii, aby zamieszkać na wiosce na Podkarpaciu.
Marcin jest "wodzirejem" w Chutorze Gorajec. Wraz żoną Mariną rzucili emigrację i wygodne życie w Irlandii, aby zamieszkać na wiosce na Podkarpaciu. Fot. screen/facebook.com/marcin.piotrowski
– Gdy wyjeżdżałem do Irlandii, dostałem od rodziców pożyczone od kogoś 50 euro, a od wujka butelkę wódki i paczkę papierosów – opowiada Marcin Piotrowski. Wrócił do Polski po 11 latach emigracji. Wraz z żoną i trójką dzieci przywieźli 32 kartony. Zapewniają, że przyjechali na stałe. Mieszkają w wiosce, gdzie żyje 37 osób. W ich domu zasięg internetu łapią tylko w jednym pokoju. Znaleźli jednak sposób, aby to świat do nich przyjechał. – "Co, ku**a, ja nie przyjadę?!" powiedział Andrzej Stasiuk, gdy stanął przed naszym domem – śmieje się Marcin.

Z Piotrowskim natychmiast przychodzimy na "ty"”. Tłumaczy, że w Polsce usiłuje zaszczepić irlandzką otwartość. Mówi szybko, dużo i zaraża energią. Od lipca, na stałe, z rodziną zamieszkał w wiosce Gorajec. To na Podkarpaciu niemal pod samą granicą z Ukrainą. A tam siedem domów, 37 mieszkańców i cerkiew z XIV wieku.

Kolędujemy w Gorajcu. HEJ KOLĘDĄ!

Opublikowany przez Chutor Gorajec na 25 grudnia 2017
To dla niej przed laty Marcin przyjechał do wioski. Niedaleko ujrzał wystawioną na sprzedaż starą szkołę. Decyzja o powrocie nie była jednak łatwa, chociaż przygotowywali się na nią od lat. Najtrudniejsza była dla dzieci, które wrosły w Irlandię, od rówieśników nauczyły się nie tylko angielskiego, ale zaczęły też używać irlandzkiego. To był ich tajny język, którego nawet tata nie zna. Teraz odkrywają każdy zakątek Chutoru Gorajec i okolic.

Świąteczną wyprawa rydwanem:) Jaki cysorz taki i pojazd :)

Opublikowany przez Marcin Piotrowski na 25 grudnia 2017
– Są zafascynowane szkolnym autobusem. Niedawno odprowadziłem chłopaków na autobus, po chwili przybiegły do domu z krzykiem: "Tato, potwór!" Okazało się, że jelenie miały rykowisko. One dawały czadu – śmieje się.

Paczka papierosów, butelka wódki i policja
W 2006 roku kumpel zadzwonił do Marcina z dalekiej Irlandii. – Marcin, przyjeżdżaj! Jest dużo pracy – wspomina. Chciał dorobić sobie na życie w Lublinie. Był na pierwszym roku studiów. Rodzice dali mu na drogę pożyczone od znajomych 50 Euro, wujo wcisnął do plecaka butelkę wódki oraz paczkę papierosów. Ruszył na stopa. Bez znajomości angielskiego. To był pierwszy jego wyjazd poza granice RP. Dotarł do Liverpoolu i tu się błąkał, bo nie zdążył na ostatni prom. Poszedł na komisariat. – Przeżyłem pierwszy szok, bo policjanci mi pomogli. Nakarmili, znaleźli tani hostel, a rano odwieźli na prom – opowiada.

