Życie w cieniu rakiet Kim Dzong Una. Mieszkańcy Hawajów są przerażeni, ale z perspektywy Polaka czasem można się uśmiać

Informacje o alertach są na Hawajach wszędzie. W mediach, na ulicach, na autostradach. Każdy musi być gotowy.
Informacje o alertach są na Hawajach wszędzie. W mediach, na ulicach, na autostradach. Każdy musi być gotowy. Fot. Honolulu Civil Beat
Marzyłeś kiedyś o locie na Hawaje? Są takie chwile, kiedy mieszkańcy tego raju na ziemi marzą tylko o tym, żeby stamtąd zniknąć. Ostatnio całkiem często z powodu realnego zagrożenia, jakie dla mieszkańców tych wysp stanowi północnokoreański dyktator Kim Dzong Un. On sam na razie Hawajczykom jednak nic nie zrobił – za to mieszkańcy stanu sami się terroryzują fałszywymi alarmami i tworzą problemy na pograniczu czarnego humoru. Życie w cieniu takiego zagrożenia nie może być łatwe.

13 stycznia, ósma rano. Właśnie zaczynał się kolejny, ciepły i słoneczny dzień na Hawajach. Tak jak zresztą praktycznie przez cały rok. Tę idyllę mieszkańcom wysp zburzył jeden SMS, który o godzinie 8:07 trafił do każdego z nich.

Wiadomość została nadesłana do każdego z nich automatycznie i pochodziła z systemu ostrzegania przed atakami rakietowymi. Mieszkańcy dowiedzieli się o "zbliżającym się zagrożeniu", do każdego z nich zaapelowano o natychmiastowe udanie się do najbliższego schronu. I wielu mieszkańców tak zrobiło, bo alarm obowiązywał wyjątkowo długo. Odwołano go dopiero po 38 minutach. Ile razy w tym czasie można uwierzyć w początek trzeciej wojny światowej?



Gubernator ciamajda
Choć od feralnego alarmu minęły już dwa tygodnie, sprawa nie przycichła. Dlaczego sam alert obowiązywał tak długo? Wszystko przez gubernatora stanu Davida Ige. Kiedy już kurz opadł, a wszyscy wrócili do swoich codziennych zajęć, gubernator z rozbrajającą szczerością wytłumaczył w ostatnich dniach, dlaczego to wszystko tyle trwało. Tym bardziej, że jak informował "Honolulu Star Advertiser", Ige wiedział już po dwóch minutach, że żadne rakiety nie lecą w stronę wyspy Oahu.

Governor David Ige talks about why it took so long for him to get the word out that the missile warning was a false alarm.

Opublikowany przez KITV na 22 stycznia 2018
– Muszę się przyznać, że nie znam loginu i hasła do mojego konta na Twitterze – stwierdził. I dlatego nie przekazał mieszkańcom komunikatu, że nie ma się czego bać. Po czym dodał, że na przyszłość postanowił je zapisać w pamięci swojego telefonu.

To z pewnością wielka "ulga" dla mieszkańców, którzy przez 38 minut żyli w strachu. W efekcie internecie wśród Hawajczyków zagotowało się. "Jego telefon nie miał zasięgu, bo się ukrył w schronie", "Nie obchodzi mnie Twitter, nie wiem dlaczego alert na telefon tak długo nie przychodził", "Czemu ten klaun myśli, że jest zabawny?" – to tylko niektóre z komentarzy, które można znaleźć na fanpage’ach hawajskich mediów.
System jakby napisany w podstawówce na informatyce
To tylko czubek góry lodowej o nazwie "kompromitacja". Zanim okazało się, że Ige nie był w stanie zalogować się na swojego Twittera, obowiązująca wersja była taka, że pomylił się tylko urzędnik zajmujący się alarmami, który wcisnął "zły guzik". Tego było już zbyt wiele dla mieszkańców, więc lokalne media zaczęły drążyć sprawę.

Nie trwało to długo, zanim miejscowy portal Civil Beat poprosił urzędników o pokazanie systemu zarządzania alarmami. Pewnie myślicie, że to ściśle tajne i w ogóle nie ma szans. Otóż nie. Urzędnicy gubernatora ochoczo podzielili się zdjęciem przedstawiającym system. I wtedy wszystkim mieszkańcom stanu opadły szczęki. Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć:

This is the screen that controls the ballistic missile alert. The PACOM (CDW) - STATE ONLY was the link that was clicked...

Opublikowany przez Honolulu Civil Beat na 15 stycznia 2018
Tak, ta lista linków, którą potrafiłby stworzyć w notatniku (i w języku HTML) średnio rozgarnięty gimnazjalista, to system ostrzegania dla jednego ze stanów największego mocarstwa świata. Podobno wciśnięty został ten link o nazwie "DRILL- PACOM (CDW) - STATE ONLY". Jak widać, sąsiaduje z alertem testowym oraz ostrzeżeniem o tsunami. Można się pomylić. Gorzej, jeśli naprawdę leci rakieta, a ktoś wciska linka od tsunami.

