Dlaczego Mackiewicz znów poszedł na Nangę? "Myślę, że chodziło o Simone Moro, którego nie cierpiał"

Tomasz Mackiewicz w 2000 roku wybrał się w długą podróż. Ostatecznie dotarł do Indii, gdzie spędził sześć miesięcy jako wolontariusz ośrodka rehabilitacji trędowatych Jeevodaya.
Tomasz Mackiewicz w 2000 roku wybrał się w długą podróż. Ostatecznie dotarł do Indii, gdzie spędził sześć miesięcy jako wolontariusz ośrodka rehabilitacji trędowatych Jeevodaya. Fot. Facebook / Tomasz Czapkins Mackiewicz
– Nie mogę znieść hejtu, który się pojawił. Zginął człowiek albo jeszcze ciągle się morduje z głodu i zimna, o czym tu dyskutować? Ludzie żyją tak, jak chcą. I trzeba zostawić ich w spokoju. Nie wolno nam go oceniać, żył tak jak chciał. Spełnianie swoich marzeń zawsze jest jakąś formą egoizmu. A może dzięki temu żył? Nie wiem – tak w rozmowie z naTemat o Tomaszu Mackiewiczu mówi Helena Pyz. To polska misjonarka i jedyna lekarka w ośrodku rehabilitacji trędowatych Jeevodaya w Indiach. Tu w 2000 roku przybył Tomasz Mackiewicz i jako wolontariusz pracował przez sześć miesięcy.

Wczoraj Tomasz Mackiewicz został uznany za zaginionego. Himalaista po raz siódmy próbował zdobyć Nanga Parbat. I – według informacji jego towarzyszki Elisabeth Revol – miało im się to udać. Jednak w drodze powrotnej stan zdrowia Mackiewicza się pogorszył. Polak utknął na wysokości ponad 7 tysięcy metrów. Miał ślepotę śnieżną, chorobę wysokościową i odmrożenia. Uratowana przez polskich alpinistów Francuzka twierdzi, że gdy opuszczała Mackiewicza, to był on w stanie agonalnym.

Wielu dziś przygląda się przeszłości samouka, "himalaisty outsidera", który tak bardzo marzył, by zdobyć Nagą Górę. Dorastał z dziadkami, bo rodzice wyjechali za chlebem za granicę. Już w szkole średniej chodził po jaskiniach. Ale pasja przegrała z nałogiem. Na trzy lata wypisał się z rzeczywistości ("Polityka": żył na ulicy i ostro ćpał), a później przez kolejne cztery leczył się z nałogu w mazurskim Monarze. Wprost z ośrodka ruszył w podróż. Ostatecznie dotarł do Indii, gdzie spędził sześć miesięcy jako wolontariusz ośrodka rehabilitacji trędowatych Jeevodaya. Helena Pyz, misjonarka i lekarka z tego ośrodka, w rozmowie z naTemat, wspomina, że Tomasz Mackiewicz mówił do niej "ciociu", a w Indiach chciał odnaleźć siebie.

W 2000 roku do drzwi ośrodka zapukał Tomasz Mackiewicz. Przebył długą podróż z 400 dolarami w kieszeni: Warszawa-Słowacja-Rumunia-Turcja-Pakistan-Indie. Był spodziewanym gościem? 

Myśmy się umówili. Wiedziałam, że Tomek przyjedzie. Wstępnie było ustalone, że wybiera się do mnie taki człowiek. Aczkolwiek zwykle, jak jesteśmy z kimś umówieni, to wiemy dokładnie, kiedy i w jaki sposób ta osoba do nas dotrze. A w przypadku Tomka było troszkę inaczej. To był człowiek trochę nieprzewidywalny.


Jechał do pani autostopem, z niewielką gotówką.

Dokładnie tak. 

Do Indii przybyły wprost z Mazur, gdzie przez cztery lata był w Monarze. Wiedziała pani o tym?

Wiedziałam. To był wtedy młody człowiek, mówił wtedy do mnie "ciociu". Potem pisywał do mnie przez jakiś czas. Pamiętam, że wtedy było u nas kilku wolontariuszy. Wybrali się do Puri, do ojca Mariana Żelazka. 

Dlaczego Mackiewicz przyjechał do ośrodka: chciał pomagać chorym na trąd czy pomóc sobie? 

Myślę, że Tomek chciał odnaleźć siebie. Sądzę, że nie miał pojęcia, jak wygląda trąd. I to go chyba nawet niezbyt interesowało. Pracował z dziećmi. Nie wszystkie są chore. Najczęściej ich krewni przebyli trąd. 

