Czy zabiłbyś z miłości? Reżyser hitu "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" znów zadaje trudne pytania

Paolo Genovese wraca z nowym filmem. W "The Place" znów zadaje trudne pytania, tym razem bez uśiechu
Paolo Genovese wraca z nowym filmem. W "The Place" znów zadaje trudne pytania, tym razem bez uśiechu Fot. materiały prasowe
Możesz mieć wszystko: zachwycać figurą Moniki Bellucci, porażać intelektem Umberto Eco, balować niczym Silvio Berlusconi w swoich najbardziej szalonych latach. Cena? Umowna, ustalana indywidualnie przez tajemniczego, rzekomo wszechmogącego jegomościa, okupującego ostatni stolik w twojej ulubionej knajpie. Pytanie, co jesteś w stanie poświęcić, żeby dostać to, czego pragniesz najbardziej na świecie zadaje w swoim najnowszym filmie “The Place” Paolo Genovese.

Poprzedni film włoskiego reżysera, “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” przyciągnął do kin tłumy. Kameralna opowieść o grupie przyjaciół, którzy w trakcie przyjęcia decydują się publicznie odbierać wszystkie telefony i smsy, zaintrygowała zarówno Polaków, jak i Włochów. W “The Place” Genovese znów stawia swoich bohaterów w niewygodnych sytuacjach. Tym razem jednak zamiast solidnej dawki humoru dostajemy opowieść, która zmusza widza do zastanowienia się nad kwestiami ważniejszymi, niż konsekwencje nieprzemyślanego skoku w bok.
Bohaterowie “The Place” mogą dostać wszystko, o co tylko poproszą. Ich życzeń wysłuchuje bezimienny, schowany w głębi baru, mężczyzna i każdemu oświadcza: “Dostaniesz, to czego chcesz, pod warunkiem, że…” i tu pada cena. Przedziały są spore: od pogodzenia się z dawno niewidzianym ojcem, po... wysadzenie w powietrze kilkunastu osób.

W rozmowie z naTemat Paolo Genovese zdradza, dlaczego właśnie teraz zdecydował się nakręcić “The Place” oraz jak zachowałby się na miejscu swoich bohaterów.
Pana poprzedni film: „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” okazał się wielkim sukcesem - nie tylko we Włoszech, ale i na świecie, w tym w Polsce. Spodziewał się pan aż tak pozytywnego odbioru?

Nie, a już na pewno nie spodziewałem się uznania zarówno ze strony publiczności, jak i krytyków. Zazwyczaj możesz liczyć albo na wysokie miejsca w box office, albo na przychylne recenzje - te dwa aspekty rzadko idą w parze. A w przypadku „Dobrze się kłamie…” tak właśnie się stało.


Liczby w box office to tylko dane ilościowe, nigdy jakościowe. Jeśli film ma dobrą promocję, obejrzy go masa ludzi. Ale ilu z nich tak naprawdę wyjdzie z kina zadowolonych? To już trudniej zmierzyć. W przypadku „Dobrze się kłamie…” mieliśmy masę pozytywnego feedbacku: od krytyki, z mediów społecznościowych, bezpośrednio od widzów. Negatywnych opinii praktycznie nie było. Udało nam się ugryźć temat na tyle głęboko, a jednocześnie - delikatnie, że nasza opowieść trafiała do wszystkich. Być może to był dobry czas, aby poruszyć tego typu sprawy.
Jest pan znany jako twórca komedii, ale pana kolejny film, który właśnie wchodzi do polskich kin, „The Place”, trudno zaklasyfikować do tego gatunku. Skąd ta zmiana?

Wiele osób mnie o to pyta, a ja po prostu chciałem opowiedzieć inną historię. To trochę tak, jak z jedzeniem: nikt nie chce ciągle jeść tego samego. Czasem nie jesteś w stanie odmówić sobie zwykłego hamburgera, innym razem masz nieodpartą ochotę na wyszukane sushi.

Scenariusz "The Place” jest adaptacją amerykańskiego serialu: „The Booth at the End”. Trudno było zamknąć jego akcję w 90 minutach filmu?