"To nie wygląda na prawdziwy system. Jest bardzo mylący, gdyby był prawdziwy nie byłabym zdziwiona, że ktoś wcisnął zły link" – zauważyła jedna z internautek. Akurat ona napisała coś konkretnego, bo ludzie generalnie skupili się na szydzeniu z twórców systemu. "Czy to działa na AOL 1.0? (program do łączenia się z modemem stworzony przez America Online WIELE lat temu – red.)", "To chyba dodatkowo komputer z Windows 95", "Tak właśnie wyglądają projekty IT zamówione przez rząd" – piszą internauci.
Guzik szybko zainteresował Amerykanów "z kontynentu" – zarówno zwykłych ludzi jak i media. I kiedy szydera zaczęła się rozlewać po całym kraju, urzędnicy zaczęli interweniować.

Już dzień później przekazano, że interfejs, w którym pracował urzędnik, który wysłał fałszywy alarm, w rzeczywistości wygląda "zupełnie inaczej". I uwaga, niespodzianka: tym razem na Hawajach podziałano zgodnie z zasadą "mamy, ale nie pokażemy". Wykręcono się możliwością ataków hakerskich po pokazaniu interfejsu. Urzędnicy z hawajskiej agencji zarządzania kryzysowego zaczęli się pokrętnie tłumaczyć, że pierwszy screenshot nie wyszedł z ich biura "oficjalną ścieżką" i że doszło do "nieporozumienia".

Przy okazji poinformowano, że feralny urzędnik miał tak naprawdę mniej opcji do wyboru niż na rzekomo fałszywym screenie, ale to chyba tylko źle świadczy... o nim samym. W końcu we wtorek pokazano coś, co podobno "lepiej odzwierciedla" interfejs, który zobaczył mężczyzna, który postawił na nogi całą wyspę. Wygląda tak samo beznadziejnie. I nagle się okazało, że hakerzy nie są groźni.
Rozbudowany system często zawodzi
Przy okazji fałszywego alarmu wyszły na jaw najróżniejsze niedociągnięcia hawajskiego systemu ostrzegania przed atakiem rakietowym. Oprócz tych najprostszych wniosków dotyczących nieprzyjaznego interfejsu, który na dodatek nie wymaga właściwie żadnej weryfikacji przed wysłaniem alarmu o de facto rozpoczęciu wojny, okazało się, że choć mieszkańcy dostali wiadomości tekstowe o ataku, to na całym archipelagu... nie zawyły syreny, które są pozostałością jeszcze po zimnej wojnie.

Okazało się, że są obsługiwane z innego systemu, więc w razie ataku należy wykonać tę samą robotę dwa razy. Owszem, część syren zawyła – ale tylko dlatego, że uruchomili je samodzielnie żołnierze z baz wojskowych na Hawajach w odpowiedzi na alert telefoniczny.

Dodajmy, że syreny, które zostały Hawajczykom z czasów słusznie minionych, bywają zawodne. System przez lata był wyłączony, dopiero niedawno ponownie je uruchomiono ze względu na zagrożenie ze strony Korei Północnej. Potrafią na przykład... same z siebie zacząć wyć i niepokoić mieszkańców:
Z drugiej może to i lepiej, że nie zawyły. Przyzwyczajeni mieszkańcy mogliby je po prostu zignorować – nawet pomimo faktu, że ostrzeżenia o alercie pojawiły się nawet w telewizji.
Ludzie też zawiedli
Bo to akurat amerykańskie media podkreślają zgodnie – fałszywy alarm, który wyglądał jak prawdziwy, pokazał, jak bardzo społeczeństwo Hawajów jest nieprzygotowane na atak rakietowy. Miejscowi wiedzą, co zrobić w przypadku tsunami, huraganu czy wybuchu wulkanu, ale wobec spadających rakiet wiele osób jest bezradnych.

Z relacji miejscowych wynika, że ludzie zaczęli biegać w miastach zupełnie bez ładu i składu. Jedni chowali się w budynkach, inni wręcz z nich uciekali. Ci, którzy byli w domu, chowali się nie w piwnicach, a w… łazienkach. Lub wręcz nawet za większymi meblami.

Szaleństwo zapanowało na drogach. Ludzie jeździli na czerwonych światłach, zatrzymywali się w tunelach, które uważali za bezpieczne, lub wręcz porzucali swoje samochody na ulicach i uciekali w siną dal. A na lotnisku w Honolulu obsługa portu lotniczego pytana przez pasażerów, co powinni robić, zwyczajnie… nie była w stanie udzielić żadnej odpowiedzi. No i wreszcie nie zabrakło takich, którzy nie zrobili zwyczajnie nic. Albo czekali na śmierć, albo nie wierzyli w atak.

Nagrania przedstawiające bezcelowo biegających ludzi trafiły także do sieci:
Trzeba odreagować
Z drugiej strony krytyka mieszkańców być może nie do końca jest uzasadniona. Są na to nawet twarde dane. A dostarczył je jeden z największych na świecie serwisów z... pornografią. PornHub.

Niedługo po fałszywym alarmie z 13 stycznia serwis na swoim blogu opublikował statystyki dla tego dnia na Hawajach. Okazało się, że w ciągu kilkunastu minut od ogłoszenia alarmu ruch na stronie spadł o 77 proc. względem typowego ruchu o tej porze dnia dla Hawajów.
Za to o godzinie 9:01, kiedy już było jasne, że to był tylko fałszywy alarm, ruch poszybował w górę. Dokładnie o 48 proc. względem średniej. Wnioski wyciągnijcie sami.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...