Wszyscy je uwielbiają, ale… nie można ich zobaczyć. Dlaczego nosaczy sundajskich nie ma w polskich zoo? Sprawdziliśmy to

Nosacz sundajski w całej okazałości. I prosto z wyspy Borneo, bo w Polsce nie uświadczycie go nigdzie poza internetem.
Nosacz sundajski w całej okazałości. I prosto z wyspy Borneo, bo w Polsce nie uświadczycie go nigdzie poza internetem. Fot. Charlesjsharp / CC BY-SA 4.0 / Wikimedia Commons
Są bohaterami niezliczonych memów, w których wyśmiewa się typowo polskie przywary. Mają nawet oddaną grupę fanów, którzy domagają się sprowadzenia ich do Polski. Ale no właśnie – nie ma ich. Ani w zoo w Warszawie ani w żadnym innym. Co więcej, nosacza sundajskiego nie spotkacie w żadnym europejskim zoo. – Ten gatunek potrzebuje przede wszystkim ochrony swoich naturalnych siedlisk – mówi w rozmowie z naTemat Anna Kaczmarska z warszawskiego ogrodu zoologicznego.

O nosaczach napisano już prawie wszystko. Także w naTemat tłumaczyliśmy, skąd fenomen tego pociesznego gatunku z rodziny koczkodanowatych. Okazuje się, że memy z nosaczami przyjęły się tak dobrze, bo nosacze, tak jak większość "Typowych Polaków", są po prostu... leniwe – ale jednak z innego powodu. One nie chcą "zarobić i się nie narobić".
– Są roślinożerne, więc dużo czasu spędzają na odpoczynku, bo trawienie jest dosyć skomplikowane i długotrwałe – tłumaczył profesor Bogusław Pawłowski, kierownik Katedry Biologii Człowieka z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z Bartoszem Godzińskim. – Poza tym nosacz jest bardzo sympatyczny. Jest świetnym pływakiem, może przepłynąć nawet rzekę. Lubi się też bawić w wodzie. To też spokojna małpa, nikomu nie wadzi, bardzo rzadko są konflikty w grupie – kontynuował profesor.



Chcą nosacza w Warszawie
I pewnie nie jeden z naszych rodaków po memicznym seansie w sieci zapragnął nosacza zobaczyć na żywo. Taka pocieszna małpka, pewnie jest w Krakowie czy w Warszawie w zoo. I tu klops. Nosacza nie ma nigdzie w Polsce. Ba! Nie ma go nigdzie w Europie. Na świecie też są rzadkością, a wprowadzane do ogrodów zoologicznych populacje często umierały. W latach siedemdziesiątych po kilka nosaczy miały m.in. zoo w Berlinie, Kolonii, Dallas, Frankfurcie, San Diego, Nowym Jorku czy w Milwaukee. W latach dziewięćdziesiątych żadne z tych zoo już nie miało tych zwierząt.

Na fali popularności pociesznego ssaka powstało jednak na Facebooku wydarzenie o wszystko tłumaczącej nazwie "Chcemy Nosaczy Sundajskich w ZOO warszawskim!". Sprawą zainteresowało się 40 tysięcy użytkowników portalu społecznościowego, czyli to nie takie byle co. Z drugiej strony chyba wielu z nich ma chyba świadomość, że ich marzenie nie zostanie zrealizowane. Bo jeden z internautów pisze, że zapłaci każde pieniądze, żeby zobaczyć nosacze sundajskie na żywo. "To leć do Indonezji" – pada w odpowiedzi.
I to chyba najlepsze rozwiązanie – wycieczka na Borneo. 10 tysięcy kilometrów i jesteśmy na miejscu. Tam spotkać nosacza będzie zdecydowanie najłatwiej.

Do zoo się nie nadają
Umieszczenie nosacza w przeciętnym europejskim ogrodzie zoologicznym wymagałoby bowiem sprostania wielu wyzwaniom. – Nosacz sundajski nie jest zwierzęciem często spotykanym w ogrodach zoologicznych, jest wręcz rzadkością. Jest gatunkiem, który wymaga utrzymywania w warunkach bardzo zbliżonych do naturalnych i zapewnienia specyficznej diety roślinnej. W rzeczywistości przeciętnego zoo z Europy oznacza to wybudowanie dużego pawilonu – szklarni z drzewami i utrzymywanie tam nosaczy przez cały rok – mówi naTemat Anna Karczewska z warszawskiego ogrodu zoologicznego.

