To podobno najgorszy film na Netflixie. Sprawdziłem: "Dom otwarty" to produkcja tak dziwna, że aż warta uwagi

Aktorzy dwoją się i troją. Grają nieźle, ale film jest fatalny.
Aktorzy dwoją się i troją. Grają nieźle, ale film jest fatalny. Fot. Netflix
Zaczęło się od kolegi z redakcji, który to obejrzał, po czym stwierdził, że to straszna szmira. Potem zobaczyłem festiwal szydery w internecie. No i obejrzałem. Ale nie powiem, że po to, żebyście wy nie musieli tego robić. "Dom otwarty" to idealny horror dla osób, które horrorów… nie lubią. I dowód na to, że Netflix jest większy niż się na co dzień o tym myśli. Choć przyznam szczerze, że nie pamiętam, kiedy widziałem, by na Filmwebie jakiś film miał ocenę... 3,6.

Żeby zrozumieć ten film, trzeba chyba najpierw zrozumieć sam Netflix – który idzie jak burza. Serwis VOD jest już tak popularny, że na całym świecie comiesięczny abonament opłaca już ponad 110 mln ludzi. Żeby zapewnić rozrywkę tym masom, serwis musi oczywiście kupować lub produkować masę contentu. Już w zeszłym roku pojawiły się informacje, że w 2018 roku Netflix poświęci na własne oryginalne produkcje około siedmiu lub nawet ośmiu miliardów dolarów, w sumie w tym roku ma powstać aż 80 filmów. Nie licząc seriali.

W takiej sytuacji łatwo paść ofiarą własnego sukcesu. I właśnie taki jest "Dom otwarty" (premiera 19 stycznia), film zrealizowany jeszcze w 2017 roku, ale bez wątpienia typowy efekt uboczny "masówki" przygotowanej na 2018 rok. Film tak nieudany, że aż skusił mnie do napisania tekstu o nim.
Ta katastrofa jest na swój sposób urocza – bo przecież "Dom otwarty" miał wszystko, co potrzebne do sukcesu. Czyli pieniądze, wsparcie dużego dystrybutora (Netflix) oraz gwiazdy, bo przecież jedną z głównych ról gra Dylan Minnette, bożyszcze nastolatek z "Trzynastu powodów". Motyw całej produkcji nie jest może szokujący w swoim nowatorstwie (w zasadzie w ogóle go nie ma), ale wpisuje się w kanon filmowego straszenia. Ot, matka, pani Naomi Wallace (grana przez Piercey Dalton) przenosi się po śmierci męża ze swoim synem Loganem (Dylan Minnette) do domu w górach, na odludziu. Tam zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dlaczego więc nie wyszło?

Horror, którego nie sposób się bać

Na wstępie powiedzmy sobie od razu: w filmie roi się od dziwnych rozwiązań. Ale najdziwniejsze jest to, że to "coś" w ogóle nazwano horrorem. Zanim obejrzałem "Dom otwarty" tego jednak nie wiedziałem. I dlatego przez telewizorem zasiadłem co najmniej zaniepokojony, bo prawdę mówiąc nienawidzę horrorów. Nie znoszę się bać filmu, nie daje mi to żadnej radości czy ekscytacji.

Do tego stopnia, że dla mnie momentami straszne było nawet "Stranger Things". Czyli w gruncie rzeczy serial o słodkich dzieciakach, jakby ktoś chciał być bardzo złośliwy. I tam były momenty, że musiałem pauzować, bo byłem zbytnio zaniepokojony wydarzeniami. "Dom otwarty" połknąłem tymczasem w całości. Włączyłem, obejrzałem, chwilami znudzony spoglądając na Facebooka.
Scenarzyści przez cały film posługują się bowiem zgranymi motywami. I robią to nieudolnie, jakby za sztukę filmową zabrali się wczoraj. Gasnące światło, niejasne ujęcia, nagle pojawiające się osoby za plecami bohaterów, wywoływanie reakcji ciała nagłą muzyką. To tak zgrane motywy, że przestraszyłem się tylko za pierwszym razem, kiedy jeszcze się nie spodziewałem, że dla twórców produkcji to będzie jedyne rozwiązanie służące do wywoływania strachu.


Oczywiście nie zabrakło nieśmiertelnego schodzenia do piwnicy, gdzie tym razem czaił się bojler nagrzewający wodę. W piwnicy naturalnie nie było światła, co zauważył Logan już na początku filmu, kiedy próbował je zapalić. I chociaż bohaterowie do piwnicy biegają co chwilę, nikt nie kupił tej głupiej żarówki. Bo po co.

Głupie decyzje pchają ten film do przodu

I tak jest przez cały film. Niezrozumiałe dla zwykłego człowieka wydarzenia i sytuacje wylewają się z ekranu. Rodzina Wallace'ów, zanim zginie ojciec Logana, ma olbrzymie problemy finansowe. To nie przeszkadza im posiadać wygodnego osobowego busa (w miarę nowego, z wyświetlaczem LCD i innymi bajerami) oraz dużej terenówki. Logan ma oczywiście iPhone'a. Kiedy go gubi, spędza czas przed swoim MacBookiem.

