Grupa naTemat

Wyrwij chwasta – o muzykach idiotach i wydawcach ignorantach

Ługi w teledysku Skowytu – "Pokolenie ch...j"
Ługi w teledysku Skowytu – "Pokolenie ch...j" Klatka teledysku http://youtu.be/tTXlzZhG-t8
Śpiewam w zespole, piszę piosenki. W tekstach, które również piszę sam, wyrażam to, co czuję lub przekazuję moje poglądy na różne tematy. Moje własne. Nie wiem czy to czyni mnie artystą, twórcą czy może jakąś inną, bliżej nie sprecyzowaną, „jednostką artystyczną”. W każdym razie nie czuję się towarem, produktem, odtwórcą, zabawiaczem.

To, że ktoś płaci mi za płytę „Achtung, Polen!” czy koncert Skowytu jest jego wolnym wyborem, tak jak moim wolnym wyborem jest nagranie takiej, a nie innej płyty (za swoje i kolegów pieniądze) oraz granie takich koncertów jakie nam się grać podoba.


Przy takim założeniu mogłoby się wydawać, że i ja i Skowyt jesteśmy tzw. artystami niezależnymi. W końcu robimy, co chcemy. Niestety. W tym naszym wymarzonym ogródku wolności artystycznej jest jeden chwast – „wydawanie płyt”. W tradycyjnym ujęciu jest to po prostu tłoczenie, wpychanie do sklepów i promowanie swoich płyt. Czynności te w oczach wielu artystów jawią się jako mityczne przeszkody nie do przejścia…

Dlatego większość muzyków, których znam, po wielu próbach samodzielnego zaistnienia (lub nie), wybiera jednak model „tradycyjny” i zaczyna szukać wydawcy, który te „straszne” przeszkody pomoże im pokonać. Szukanie wydawcy to nieco upokarzające zajęcie, które każdego może wpędzić w depresję. Często musisz tłumaczyć się ze swojej sztuki i przekonywać kogoś o jej wartości. Niemniej, znacznie gorzej bywa kiedy się owego wydawcę już znajdzie. Historia Skowytu nie jest wyjątkiem w tym względzie.

Zobacz też: Punk rock w służbie demokracji. "Pussy Riot" zatrzymane za piosenkę

Jako zespół z definicji niezależny, płytę „Achtung, Polen!” nagraliśmy własnymi środkami. Chcieliśmy mieć pełną kontrolę nad tym co i jak gramy. Nie chcieliśmy od potencjalnego wydawcy pieniędzy na nagranie krążka bo prowadzi to do wynaturzeń i daje mu prawo wpływania na naszą muzykę. Nie chcieliśmy być dłużnikami w swojej własnej twórczości. Dlatego nagraliśmy album samodzielnie i uderzaliśmy do wydawców z pełnym pakietem: nagrana płyta, singiel i gotowy projekt oprawy graficznej.


Jak się okazało, odzew był całkiem spory. Kilka wydawnictw było zainteresowanych płytą. Nie mieliśmy zresztą Bóg wie jakich wymagań. Ani nie chcieliśmy kasy, ani wielkiego marketingu. To, czego potrzebowaliśmy to absolutne minimum jakiego można spodziewać się u wydawcy, czyli: dystrybucja w sklepach, wytłoczenie krążka i wysłanie płyty do mediów. Absolutne, kurwa, minimum.

Okazało się, że zainteresowana jest nami jedna z czołowych tzw. wytwórni niezależnych. Taka, w której wydają się „gwiazdy” każdego Woodstocka, Jarocina itp. Zajarani byliśmy nieziemsko. Wydawało nam się, że oto znaleźliśmy miejsce dla siebie. Wydawca z „tradycjami”, zasłużony dla rynku. Przed podpisaniem kontraktu byliśmy przez niego kuszeni wizjami zajebistej promocji, słuchaliśmy opowieści ile to mamy zajebistych hitów na naszej płycie. Nawet najbardziej zdystansowany artysta by się spuścił z radości. Spuściliśmy się i my, frajerzy. 3 dni po podpisaniu kontraktu skończył się seks i majty trzeba było włożyć na dupę. Usłyszeliśmy, że na płycie brakuje hitów, że trzeba zrobić nowy singiel i ogólnie tu jeszcze sporo brakuje. Coś zabolało mnie mocno w dupie.

