Jakub Stefaniak #TYLKONATEMAT: W wyborach samorządowych to PSL będzie najgroźniejszym rywalem PiS i vice versa

W rozmowie z naTemat.pl rzecznik PSL Jakub Stefaniak zapowiada, że w wyborach samorządowych to ludowcy będą największym konkurentem PiS. Fot. PSL
Może opozycja wcale tak ostro nie krytykowałaby tych ministerialnych nagród, gdyby znalazły się też pieniądze na ustawę o emeryturze bez podatku, czy na nasz projekt poprawiający 500+, dzięki któremu pomoc trafiałaby do samotnych matek i rodzin, które tylko minimalnie przekroczył próg zarobków. Na to jednak nie ma, choć na gigantyczne nagrody dla PiS się znalazło. A co z emerytami, którzy dostają po 15 zł rewaloryzacji?! Oni mogą się teraz poczuć, jakby władza splunęła im w twarz – mówi #TYLKONATEMAT Jakub Stefaniak z PSL.

Pana też zszokowały bajeczne zarobki PiS-owskich ministrów?

Gdy dowiedziałem się o tych kosmicznych nagrodach, od razu przypomniałem sobie pewną wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Otwocku, gdzie on użył słów „ojczyznę dojną racz nam wrócić Panie”. To pierwsze skojarzenie z tym, co dziś robi PiS. Ta „natura ssaczy” tkwiła w nich od dawna. Przecież oni już na początku kadencji składali projekt ustawy zakładający podwyższenie uposażenia posłów.

A te nagrody dla ministrów jeszcze można by spróbować jakoś zrozumieć, gdyby najwięcej nie dostali ci, których z rządu usunięto. Przecież Jan Szyszko i Antoni Macierewicz na tej liście nagród znaleźli się w czele stawki! Czyli PiS uznał, że najwięcej pieniędzy należy się tym, którzy źle pracowali i zasłużyli na wymianę?! Przecież to się nie trzyma kupy...

Wielu przypomina, że za czasów PO-PSL również władza się nagradzała.

Przez ostatnie cztery lata rządów PO-PSL, gdy ministrem pracy był Władysław Kosiniak-Kamysz, żadnych takich nagród nie dostał. Także różni inni ministrowie poprzedniej koalicji już publicznie oświadczali, że tego typu nagród nie dostawali. Wiele można poprzedniej ekipie rządzącej zarzucić, ale na pewno nie to, że postępowała w taki sposób i przyznawała sobie gigantyczne nagrody.


Prawdą jest natomiast, że w pewnym momencie Władysław Kosiniak-Kamysz o pewne nagrody walczył. Tylko, że był one nie dla niego, a dla pracowników ministerstwa, którzy zarabiali najmniej. Mówiąc konkretnie, chodziło o panie, które w siedzibie resortu sprzątały. I nigdy wcześniej nie dostały żadnych nagród. Pierwszy raz nagrodził je finansowo Kosiniak-Kamysz.

Jak to jest, że rząd PO-PSL obrywał za najdrobniejsze wpadki, a Zjednoczonej Prawicy na sucho uchodzą nawet takie sprawy? Przecież nie brakuje głosów, że nagrody ministrom się należały, bo tak bardzo się starają...

Patrzę na to z perspektywy osoby, która koalicję PO-PSL niejednokrotnie ostro recenzowała w poprzednim życiu zawodowym. I przede wszystkim w tej sprawie rzuca mi się w czy fakt, iż poprzednia ekipa rządząca cierpiała na przypadłość objawiającą się wstrętem do chwalenia się. A miała sukcesy, którymi można było się chwalić. Ta przypadłość okazała się dla nich zgubna.

To, że rządzący z PO i PSL o sukcesach nie chcieli opowiadać i przechodzili nad nimi do porządku dziennego, daje teraz świetne położenie PiS. Oni z najmniejszej sprawy potrafią zrobić niesamowitą fetę i jakimiś drobnostkami chwalą się uparcie przez pół roku. Być może to jest właśnie klucz do tego, jak pozmieniały się nastroje i odbiór zachowań rządzących. Bo rzeczywiście okazało się, że PiS wolno więcej. Warto jednak przypomnieć sobie, że to podejście zgubne i po prostu nieuzasadnione.

Wie pan, może opozycja wcale tak ostro nie krytykowałaby tych ministerialnych nagród, gdyby znalazły się też pieniądze na ustawę o emeryturze bez podatku, czy na nasz projekt poprawiający 500+, dzięki któremu pomoc trafiałaby też do samotnych matek i rodzin, które tylko minimalnie przekroczył próg zarobków. Na to jednak nie ma, choć na gigantyczne nagrody się znalazło. A co z emerytami, którzy dostają po 15 zł rewaloryzacji?! Oni mogą się teraz poczuć, jakby władza splunęła im w twarz.

W PSL stanęliście trochę z boku w sprawie ustawy o IPN i wynikającego z niej konfliktu z Izraelem i USA. Skąd taka decyzja?

To nie było tak, że stanęliśmy z boku. My w PSL po prostu uważamy, że dzisiaj trzeba budować dobre relacje z naszymi partnerami, a nie je podpalać. Tak podchodzimy zarówno do problemów w Unii Europejskiej, jak i spraw międzynarodowych. PSL to nie jest partia, która robi dużo szumu. Wolimy konsekwentnie działać w obranym kierunku. W tej sprawie z Izraelem wezwaliśmy więc rząd do utworzenia polsko-izraelskiej grupy dialogu, złożonej nie z polityków, a naukowców. Żądamy też, by szef MSZ Jacek Czaputowicz jak najszybciej przedstawił mapę drogową z planami działań mającymi rozwiązać konflikt z Izraelem. My skupiamy się na tym, co przyniesie przyszłość, a nie zajmujemy się przeszłością.

