Volkswagen twierdzi, że ten samochodzik to duchowy następca pierwszego Golfa GTI. Sprawdziłem i... coś w tym jest

Volkswagen up! w Monako? Proszę bardzo. Fot. naTemat
Niemcy chcieli tym samochodem nieco odświeżyć skostniały rynek hothatchy, który w ostatnich latach zaczął sprowadzać się do przepychanki, kto włoży większe turbo do małego auta. Rosła moc, rósł moment obrotowy i... rosła też waga kolejnych modeli, co jest całkowitym zaprzeczeniem idei hothatchów. Teraz na rynek wchodzi Volkswagen up! GTI, który miał za zadanie wrócić do korzeni "gatunku". Na światłach objedzie go byle złom, ale... i tak jest świetny.

To chyba czysta złośliwość losu, ale to naprawdę się zdarzyło. W zeszłym tygodniu miałem okazję pojeździć po Monako omawianym tutaj Volkswagenem up! w wersji GTI. I była to niewątpliwa przyjemność, ale i dość osobliwe odczucie z drugiej strony.

Bo przecież Monako to królestwo prędkości. Najsłynniejszy wyścig w kalendarzu F1 odbywa się właśnie w tym śródziemnomorskim księstwie. I choć było to niezwykle przyjemne, czułem się też niezwykle dziwnie, kiedy słynną prostą startową czy zakręty pod Grand Hotel i Rascasse pokonywałem w aucie z... jednolitrowym silnikiem. Z trzema cylindrami. I ze 115 KM.
Nie mówiąc o tym, że kiedy ja jeździłem tym nowym maciupkim Volkswagenikiem, z każdej strony objeżdżały mnie Ferrari, Porsche czy Rolls-Royce'y. Można się załamać.



Ktokolwiek więc wymyślił jazdy testowe w nowym up! w Monako, musi mieć po pierwsze duże chody w Volkswagenie, a po drugie duże... pokłady odwagi. I być przekonanym, że to kawał dobrego auta. A ja po prostu mogę powiedzieć, że... rzeczywiście tak jest.

Powrót do 1975
Niemcy zarzekają się, że nowy up! to nawiązanie do oryginalnego Volkswagena Golfa GTI pierwszej generacji z 1975 roku. Do czasów, kiedy hothatche (tzn istniał tylko Golf GTI, ale wiecie o co mi chodzi) nie miały turbodoładowanych silników, były małe, zwinne, lekkie i poręczne.
I dokładnie taki jest właśnie up! – może poza silnikiem, bo ten jest turbodoładowany. Ale o tym później. Up! ma mniej więcej tyle mocy co oryginalny Golf GTI i jest niewiele szybszy. Jest też bardzo lekki. Waży zaledwie 1070 kilogramów. To co prawda ponad 200 więcej niż oryginalny Golf GTI, ale jak na te czasy to samochodowa waga piórkowa.

Nie jest też przeładowany technologią, zupełnie jak jego poprzednik. Napęd? Na jedną oś. Skrzynia biegów? Manualna. Bezkluczykowy zapłon? Nie wiem o czym mówisz. Dwusprzęgłowa skrzynia biegów? Po co dwa sprzęgła do jednej skrzyni. Jedyny aspekt rodem z 2018 roku to wspomniany silnik. Litr pojemności, trzy cylindry (ech...) i turbosprężarka.
Mały, ale wariat
Razem to wszystko, do czego wcale nie byłem przekonany, tworzy zaskakująco przyjemne połączenie. Nowym up! aż chce się jeździć. Miniaturowy silniczek zaskakuje kulturą pracy i uwielbia wkręcać się na wysokie obroty. Do tego ryczy co najmniej jak Golf GTI i to współczesny, po solidnym tuningu. Byłem pewien, że to dźwięk z głośników, dopóki nie otworzyłem szyb i sam nie usłyszałem, że pan inżynier od tłumika miał wyjątkowo dużą swobodę artystyczną. Ten samochodzik naprawdę brzmi!
Osiągi? Na papierze nie powalają, oczywiście. 8,8 sekundy do setki i prędkość maksymalna 196 km/h. To prawdopodobnie najwolniejsze auto w całym Monako. Ale... to naprawdę nie był żaden kłopot. Up! jest bardzo zrywny. Uwielbia, kiedy przeciągasz biegi. Wysokie obroty budzą go wręcz do życia. Zachowuje się jak masochista. Traktujesz go trochę jak niedouczony kursant, który zapomina zmieniać biegi, a on się jeszcze cieszy. Z kolei obsługa skrzyni biegów, bardzo precyzyjnej, z pięknym logiem GTI na lewarku, to po prostu przyjemność. Naprawdę nie przeszkadza, że ani razu nie jechałem szybciej niż sto kilometrów na godzinę, a szósty bieg wrzuciłem tylko raz, żeby zobaczyć, czy w ogóle działa. W sumie mógłby nie działać.

Up! nie ma też żadnego wyszukanego napędu czy zawieszenia. Nierówności przyjmuje wręcz z dbałością o komfort kierowcy, dość sprężyście. A mimo to daje niesamowitą radość z jazdy. Dzięki Bogu układ kierowniczy jest też trochę sztywniejszy niż w "cywilnej" wersji, ale może to tylko moje odczucie.
W ciasnych uliczkach najmniejszy Volkswagen sprawdzał się świetnie. Zresztą w zakrętach też. Jest nie tylko zrywny, ale i precyzyjny w trakcie manewrowania. Daje kierowcy poczucie bezpieczeństwa nawet w trakcie szybkiej jazdy. Po prostu wiesz, co ten samochód zrobi. Jest po prostu banalny w odbiorze, od razu zapewnia radość, etap nauki jest praktycznie pomijalny. Jeszcze nigdy za tak niewiele kierowca nie miał możliwości otrzymać tyle frajdy za kółkiem. No, może poza 1975 rokiem i premierą Golfa GTI.

Cena? Zależy jak na to patrzeć
No właśnie, tak niewiele. Up! GTI w wersji trzydrzwiowej to wydatek rzędu 62 tysięcy, ale po dodaniu kilku bajerów (lakier, czujniki parkowania) łatwo "dobić" do 70 tysięcy złotych. A to już nie tak mało za samochód, który koniec końców jest... małym miejskim wozidłem. W tym przypadku płacimy jednak za emocje (i za skomplikowany silniczek).

A za emocje to już nie jest taka wielka cena. Jeśli więc nie macie parcia na wielki samochód, a chcecie po prostu trochę przyjemności z auta, to dlaczego nie? Niemcy twierdzą, że jest popyt na takie auta. Chyba wiedzą, co mówią.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...