Na film składa się 10 historii. Niektóre postaci są takie same, jak w oryginale, inne - zostały stworzone na potrzeby scenariusza filmowego. Niektóre wątki mają większy ładunek emocjonalny, inne - mniejszy. W serialu, opowieść każdej z osób stanowi osobną całość, w filmie - niektóre z nich przeplatają się między sobą.

Film ma również jednoznaczny finał, podczas gdy w serialu często pojawiają się niedopowiedzenia. Chciałem postawić wyraźną kropkę nad „i”, co nie oznacza, że zakończenie nie skłania do refleksji.
Co zaintrygowało Pana w historii „The Booth…”?

Zaskoczył mnie już sam pomysł, żeby narrację poprowadzić właśnie w taki, fragmentaryczny sposób. Na pierwszy plan [zarówno w serialu, jak i filmie] wybija się kwestia moralności. Film opowiada o tym, jak daleko jesteś w stanie się posunąć, aby dostać to, czego pragniesz. Biorąc pod uwagę, co obecnie dzieje się na świecie, wydaje mi się, że to dobry moment, aby zadać sobie to pytanie.

Świat, jaki znamy, idzie z dymem: wstrząsają nim skandale na tle seksualnym, terroryzm, konflikty polityczne… Chcąc nie chcąc, opowiadamy się po którejś ze stron, wskazujemy winnych, oceniamy. Staliśmy się sędziami i nie możemy się od tego obowiązku uchylać. Spodobała mi się więc idea zrobienia filmu, w którym jesteśmy zmuszeni oceniać samych siebie.
Akcja “The Place”, podobnie jak “Dobrze się kłamie…” dzieje się w jednym miejscu: barze, który nie ma właściwie żadnych cech charakterystycznych: podobne znajdziemy we Włoszech, w USA, w Polsce…

Tak, podobnie jak w przypadku “Dobrze się kłamie…” akcja nie wychodzi poza określoną przestrzeń. W “The Place” jest ona jednak jeszcze bardziej skondensowana: praktycznie nie ruszamy się zza barowego stolika - to jeszcze mniejszy “świat”. Zdecydowałem, że nie opuszczę jego granic, nie pokażę otoczenia, które wobec tego wcale nie musi być Rzymem. “The Place” może dziać się w dowolnym barze, w wybranym przez widza mieście. Takie było moje założenie, jako reżysera - celowo usuwałem z kadrów wszelkie przejawy “rzymskości”.

Większość interakcji w filmie dzieje się pomiędzy dwoma osobami: tajemniczym “wszechmogącym” i “interesariuszem”. Dodatkowo, jak już pan wspomniał, akcja dzieje się w bardzo ograniczonej przestrzeni. Jak takie warunki wpłynęły sposób filmowania?

Praca kamery musiała być praktycznie niezauważalna. Musiałem skupić się na aktorach i wypowiadanych przez nich kwestiach, a nie na tym, jak konstruować kolejne ujęcia. Każda scena rozwija się więc sekwencyjnie, według planu. “The Place” to film-opowieść: bohaterowie opisują “wszechmogącemu” i widzom, jak się zachowali, jakich wyborów dokonali. To właściwie meta-kino. Widzowie otrzymują narzędzia, dzięki którym “widzą” to, co się wydarzyło. Każdy obraz będzie więc nieco inny..

Zastanawiał się pan, co zrobiłby na miejscu poszczególnych postaci - jakich dokonałby wyborów?

Zarówno ja, jak i aktorzy grający w filmie, żyjemy na tyle wygodnie, że nie musimy podejmować tego typu decyzji. Z drugiej strony, podobnie jak jeden z bohaterów, jestem ojcem. Czy byłbym w stanie zabić inne dziecko, żeby ratować moją chorą na raka córkę? Już sam fakt, że zadałem sobie to pytanie podnosi moralną poprzeczkę. Nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć: “Nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego”. Podobnie jak w innej sytuacji z filmu: czy gdyby ceną za odzyskanie miłości mojego życia było wysadzenie w powietrze innych ludzi - byłbym w stanie to zrobić? Być może.

"The Place" wchodzi do polskich kin 23 lutego.

Artykuł powstał we współpracy z Aurora Films.

Trwa ładowanie komentarzy...