Najważniejsze w tej sprawie jest jednak nie to, gdzie stoi PSL, a postawa PiS. Z jednej strony mamy tam bowiem prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który zarzeka się, że nie jest antysemitą, a za chwilę pojawia się prezydencki doradca prof. Andrzej Zybertowicz, który swoimi opiniami tylko konflikt podgrzewa. Czy to oznacza, że na Nowogrodzkiej pogubili się w przekazie i nie wiedzą, co z tym wszystkim zrobić? Czy może jednak świadomie ten konflikt wykorzystują do gry politycznej? Ten drugi scenariusz byłby obrzydliwy.

A nie jest tak, że obchodzicie się z tą sprawą znacznie łagodniej niż PO i Nowoczesna, bo wasz elektorat w niektórych kwestiach przypomina wyborców PiS? Czy tak nie jest właśnie w tej sprawie?

Komunikat, który my wysyłamy opinii publicznej w tej sprawie jest jasny. Po pierwsze, stawiamy na dobre imię Polski i polską rację stanu. Po drugie, mówimy o tym, że dobre relacje zbuduje się tylko na prawdzie. W tym przypadku bardzo mocno różnimy się z PiS, bo tam niestety wielu tej prawdy nie chce przyjąć.

Pociągnijmy jeszcze temat podobieństwa elektoratów. Dziś główną partią wsi i małych miasteczek jest PiS. Macie jeszcze ambicje, by powalczyć o odzyskanie tych milionów Polaków z prowincji?

Nie bez powodu PSL było pierwszą partią, która pokazała swój program na wybory samorządowe. Nasza „Rzeczpospolita samorządowa” jest oparta na zasadach zrównoważonego rozwoju i tego, że w centrum tak pojętego rozwoju jest człowiek w swojej małej ojczyźnie. Choć nasz program jest skierowany do podobnej grupy Polaków, stoi w kontrze do tego, co proponuje PiS. My zamierzamy budować Polskę samorządową, zdecentralizowaną i taką, w której to obywatele decydują o swoich sprawach.

PiS milionom Polaków ze wsi i małych miast proponuje natomiast Polskę, w której wszystko zarządzane jest z jednej ulicy. Oczywiście z Nowogrodzkiej w Warszawie. Oni chcą, by także na prowincji o wszystkim decydował jeden człowiek z Warszawy, a w najlepszym razie wąski komitet polityczny tego człowieka otaczający.

PSL daje też alternatywną wobec PiS wizję Polski w Europie i na świecie. My chcemy być silni w UE i mieć wielu dobrych sojuszników w polityce międzynarodowej. Tymczasem z tego, co robi PiS można wywnioskować, że oni najchętniej wyprowadziliby Polskę z UE.

No właśnie, pierwsi zaczęliście przygotowania do wyborów samorządowych już kilka tygodni temu, ale wtedy wszyscy mówili tylko o tym, że cudem uratowaliście status klubu parlamentarnego po odejściu posła Baszki. Niech więc pan krótko przypomni, z czym idziecie do wyborów.

Najważniejszym założeniem naszego programu jest to, że proponujemy rozwiązania będące odpowiedziami na zapotrzebowanie ludzi. Nasza główna idea to „człowiek w centrum”. Po drugie, sprzeciwiamy się podziałowi Polski na Polską A, B czy C. Stawiamy na zrównoważony rozwój. Polska musi być dla każdego i każdy musi mieć od niej tyle samo. Po trzecie, stawiamy na nowe technologie, wykorzystywane między innymi do walki ze smogiem. Bo od tego zależy nasze życie i zdrowie.

Do tego dochodzi wiele kwestii, które dotyczą współpracy samorządów z władzą centralną. Mamy pomysły na poprawę służby zdrowia, czy zapewnienie dostępu do internetu jako prawa konstytucyjnego. Przede wszystkim upominamy się jednak o te wszystkie grupy społeczne, które PiS wykluczyło, jak na przykład emerytów.

Powracający przed kamery były rzecznik PiS Marcin Mastalerek oznajmił ostatnio, że jego zdaniem w najbliższych wyborach PSL ma szansę nawet na 20 proc. wynik. Ludowców taka też opinia zaskoczyła?

Marcin Mastalerek bez wątpienia ma godne podziwu dokonania w ostatnich kampaniach wyborczych PiS. Mam jednak mieszane uczucia jeśli chodzi o intencje tego typu wypowiedzi. Odnoszę, iż panu Mastalerkowi chodziło raczej o mobilizację elektoratu i działaczy PiS. Bo bez wątpienia w wyborach samorządowych to PSL będzie najgroźniejszym rywalem PiS i vice versa.

Oni mają tego świadomość i biorą to na poważnie. Przecież nie bez przyczyny próbowali zrobić tę akcję z Mieciem Baszko w trakcie naszej konwencji samorządowej. PiS nie zrobił tego, by koniecznie pozyskać Miecia Baszkę, tylko po to, by osłabić PSL i ogłosić, że klub ludowców już w Sejmie nie istnieje. Ale im się to nie udało. Daliśmy radę ich ograć w tej sprawie, a to dopiero początek walki.
Trwa ładowanie komentarzy...