Dotarł do znajomego. Wkrótce znalazł pracę jako nocny portier i drugi etat w sklepie. Po trzech miesiącach wrócił do Lublina. – Na tym samym piętrze akademika co ja mieszkała Marina z Estonii. Pomagałem jej w nauce języka polskiego. No z tej nauki jest teraz trójka dzieci – śmieje się. W 2007 dołączyła do Marcina w Ennis. Pracowali w fabryce soczewek, on dodatkowo w sklepie. – Pracowaliśmy na różne zmiany. Bywało, że pod fabryką wymienialiśmy się dziećmi – wspomina.
Mimo natłoku obowiązków, znaleźli czas na założenie szkoły. – Właściciel baru, Irlandczyk, który miał żonę Polkę, udostępnił nam jedną z sal. Spotykaliśmy się w czwartki, aby uczyć dzieci polskiego. To trochę przypominało wiejską szkołę po wojnie. Uczniowie byli w wieku od 3 lat do 12 – opowiada. Było mu jednak mało i założył organizację na rzecz zbliżenia polsko-irlandzkiego.
Opublikowany przez Marcin Piotrowski na 18 marca 2017
W Irlandii przyszła na świat trójka dzieci. Mikołaj – 8 lat, Michał - 5 i najmłodsza 2,5 letnia Miriam. – Imiona na M to u nas tradycja rodzinna. Mam braci - Maćka i Mateusza, a jego żona to Magda. Tylko Maciek się wyłamał, bo jest z Ireną, ale śmiejemy się, że wejdzie od rodziny, gdy zmieni na Mirenę. Imię, nie żonę. Nasz tata to Mirek, a mama to mama – żartuje.


Teraz byłabym przerażona
Już w 2007 roku razem z Mariną zdecydowali, że kupią starą szkołę w Gorajcu i wyremontują ją z myślą o pensjonacie. – Nikt nie chciał kupić tego budynku. Odbyło się 10 przetargów i nic. Jak wszedłem do niej... na strychu łasice zrobiły sobie gniazdo, na podłodze była gruba warstwa odchodów, zaczęło wyrastać jakieś drzewo. Szczerze… taniej byłoby, abym wyburzył i wybudował nowy budynek. Tylko to miejsce miało duszę. Chodziło, aby przyciągało ludzi – śmieje się. Marina również widziała szkołę. – Wtedy byłam młoda i głupia. Teraz pewnie byłabym przerażona kupując coś takiego – komentuje z uśmiechem. Ich pobyt w Irlandii się przedłużał, bo budynek wciąż wymagał remontu

To znajomi namówili Marinę i Marcina do kolejnego pomysłu – "Folkowiska". – Powiedzieli, że tak może by zrobić koncerty. Poszedłem do burmistrza, kasy nie dał, ale sprzęt nagłaśniający. Chłopaki z domu kultury przywieźli scenę – wspomina. O pomoc w organizacji zwrócili się do Andrzeja Stasiuka. Pisarz otrzymał wówczas nagrodę Nike. Przed laty Marcin był na spotkaniu, na którym pisarz przekonywał młodych, aby działali lokalnie. Napisali więc, że oni chcą działać. Z przekorą dodali, że on teraz po tak poważnej nagrodzie nie przyjedzie do młodzianów gdzieś do Gorajca. – Stasiuk zaparkował przed naszym domem i pierwsze co powiedział "Co ku**a, ja nie przyjadę?!" – Marcin wybucha śmiechem. Pisarz był u nich jeszcze kilka razy. Teraz Andrzej Stasiuk zagląda rzadziej, bo "za dużo ludzi".

Macie jakieś zabawne zdjęcia z Folkowiska? Jednym z naszych ulubionych jest to, ale chętnie pośmiejemy się z kolejnych!!! TAKI KLIMAT!!! :) Folkowisko Festiwal Kultury Pogranicza autor: Artur Piłat

Opublikowany przez Folkowisko Festiwal Kultury Pogranicza na 29 listopada 2017
Od tego czasu Folkowisko rozrosło się do dużego festiwalu. Co ciekawe, imprezy nie zaszczycił żaden sponsor, wszystko przygotowują razem ze znajomymi i wolontariuszami, też już znajomymi. – Mieliśmy wolontariuszy z Hongkongu czy Meksyku. To ekscytujące, że ludzie chcą przyjechać do Polski, do jakiejś tam zagubionej wioski – opowiada. Dla niektórych to już stały rytuał. – Paweł jest wiceprezesem banku, ale bierze urlop, aby dla nas gotować i smażyć kiełbaski dla muzyków i widowni – wylicza. Marcin nie chce już wracać na emigrację. – Po co? Teraz to świat do mnie przyjeżdża – tłumaczy.

