Patryk Vega znów to zrobił. "Kobiety mafii" to bluzgi, rasizm, seks, rozrywka niskich lotów, a i tak pójdą na to miliony

"Kobiety mafii" przyciągną do kin dziesiątki tysięcy widzów. To boli...
"Kobiety mafii" przyciągną do kin dziesiątki tysięcy widzów. To boli... Materiały promocyjne "Kobiet mafii"
Od czwartku w kinach możemy oglądać „Kobiety mafii”, produkcję obecnie najbardziej płodnego z polskich reżyserów - Patryka Vegi. Czego by o Vedze nie mówić, twórca ma to legendarne midasowe dotknięcie, ponieważ najgorszy ekranowy badziew potrafi zamienić w poważny zysk, ku uciesze swoich inwestorów. Mieszanka bluzgów, okropnych żartów i jeszcze słabszych naturszczyków w obsadzie bardzo dobrze się w kraju nad Wisłą sprzedaje. I to jest chyba najbardziej przykre.

– Tu nie chodzi o pieniądze, a o to żeby coś znaczyć – mówi jeden z bohaterów "Kobiet mafii", jakby na przekór całemu ekranowemu przedsięwzięciu, w którym bierze udział. No bo w końcu jaką pozycję można osiągnąć poprzez do znużenia powtarzane bluzgi, mieszanie prymitywnej przemocy, seksistowskich i rasistowskich żartów oraz scen totalnie schematycznego seksu? Jeśli Patrykowi Vedze zależy na utrzymaniu miana hegemona taniej, niewymagającej intelektualnego wysiłku rozrywki, to "Kobietami mafii" po raz kolejny przypieczętował swój sukces. Jest jeszcze opcja, że cynicznie kuje żelazo póki gorące i odcina kupony od tego oczywistego sukcesu finansowego.
Żarty w "Kobietach mafii" to już nie trotuarowy, a po prostu ściekający rynsztokiem humor. Sporo z nich przypadło w udziale Oświecińskiemu, no ale jego rola w produkcji sprowadza się w zasadzie do gwałtów i rzucania ksenofobicznych, a nawet rasistowskich haseł. Najgorsze jest jednak to, że kiedy ten wyglądający jak Piotr Gąsowski na sterydach taran wjeżdża z pieśnią "kozojebco, ciapaku" na ustach, cała kinowa sala zwija się ze śmiechu. Za dobrze to o nas, szanowni państwo Polacy, nie świadczy. Rolą prawdziwie odbierającą chęć do życia, męczącą jak noce z grypą jelitową jest postać Anki Ostrowskiej, w którą wcieliła się Katarzyna Warnke. Oczywiście rozumiem, że filmowy świat Vegi jest do granic przerysowany i nie stroni od pewnej teatralności, no ale jednak żona Piotra Stramowskiego na ekranie jest nie do zniesienia, a każde jej pojawienie się warto byłoby przykryć kubłem popcornu założonym na głowę.
Ciekawym fenomenem "Kobiet mafii" jest wątek Żywego (Piotr Stramowski) i Siekiery (Aleksandra Popławska). Nie chcę zbyt wiele zdradzać, więc powiem tylko, że gdyby nie przeszłość w filmach Vegi, można by pomyśleć, iż zostali zaangażowani z odbywającego się tuż obok castingu do produkcji spod szyldu XXX. W zamyśle dramatyczny wątek córki-ćpunki Padrino (Bogusław Linda), którą odgrywa Julia Wieniawa jest strasznie stereotypowy i nie sądzę, żeby mógł wycisnąć choć jedną łezkę. Zwłaszcza, że nawet sama aktorka w scenach szlochów nie była w stanie "wyprodukować" najmniejszej słonej kropli. Bogusław Linda w roli ojca chrzestnego mokotowskich gangsterów jest przekonujący, a jego ataki paniki na serio wprowadzają atmosferę niepokoju. No ale to w końcu niezawodny "Boguś". Legenda polskiego kina.

W wywiadzie dla naTemat Patryk Vega mówił o robieniu filmów o kobietach, a ja zastanawiam się, czy utwierdzanie seksistowskich stereotypów jest tym, co paniom naprawdę pasuje. No bo nieważne jak silnej pozycji nie miałyby bohaterki "Kobiet mafii" (patrz Niania, w tej roli Agnieszka Dygant), i tak w pewnym momencie zostają obdarte z ubrań oraz godności i stają się przedmiotem seksualnego wykorzystania. Mimo to, rozglądając się po sali, nie widziałem grymasów oburzenia. No bo gdzie w tym ta emancypacja? Vega mówił, że decyzję o kupnie biletu do kina zazwyczaj podejmuje kobieta, więc pytanie do Was szanowne panie, czy na serio odpowiada wam takie kino?
Scenariusz "Kobiet mafii" był pisany w kooperacji z gangsterami grupy mokotowskiej, czytamy na plakacie promującym produkcję. Mafijny świat od dekad jest genialnym źródłem inspiracji dla twórców, a same historie z półświatka wywołują wypieki na twarzach niezaznajomionych z ulicznym życiem widzów. Gangsterskie życie z pewnością nie stroni od wulgarności, brutalności i schematycznych układów, jednak te prawdziwe miejskie historie chyba można było przekazać o wiele lepiej, bez męczącego przerysowania, mając w głowie takich mistrzów jak Brian de Palma, Abel Ferrara czy nasz Władek Pasikowski. Mam nadzieję, że opowieści gangsterów z Mokotowa trafią jeszcze kiedyś na lepszy grunt, filmowy czy pisarski, gdyż sam pochłaniałbym je z prędkością światła.
W tym roku na ekrany kin ma wejść kolejny film Vegi, "Small world" poświęcony handlowi dziećmi. Szczerze mówiąc już teraz mam drgawki, gdy pomyślę, co tam może na nas czekać.

Kończąc tę recenzję, posłużę się słowami Jacka Sobczyńskiego, który w swoim tekście o "Botoksie" idealnie podsumował twórczość Patryka Vegi: "Ten człowiek nawet ze scenariusza o telefonicznej zegarynce potrafiłby zrobić hit, na który przyjdą miliony widzów. I w sumie to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające".
Trwa ładowanie komentarzy...