Sama postać ojca jest wprowadzona zupełnie od czapy. Tylko po to, żeby zginąć po trzech minutach (i dać pożywkę nielicznym fanom filmu, ale o tym później). Równie dobrze "Dom otwarty" mógłby zacząć się krótkim wprowadzeniem podczas podróży w góry. No właśnie, podróż – zupełnie pozostawiony zostaje wątek osoby, którą w zmroku wtedy Wallace'owie spotkali na drodze.
Warto dodać, że dom należy do siostry wdowy. Ta, jak się okazuje, ma mnóstwo pieniędzy. Bo dom jest największy w okolicy. Nawet mama Logana zwraca uwagę, że jej siostra "musiała kupić największy dom w okolicy". Dlaczego nie pomogła więc siostrze finansowo jeszcze przed śmiercią jej męża?

Nie wiem też, co trzeba mieć w głowie, żeby w tym domu zostać – po tym co spotyka bohaterów w kolejnych scenach.

Zakończenie po prostu jest

Oczywiście to wszystko byłoby w pełni zrozumiałe, gdyby "Dom otwarty" był z założenia zabawą konwencją horroru. Ale nie jest. Ten film miał być horrorem pełną gębą, był intensywnie reklamowany, tylko po drodze wszystko poszło źle. Bronić można w zasadzie tylko gry aktorskiej głównych bohaterów. Ani Dylan Minnette ani Piercey Dalton wstydu sobie nie robią. Ale po prostu toną w tym morzu absurdów.

Najgorsze z tego wszystkiego jest już jednak zakończenie. Cały splot wydarzeń w górskim domu nie jest w żaden sposób wytłumaczony. Okej, takie sytuacje zdarzają się w życiu. Są psychopaci, którzy po prostu w ten sposób się zachowują, krzywdzą ludzi i odchodzą. Pomijam to, że 1,5-godzinny film przez pierwszą godzinę praktycznie się nie rozkręca. Czekamy, czekamy i... nic.

A to jest film. W filmie chcemy rozwikłać zagadkę, poznać motywację bohaterów. Tymczasem ten film się po prostu... kończy. Równie dobrze mogłem przegapić zakończenie gapiąc się na Messengera. I ocknąć się na napisach końcowych.

A jednak ludzie myślą nad tym filmem

Nie jest tak, że moje zarzuty są wyssane z palca. "Dzieło" w serwisie Filmweb może się pochwalić astronomiczną oceną od widzów w wysokości… 3,6/10. W komentarzach ludzie wylewają swoje frustracje. "Zmarnowane półtorej godziny", "Podrzędny dramat obyczajowy, a nie horror", "Końcówka jest kiepska i tyle, można się w jej trakcie na przykład po jajach drapać" – piszą internauci. Na IMDb jest jeszcze gorzej – 3,4/10. W Google film podobał się... 20 proc. oceniających.
I ja sam też się tu nie wybiję. Daję 4/10, ale ja z natury jestem pobłażliwy.

W tym momencie zaczynają się znaczące spojlery. Lektura na własną odpowiedzialność.
Czemu wyżej niż inni? Bo krytyka krytyką – a jednak film ma swoich fanów. Swoją beznadziejnością zmusił kilka osób do refleksji. Zastanawiające jest właśnie zakończenie. Beznadziejne, nic nie wyjaśniające, a przez to... tajemnicze.

Bo przecież przez cały film nie dowiedzieliśmy się, kto był mordercą. W internecie, zwłaszcza anglojęzycznym, można znaleźć sporo rozterek na ten temat, ale żadna nie jest do końca dopasowana do realiów filmu. W sieci najczęściej pisze się, że mógł to być hydraulik, mąż Marthy lub Ed, czyli agent nieruchomości.

Hydraulik, bo był już wcześniej w tym domu. Umie obsługiwać bojler, co jest kluczowe dla całej sprawy. On też znalazł zaginiony telefon Logana, który przecież zniknął "sam". Ale pracuje w tej okolicy od dawna, a po morderstwie widać, że zabójca wyjechał. Musiałby więc rzucić pracę. Mąż cierpiącej na Alzheimera Marthy właściwie w filmie się nie pojawia. Tylko o nim słyszymy, więc nie ma to też sensu... choć w "Domu otwartym" wiele spraw nie ma sensu. Wreszcie zostaje Ed. Jako agent nieruchomości bywał w budynku, znał jego sekrety. Ale był zbyt ciamajdowaty na takiego zimnego mordercę.
Inna teoria dotyczy samego Logana, który po śmierci ojca miał wizje. Może to był początek choroby psychicznej, żadnego mordercy nigdy nie było, tylko go sobie wyobraził? Sam dźgnął matkę nożem, a potem zmarł z wycieńczenia?

To w zasadzie sztuka. Nakręcić tak słaby film, z tak bezjajecznym zakończeniem, a jednocześnie zmusić ludzi do zastanowienia się nad nim. I chyba tylko dlatego ten film może być warty uwagi.
Trwa ładowanie komentarzy...