To były szczególne święta
Decyzja o powrocie na stałe nie była jednak łatwa. Przesądziła śmierć ojca Marcina. Razem z Mariną uznali, że to ostatni moment dla dzieci, aby wżył się w rodzinę. – Było nam wygodnie w Irlandii. Co ciekawe, dostałem nawet propozycję burmistrzowania w Ennis. To dla mnie ogromny dowód uznania ze strony Irlandczyków. Burmistrz u nich ma bardziej znaczenie honorowe – dodaje. Mimo to, spakowali swoje dorosłe życie w 32 kartony. – W Irlandii człowiek nie musiał martwić się o stronę materialną, czy wystarczy mu do pierwszego. Pod tym względem było tam lepiej – przyznaje Marina.

Urzędas z chutoru
– Ja w chutorze zajmuje się gotowaniem i sprzątaniem. Marcin rozkręca imprezy – śmieje się jego żona. Teraz mają chwilę spokoju, ale na Sylwestra gościli Orkiestrę Św. Mikołaja, a niedawno w ich stodole odbył się ślub pastora z USA.

Idzie zima od Gorajca. Takie piękne, wspólne, nocne śpiewanie w Chutorze. Posłuchajcie. Orkiestra Świętego Mikołaja i Chutor Gorajec

Opublikowany przez Chutor Gorajec na 30 grudnia 2017
– Hehej, hej, heej – krzyczy z filmiku Marcin. Na bieżąco wrzuca wieści z Chutoru Gorajec.
Od stycznia oprócz wodzireja chutoru doszła mu nowa funkcja. – Jestem urzędasem! Gmina Cieszanów chciała wykorzystać moje kontakty, znajomości i nieurzędnicze podejście. Działam w promocji. Właśnie wracam z Rzeszowa z Marcinem Krupą, on jest menadżerem Kresowej Osady. Mają świetną kuchnię i organizują Festiwal Dziedzictwa Kresów. Jechał z nami Tomek Róg, który odpowiada Cieszanów Rock Festiwal. Byliśmy między innym w urzędzie marszałkowskim. Przy okazji wspomniałem o "Folkowisku". Chciałem pokazać, że w trójkę gramy w jednej drużynie. Razem u nas bywa 25 tysięcy osób. To siła – dodaje.

Zmęczeni, ale szczęśliwi. Tak wygląda Nowy Rok w naszym Chutorze. Ostatnich kilka dni mieliśmy przyjemność spędzić z ekipą skupioną wokół Orkiestra Świętego Mikołaja. Całymi dniami wędrowali po okolicy śpiewali przy ogniskach cieszyli się sobą i miejscem. Wspaniali ludzie. Chutor Gorajec

Opublikowany przez Chutor Gorajec na 1 stycznia 2018
Podróż z Rzeszowa jest uciążliwa. Na drogach ślisko. Po powrocie musi jeszcze ogarnąć gospodarstwo. Może wpadnie do sąsiada, Łukasza. Sołtys do niego zadzwonił z pytaniem, czy nie zajrzy i nie pomoże. Budowa domu Łukasza to wydarzenie dla Gorajca. – Całą wioską pomagamy przy budowie. Bo to pierwszy nowy dom, który tutaj powstaje – wyjaśnia sołtys, Henryk Niedojadło. Po chwili dodaje: – A Marcin? Teraz kurs komputerowy zorganizował. Pół wsi do niego chodzi. To super człowiek. Napiszcie same dobre rzeczy o nim.
Trwa ładowanie komentarzy...