Przeczytaj także: Czy kryzys wykończył kulturę? "Gazeta Wyborcza" liczy straty, a my szukamy sukcesów

Kolejne 6 miesięcy sprawiło, że znienawidziliśmy „naszego” wydawcę. Dziś pluję sobie w brodę, że tak długo w ogóle się z nim bujaliśmy. Prawda jest taka, że podpisaliśmy śmieciową umowę, pozbawiającą nas praw niemal do wszystkiego. W zamian za co? Za mityczne „wsparcie” wydawcy. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia. Żadnego, kurwa. Spotykaliśmy się z legendarnym właścicielem naszej wytwórni, który serwował nam mieszankę swoistej filozofii Zen, bujania w obłokach i kompletnego zera konkretów. Do tego cały czas wywierał na nas naciski twórcze. Zażyczył sobie „hita” do RMF’u. Do dziś mam maila, w którym wydawca tłumaczy mi jak się robi hity. Z litości nie upubliczniam go bo jest to bełkot jakich mało, godny szefa wytwórni disco polo. W skrócie, oto co udało nam się „osiągnąć” przez sześć miesięcy współpracy (cały czas z gotową płytą):

1. Nigdy nie udało się ustalić przybliżonego terminu wydania płyty.
2. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia medialnego. Ba, nie było nawet pomysłów wsparcia.
3. Dowiedzieliśmy się jak powinno się robić hity (że np. w refrenie powinno być „lalalalala” – to cytat ze wspomnianego maila).
4. Oddaliśmy prawa do niemal wszystkiego za NIC (umowa).
5. Odbyliśmy kilka kompletnie bezproduktywnych spotkań z wydawcą, w czasie których dowiedzieliśmy się np. że mamy w sobie „wewnętrzną anarchię”.


Unieśliśmy się dumą i postanowiliśmy zerwać kontrakt. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Zamiast jednak szukać alternatywnych form wydawania swojej muzyki, nadal byliśmy mentalnie niepełnosprawni i koniecznie (nie wiadomo po jaki chuj) musieliśmy szukać kolejnego wydawcy. Po co? Nie wiem. Znaleźliśmy go bardzo szybko bo po kilku dniach. Facet prowadzący interes okazał się bardzo sympatycznym gościem. Wzbudził nasze zaufanie. Zresztą nasze oczekiwania spadły jeszcze niżej niż w przypadku poprzedniego mistrza Zen. Oczekiwaliśmy tylko wytłoczenia i dystrybucji płyty. Niestety człowiek ten, poza byciem sympatycznym, okazał się również kompletnie niezaradny.

Nie chce mi się rozpisywać, podam tylko kilka sytuacji powstałych w wyniku tej owocnej współpracy:

1. Płyta „Achtung, Polen!” miała swoją oficjalną premierę w grudniu 2011 roku. W wielu największych sklepach pojawiła się dopiero pół roku później.
2. Musieliśmy dogadać się z zewnętrzną agencją dystrybucyjną, by płyty w ogóle trafiły do Empików. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
3. Empik wziął kilkadziesiąt sztuk na całą Polskę (wow!)
4. Okładka płyty została źle wydrukowana przez drukarnię. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
5. Nasz wydawca zgubił 300 okładek do płyt.
I tak dalej, i tak dalej.

Mylisz się jednak jeśli myślisz, że w tym tekście zmierzam do zmieszania z błotem wydawców. Nie, zupełnie nie. Dlatego nie podaję nazw wytwórni ani ludzi, o których tu mowa (choć każdy zainteresowany Skowytem dobrze wie o kogo chodzi). Uważam, że problem leży zupełnie gdzie indziej.