Tomasz chyba nie wiedział, na czym to polega. Nazwa trąd niewiele ludziom dziś mówi. Chciał przyjechać, sprawdzić się na różne sposoby. Pierwszym sprawdzianem była ta droga. Opowiadał mi, jak to wyglądało. Musiał mieć wizy tranzytowe. Podróżował trochę autostopem, trochę autobusami, trochę szedł piechotą. Gdzieś w drodze była nawet groźna sytuacja, bo otoczyli go jacyś ludzie i musiał być czujny, bronić się. W międzyczasie kupił sobie rower, wysztychował go. 

Wczoraj jednemu z moich studentów pokazałam zdjęcie Tomka i zapytałam, czy go pamięta. "Oj tak, on tu zawsze na rowerze szalał" – odpowiedział. 

Jeździł tym rowerem po zakupy czy zwiedzał? 

On tym rowerem jeździł wszędzie. Jak potrzebował coś tam sobie "podmontować", to pojechał do Raipuru do jakiegoś mechanika. Trochę się z nim zaprzyjaźnił. 

"Karmili mnie tam, miałem kąt do spania, a ja w zamian uczyłem dzieci angielskiego" – opowiadał potem w wywiadach. 

No z tym angielskim to było trochę różnie. Jeszcze wtedy sam nie znał dobrze tego języka. Kąt do spania miał, nawet własny pokój. Ale nie uczył dzieciaków angielskiego, może pojedynczych słów. 


Czym w takim razie się zajmował? 


Zajmował się wszystkim. Popołudniami bawił się z dzieciakami: rozmaite gry, piłka nożna. Jak trzeba było gdzieś podjechać, zrobić zakupy, to dźwigał worki z żywnością, pomagał. Ośrodek jest duży, więc było co robić. 

Miał dobry kontakt z dziećmi, ludźmi? Wspomniała pani, że z każdym się zaprzyjaźniał. 


Tak, on nie miał kłopotów z komunikacją. To był bardzo otwarty człowiek. Uśmiechał się, zagadywał.

Podobno będąc przez sześć miesięcy w Indiach, Mackiewicz bardzo zbliżył się do Boga. 


Tak było. Ja wymagam od wolontariuszy, by brali udział w całości naszego życia. Nasze dzieci wszystkich wyznań uczestniczą w modlitwie, więc wolontariusze też powinni. 

On był u nas w Roku Jubileuszowym, który właśnie się kończył. Były do tego przypisane specjalne łaski i na zakończenie była większa uroczystość, przypominająca, że jeszcze jest prawo do specjalnego odpustu. Darowana nam była kara. I Tomek zobaczyła kolejkę naszych mieszkańców do kapłanów i natychmiast do mnie przyleciał. Do dziś pamiętam, że był bardzo rozemocjonowany. Powiedział, że też chciałby się wyspowiadać, tylko nie umie po angielsku. "Niech mi ciocia pomoże" – zaproponował. Odpowiedziałam, że grzechów na kartce mu nie spiszę. Poprosiłam jednego z kapłanów, by go wyspowiadał. I od tamtej pory korzystał z sakramentów.  

W 2000 roku Tomasz Mackiewicz myślał o tym, by rozpocząć podbój korony gór?


Nie wiem, nic o tym nie mówił. Troszkę zwiedzał okolicę, ale miał niewielkich funduszy. Jak pojechał do ojca Mariana, to on go gościł. Nie śmierdział groszem i nie mógł sobie pozwolić na jazdę. 

Niektórzy twierdzą dziś, że Mackiewicz wykazał się heroizmem i determinacją, by spełnić marzenie. Inni mówią o egoizmie. Wytykają mu, że pozostawił rodzinę, troje dzieci. 


Nie oceniam tego. Nie mam takiej potrzeby. Nie mogę znieść hejtu, który się pojawił. Zginął człowiek albo jeszcze ciągle się morduje z głodu i zimna, o czym tu dyskutować? Ludzie żyją tak, jak chcą. I trzeba zostawić ich w spokoju. Nie wolno nam go oceniać, żył tak jak chciał. A te kobiety jeśli go kochały i się na to zgadzały, to co mnie do tego?  

Spełnianie swoich marzeń zawsze jest jakąś formą egoizmu. A może dzięki temu żył? Nie wiem. Nie jesteśmy od oceniania. 

Co pani czuła, gdy okazało się, że Mackiewicz wcale nie pożegnał się z Nangą w 2016 roku i nadal próbuje?

Szczerze mówiąc, to byłam o to na niego zła. Jak dziś pamiętam, jak powiedział czy napisał w 2016 roku: "to jest moje pożegnanie z Nangą". Uważam, że to, co zrobił w 2016 roku, musiał zejść, było rozsądne. To było wielkie. 

To dlaczego była pani zła? 

