Fara, rynek, ratusz. Wszyscy używamy tych słów, nie wiedząc skąd wzięły się w języku polskim

Radosław Gajda potrafi zaciekawić rozmową o architekturze.
Radosław Gajda potrafi zaciekawić rozmową o architekturze. Kadr z kanału YouTube Radosław Gajda
W codziennej mowie często używamy pewnych słów, nie zastanawiając się nadto nad ich pochodzeniem. Okazuje się, że sporo z nich przyszło do naszego słownika z Niemiec. Pewien youtuber i architekt - Radosław Gajda postanowił zabrać Polaków na bardzo ciekawą lekcję historii języka i pokazać skąd przyszły do nas takie słowa jak fara, rynek, czy jarmark.

"Co nasz język mówi o historii polskich miast?", tak brzmi tytuł najnowszego filmiku youtubera i architekta Radosława Gajdy, który pod szyldem "Architecture is a good idea" prezentuje kilkunastominutowe programy z ciekawostkami dotyczącymi zabudowy dobrze nam znanych miast. Dodatkowo udziela również porad wszystkim zainteresowanym tematem kupna mieszkań. Ostatni materiał Gajdy wyróżnia się jednak na tle pozostałych tematem lingwistycznym, a dokładniej wpływem języka niemieckiego na kształtowanie polszczyzny.
– Język niemiecki obsłużył nam miasto, wieś, rzemiosło – mówi profesor Jan Miodek. – Miasto najszerzej pojęte: związane z częściami miasta - rynkiem i ratuszem na czele, jak i z organizacją miejską - burmistrz. Tak samo organizacja wsi - sołtys, wójt, gmina - to też przyszło z języka niemieckiego – wyjaśnia.

Wiedzieliście, że słowo "rynek" pochodzi od niemieckiego "Ringu" - pierścienia okalającego miejski ratusz, czy też niemiecki "Rathaus"? Napływ języka zza Odry nierozerwalnie wiąże się ze średniowieczną lokacją miast na prawie magdeburskim i lubeckim, kiedy to na ziemie polskie masowo zaczęła napływać ludność niemiecka. Wraz z osadnikami przyszedł i język, a że w ówczesnej polszczyźnie nie było odpowiedników takich słów jak wspomniany "rynek", czy "ratusz", nastąpiły daleko idące procesy adaptacyjne języka polskiego.
– "Ring", zwróćmy uwagę na wszechogarniającą adaptację tego słowa – tłumaczy profesor Miodek. Dźwięczne "g" na końcu nie mogło się w polszczyźnie utrzymać. Zamieniono je zatem na bezdźwięczne "k". Głosowe "ri" również było obce w ówczesnym języku polskim. "Rinne" zmieniło się w "rynnę", "Paris" zamienił się w "Paryż", "Ring" w "rynk". A żeby było już zupełnie po polsku, między "n" i "k" wstawiono "e", dzięki czemu powstał "rynek".

– Kiedy jednak to słowo pod koniec XIX wieku jeszcze raz weszło do polszczyzny na określenie miejsca walki bokserskiej, nie uległo już tak silnej adaptacji. Pozostała adaptacja fleksyjna - ringu, ringowi, ringiem – dodaje.
Średniowieczne prawo lokacji miast to nie wszystko – na ziemiach polskich pojawiła się też wówczas niemiecka ludność. – Z osadnikami niemieckimi przyszły również niektóre nazwy. I tu znów procesy adaptacyjne były bardzo silne – zaznacza prof. Miodek. Niemcy z okolic Bawarii przynieśli w okolice Rzeszowa nazwę miejscową - Landshut, czyli dobrze nam znany Łańcut. Wraz z polonizacją niemieckiej ludności, polonizowała się również nazwa miejscowa, co widać właśnie na przykładzie Łańcuta. Widać, że te wpływy języka średnio-wysoko-niemieckiego są przeogromne. Jednocześnie panuje tu ład i porządek substytucyjny. "Gewinde"- "gwint", "Gemeinde" - "gmina", "Ring" - "rynek". Wielki ład i porządek w tych procesach wzajemnych relacji językowych!


Nie tylko język niemiecki wpłynął na współczesny wygląd i brzmienie języka polskiego. W końcu mamy "kuszetkę" (fr. "coucher"), "mecz" (ang. "match"), czy kalafiora (wł. "cavolfiore").

– Różne języki nam różne elementy rzeczywistości obsłużyły. Królowa Bona dała nam nazwy jarzyn. Turcy i Tatarzy przynieśli ze sobą słownictwo militarne. Za to język niemiecki obsłużył nam organizację i szczegóły architektoniczne – kończy swój wywód profesor Jan Miodek.
Trwa ładowanie komentarzy...