Wielu muzyków w tym kraju ma nasrane we łbach i nic nie rozumieją. Są w idiotami, bezmózgimi leszczami, którzy nie potrafią dbać o swoje interesy. Dają się dymać przy każdej okazji. Dymają nas wszyscy. Wydawcy podpisując z nami złodziejskie umowy i olewając swoje obowiązki. Organizatorzy koncertów, którzy mają hajs dla szatniarza, łebka na bramce i akustyka, ale muzykowi proponują granie za piwo. Zdarza się, że dymają nas nawet fani – ostatnio dwie dziewczyny ukradły naszą płytę z koncertowego stoiska i kiedy złapaliśmy je na tym, strzeliły focha mówiąc, że w zasadzie to one pierdolą naszą muzykę i mogą oddać jak tak bardzo nam na niej zależy… Masz ochotę powiedzieć tym wszystkim ludziom „wypierdalać”. Ale większość z nas daje się dalej rżnąć bo tak nas wychował rynek estrady i rozrywki.

Zobacz też: Jak założyć zespół – subiektywy poradnik co zrobić, by zostać gwiazdą, a nie zatracić się w komercji

Jest mi źle z tym, że jako Skowyt daliśmy się wpierdolić w ten sam schemat i nie wykazaliśmy się zdrowym rozsądkiem. I tak mamy więcej farta niż wielu naszych kolegów bo nasza muzyka i nasza płyta została jakoś tam zauważona, nawet pomimo kompletnej indolencji i ignorancji wydawców. Mimo wszystko, byliśmy frajerami.


Dlatego tytułowym chwastem, którego trzeba wyrwać, nie jest wydawca. Jest nim czołobitne i poddańcze nastawienie muzyków wobec tego całego zasranego biznesu. Jesteśmy jak dzieci, które potrzebują taty, który prowadzi je za rękę. Ja właśnie chyba dorosłem. I zamierzam tworzyć na własnych warunkach. A jeśli kiedykolwiek uścisnę grabę z jakimkolwiek wydawcą to na zasadzie koleżeńskiej, a nie z pozycji dziecka potrzebującego „wsparcia”.

Od lat medialni „mędrcy” mówią, że Internet dał muzykom możliwość wyrwania się z łańcuchów skostniałych wydawnictw płytowych. Że nareszcie mogą tworzyć bez pośredników, dla ludzi. Że mogą zarabiać na swojej twórczości bez dzielenia się zyskami z wydawcą. W praktyce okazuje się, że nie jest to jednak takie proste. Szczególnie w takim kraju jak Polska, gdzie nadal wiele osób kupuje płyty w sklepach, albo nie kupuje ich wcale. Gdzie rynek ogólnie jest chujowy. Gdzie żeby zabłysnąć trzeba być bratem Figo Fago nawiązującym do discopolowych sentymentów, mieć wielkie cyce, albo robić komuś loda. Żeby wydać płytę samemu i ją wypromować porządnie albo trzeba być już artystą w miarę uznanym (czyt. takim który wzbudza szerokie zainteresowanie), albo być naprawdę, naprawdę kumatym jeśli chodzi o zrozumienie nowych trendów w social media. Nie mówiąc już o tym, że w internecie mało kto chce za coś płacić, a już najmniej za płyty mało znanych zespołów;).

Zobacz także: Artyści podzieleni. Paulo Coelho za piractwem

Mimo to, trzeba walczyć. To jest nasza sztuka, nasza muzyka. Więc jeśli nie masz jaj, by zająć się nią na poważnie to może lepiej odpuść. Promowanie i wydawanie płyt samemu jest kurewsko ciężkim procederem, ale co masz do stracenia? Co daje Ci ten zasrany wydawca poza jakimś złudnym poczuciem bezpieczeństwa? Kilkadziesiąt/kilkaset płyt w sklepach, w których sprzedaż i tak leży? Wysłanie Twojej płyty do dziennikarzy, których i tak sam możesz poznać i sam im swoją zasraną muzykę wysłać?

Od kolegów słyszę, że zdarzają się porządni wydawcy. Jeśli tacy są i robią swoją robotę, to super. Nie mówię, że nigdy w życiu moja noga nie postanie u żadnego z nich. Ale na pewno nie dam się już tak ładować jak to miało miejsce w przypadku pierwszej płyty Skowytu. Amen.

Tekst z bloga wokalisty
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
MuzykaOsobowości
Skomentuj