To jednak tylko pierwszy problem. Drugi to pieniądze. – Nosacze sundajskie nie mają swojego programu hodowlanego, brak ich w Europie. Jeśli jakieś zoo zapragnęłoby trzymać ten gatunek, można by to uznać za wysoce nieuzasadnione przez wysokie koszty budowy obiektu i jego utrzymania, duży problem ze sprowadzeniem zwierzęcia i brak perspektyw na jego skoordynowaną hodowlę. Zatem zysk dla przetrwania gatunku byłby znikomy – dodaje rzeczniczka warszawskiego zoo.

Bardzo istotny jest wspomniany brak perspektyw na skoordynowaną hodowlę nosacza sundajskiego. Wbrew powszechnemu przekonaniu laików zoo nie jest instytucją o charakterze – nazwijmy to – "rozrywkowym". Ogrody zoologiczne zrzeszone w organizacjach międzynarodowych (a takie działają w Polsce, choćby warszawski ogród) prowadzą bowiem skoordynowaną hodowlę i skupiają się na gatunkach zagrożonych.
Anna Karczewska

Każdy hodowany w europejskich ogrodach zoologicznych gatunek zagrożony wyginięciem jest objęty programem hodowlanym, ma swojego koordynatora, który pilnuje, by rozmnażanie zwierząt było zgodne z księgą rodowodową oraz dba o rozmieszczenie zwierząt w tych ogrodach, które są w stanie zapewnić dla danego gatunku odpowiednie warunki. Zwierzęta do zoo trafiają tylko z innego zoo, nie są pozyskiwane z natury, a wymiana zwierząt jest ściśle kontrolowana pod kątem genetycznym i weterynaryjnym.

Trudno je zobaczyć, ale można im pomóc
Najlepiej więc udać się wprost na Borneo, gdzie nosacz sundajski jest gatunkiem endemicznym. Albo... pomóc mu prosto z Polski. Nosacze są bowiem zagrożone wyginięciem. Borneo to wyspa-dżungla, która jest wprost stworzona dla tych małp, ale ten idylliczny krajobraz burzy działalność człowieka. Lasy deszczowe coraz częściej bowiem ustępują uprawom palm.

– Dla swojego przetrwania ten zagrożony gatunek potrzebuje przede wszystkim ochrony swoich naturalnych siedlisk: lasów tropikalnych na Borneo, a nie rozmnażania w warunkach sztucznych – mówi Karczewska i dodaje: – To wyspa o bardzo bujnej roślinności i bogatej faunie, jednak lasy porastające tę wyspę kurczą się w zastraszającym tempie. Firmy produkujące olej palmowy potrzebują terenów pod jego uprawę i budowę rafinerii. Dlatego obecnie skuteczną ochroną nosaczy jest ograniczenie produkcji oleju palmowego na Borneo. Można to uzyskać tylko poprzez ograniczenie używania tego oleju, a jest on bardzo powszechny w przemyśle spożywczym, co jest główną trudnością.
W ten sposób pomożemy zresztą nie tylko nosaczom, ale i innym zagrożonym gatunkom żyjącym na Borneo – choćby orangutanom.

Dla zoo to tylko chwilowa moda
Nosacze nie pojawią się w zoo – przynajmniej w Warszawie – z jeszcze z jednego powodu. Dla władz warszawskiego ogrodu zoologicznego to przejściowa moda. – Mamy obawy, że dla większości osób jest to tylko chwilowe zainteresowanie bez zaangażowania – mówi rzeczniczka zoo.

Warszawskie zoo nie planuje sprowadzania nosaczy do Warszawy. Trzeba także wziąć pod uwagę, że nowoczesne zoo jest placówką, której głównym celem jest hodowla zagrożonych gatunków i edukacja na ich temat. A sprowadzanie do zoo zwierząt nie ma nic wspólnego z panującą "modą" na konkretne gatunki czy popularnością wynikającą z pojawienia się nowego zwierzęcego bohatera w filmie. Zawsze jednak warto taką popularność wykorzystać do edukacji na temat danego gatunku – podsumowuje.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...