Mnie się wydaje, że chodziło o tego Moro (Simone Moro, włoski alpinista, w 2016 roku zdobył Nanga Parbat – red.), którego nie cierpiał. Panowie się kiedyś przyjaźnili, potem się rozstali. Na Tomka chyba zadziałało to, że on zdobył ten szczyt. I to w krótkim czasie po tym, jak jemu się to nie udało. Sądzę, że Tomek chciał pokazać, że on jeszcze dojdzie tam. 

Mało tego – moim zdaniem – Tomek zachowywał się wtedy nieszlachetnie. On mówił, że niemożliwym jest, by w tak krótkim czasie i przy panujących wtedy warunkach Moro wszedł na szczyt. Tomek minął się z Moro, który po jego rezygnacji piął się w górę. 

To jak usłyszała pani, że Tomek znów zbiera pieniądze, to? 


Miałam w sobie złość. Ale nie pisałam mu o tym. Nadal życzyłam mu dobrze. Jak osiągnie, to osiągnie. Ale to wszystko było za szybko. Nie wiem, czy on wystarczająco dużo czasu poświęcił na aklimatyzację. Jego wyprawy były niskokosztowe. 

Wydawało mi się, że Tomek przesadza, są silniejsi i młodsi. Miał już pewne ubytki w zdrowiu i sądzę, że powinien się z tym liczyć. Myślę, że choroba wysokościowa była wynikiem tego, że to wszystko działo się za szybko. Nie przeczekiwali na odpowiednich wysokościach. 

Poza tym, czerwone krwinki muszą się namnożyć, by wytrzymywać dłużej bez tlenu. I tu też oceniając tą biedną Eli, ludzie popełniają błąd. Jako lekarz wiem, że kobiety szybciej produkują krew. Poza tym – według potocznej opinii – jeśli chodzi o organizm, to my jesteśmy silniejsze. 

Jak pani go zapamiętała? 


Najbardziej zapamiętałam go jako człowieka, który miał ogromną łatwość nawiązywania kontaktów. Był otwarty na ludzi. Miły chłopak, Tomeczek, Tomeczek kochany. Bezpośredni, dobry chłopak. 

Wiele osób twierdzi, że Mackiewicz jeden nałóg zamienił na inny, choć on temu zaprzeczał. 


Ja też tak sądzę, choć słowo nałóg jest nieodpowiednie. Aczkolwiek wiemy, że wszyscy, którzy już się kiedyś wspinali, mają potrzebę, by robić to nadal. Góry ich po prostu ciągną. Z Tomkiem był jeden problem – on lekceważył szkolenia. On był samoukiem, co zresztą świadczy o jakiejś genialności. Tomek korzystał z cudzego doświadczenia. Nauczył się podstawowych rzeczy, a resztę kombinował. 

W środowisku nie siedział, nie lubił, krytykował. Uważał, że komercja zabija ukochanie gór. On był człowiekiem, który kochał góry, chciał pokonać siebie i przekraczać swoje możliwości. I tego nie osądzałabym źle. 

Bielecki potwierdził, że Mackiewicz i Revol zdobyli Nagą Górę


To dobrze, jeśli Elizabeth ma zdjęcia, to będzie można porównać je z innymi. Na tej podstawie Tomek zaprzeczał, że Moro w 2016 nie dotarł na szczyt. Ale to już zostawmy, jeżeli Tomek nie żyje, to trzeba mu wybaczyć, że wtedy tak skrytykował tego Moro. 

Jeśli osiągnął ten szczyt, to znaczy, że przynajmniej miał trochę satysfakcji. Czy to coś zmienia w obecnej sytuacji? Rodziny to nie pocieszy. Może kiedyś jego dzieci będą dumne, że tata – co prawda poświęcił życie – ale spełnił swoje marzenia. Mnie to jakoś mało pociesza, żal mi Tomka. Żal mi nawet, że już o nic się z nim nie pokłócę. Porządny człowiek to był, co w życiu narozrabiał to jego. Każdy żyje na własny rachunek. To trzeba uszanować. 

Przyzwyczaiła się już pani do tej myśli, że Mackiewicz został uznany za zaginionego, a akcja ratunkowa nie będzie kontynuowana

To jest trudne. Ale jak sobie myślę, że do końca życia matka Wandy Rutkiewicz na nią czekała, to sądzę, że trzeba to po prostu przyjąć tę informację. Nadziei już nie mam, choć zdarzają się przecież cuda. Ale nie wiem, czy Pan Bóg będzie chciał interweniować w takiej sprawie.

To znaczy?


Żeby uratować człowieka z takiej sytuacji. Spuści go na linie? Jakoś musiałby się zwlec. Cud zawsze może się stać, ja w to wierzę.
Trwa ładowanie komentarzy...