To mało popularna opinia, ale Netflix osiadł na laurach. Ostatnio wypuszcza niemal same średniaki

"Bright" i "Mute" to jedne z najsłabszych filmów wyprodukowanych przez Netflix
"Bright" i "Mute" to jedne z najsłabszych filmów wyprodukowanych przez Netflix Mat. pras. / Netflix
Z bólem serca przychodzi mi to pisać, ale ostatnio co rusz zawodzę się odpalając film lub serial Netflixa. Aż chciałoby się rzec "kiedyś to było", ale nie chcę krakać i wierzyć w to, że ta sytuacja się nie zmieni. Póki co minęły czasy, kiedy zbierało się szczękę z podłogi oglądając "Stranger Things", "13 powodów", "Making a Murderer" czy "House of Cards". Przy nowych produkcjach szczęka może odpaść... co najwyżej od ziewania. A może być jeszcze gorzej, bo Netflix kręci coraz więcej.

Nowe tytuły z kultowym, czerwonym logiem nie są fatalne, ale nie przyprawiają o ciarki. Są przyzwoite. Jeśli ich nie zobaczysz, to nic nie stracisz, a jeśli się skusisz, to możliwe, że przyśniesz i obudzisz się na napisach końcowych. Oglądam je z przywiązania do marki. No i płaconego abonamentu.
Nie tak dawno, dawno temu...
Pierwszy skowronek zwiastujący, że coś jest na rzeczy, to katastrofalnie zła adaptacja niezwykle popularnej mangi i anime "Death Note". Dorównuje poziomem niesławnemu "Dragon Ball: Evolution". Jednak potem Netflix zrehabilitował się i dał nam drugi,
udany sezon "Stranger Things" oraz rewelacyjne "Dark" czy "Mindhuntera". Pod choinką za to znaleźliśmy rózgę i "Bright".
"Bright" było reklamowane wszędzie i zapowiadane jako pierwszy blockbuster na platformę VOD. Koncepcja alternatywnego świata, w którym ludzie żyją z istotami rodem z prozy Tolkiena, jest ciekawa, ale film był przydługi i schematyczny. Pod koniec 2017 roku mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć 4. sezon "Czarnego lustra". Serial nadal trzymał poziom i dwa odcinki ("Black Museum" i "U.S.S. Callister") zniszczyły mnie, ale pozostałe były po prostu zwyczajne. Jednak ostatnie seriale ze stajni Marvela też przeszły bez efektu "wow", a "Star Trek: Discovery" porzuciłem po trzech odcinkach.
Zła passa trwa
2018 rok przyniósł mi jeszcze większe ochłodzenie relacji z Netflixem. W serwisie co prawda na początku stycznia okraszony czarnym humorem i niezwykle wciągający "The End of the F***ing World", ale to "niestety" produkcja Channel 4. Początek lutego to z kolei mój wielki zawód, czyli serial "Modyfikowany węgiel" – niezwykle płytki, źle zagrany i momentami groteskowy klon "Łowcy androidów".
W podobnym cyberpunkowym świecie został osadzony "Mute" ("Bez słowa" - 23 lutego). Zupełnie niepotrzebnie, bo nie łączył się z fabułą dłużącą się przez 2 godziny. A miał to być hit od reżysera "Moon" - ambitnego i oszczędnego w formie filmu science-fiction z m.in. Samem Rockwellem, który w weekend dostał Oscara.
W międzyczasie jeszcze wpadło "Everything Sucks" (16 lutego), które żeruje na sentymencie za latami 90. i nie liczmy na emocjonującą fabułę jak w "Stranger Things" - to zjadliwy serial z gatunku "okruchy życia", o którym zbyt wiele nie da się napisać. Podobnie jak o "Paradoksie Cloverfield", o którym niemal tak szybko zapomniałem, jak nagle pojawił się na Netflixie. Został tam wciśnięty nieco na siłę, bo Paramount Pictures nie zwiastowało sukcesu kinowego.
Miałem już okazję pochłonąć kolejną superprodukcję od Paramount Pictures, której Netflix jest dystrybutorem: "Anihilację", którą będziecie mogli zobaczyć 12 marca. Alex Garland, reżyser intrygującej, teatralnej "Ex Machiny" tym razem nakręcił widowiskowy film, który fabularnie żywcem przypomina "Piknik na skraju drogi" braci Strugackich. Jest zona, anomalie, ale zamiast stalkerów grupa kobiet z Natalie Portman na czele. Produkcja wciąga, ale niestety czterech liter nie urywa.
Netflix pełen średniaków
Kiedy czytam news mówiący o tym, że Netflix chce wydać w tym roku... 700 produkcji oryginalnych, trochę mnie to przeraża. Wedle nowej strategii serwis stawia przede wszystkim na ilość, a nie do tego przecież nas przyzwyczaił.

Poniżej przygotowałem małe zestawienie ocen krytyków i widzów produkcji, po których miałem niesmak. Serwis Rotten Tomatoes (agreguje recenzje) nie jest nieomylnym wyznacznikiem jakości, ale średnia mówi sama za siebie.
Procent pozytywnych opinii krytyków / widzów
Rotten Tomatoes

Anihilacja - 86% / 65%
Bez słowa - 12% / 52%
Bright - 27% / 85%
Death Note - 41% / 25%
Everything Sucks - 70% / 87%
Modyfikowany węgiel - 64% / 90%
Paradox Cloverfield - 17% / 47%
Star Trek: Discovery - 82% / 56%

Powiedzenie "Netflix and chill" powinno się zmienić na "Netflix, bierz się do roboty", bo w produkcji jest "1983" w reżyserii Agnieszki Holland oraz "Wiedźmin", do którego widzowie mają już pewien uraz z przeszłości.
Trwa ładowanie komentarzy...