Pięćset złotych na start albo dziesiątki nadgodzin. Tak często wygląda "słoikowa" wersja "amerykańskiego snu"

Jacek, jeden z bohaterów tekstu, na warszawskim Dworcu Zachodnim. Fot. naTemat
Warszawa kusi zarobkami jak magnes. Z każdego badania statystycznego wypływa jeden wniosek: chcesz się dorobić, jedź do Warszawy. Ale w stolicy też można się odbić od ściany. Pieniądze wcale nie leżą na ulicy. Często trzeba się o nie mocno postarać. Mocniej, niż wielu przyjezdnym się wydaje.

Kiedyś nawet miała jakieś hobby
Ewa pochodzi z Lublina i ma 29 lat, ale słoikiem jest co najmniej nietypowym, bo z krótkim stażem. Na przyjazd do Warszawy zdecydowała się późno: dopiero na czwartym roku studiów, czyli pierwszym magisterskim. Chciała pracować w branży PR.

– Wszyscy mówili, że życie to tylko w Warszawie, bo wszędzie indziej to beznadzieja. A ja nigdy tak na to nie patrzyłam. Na studia nawet się tu dostałam, ale w końcu zostałam w Lublinie przez rodzinne sprawy – mówi otwarcie.

W samej stolicy niewiele ją zresztą trzymało nawet po przyjeździe. Powód? Chłopak studiujący na AGH, który nigdy się nie krył z tym, że po studiach pójdzie do pracy w kopalni w Łęcznej. Ona miała tam do niego wrócić. Choć życie pokazało, że będzie zupełnie inaczej. – Związek się jednak rozpadł, więc zostałam w Warszawie. Mogłam wrócić, ale po co? Skończyłam jedne studia, drugie (dziennikarstwo ze specjalizacją PR oraz zarządzanie – red.) – mówi.

Jeszcze na studiach dostała wymarzoną pracę w agencji PR. A właściwie staż. Pół etatu za… pięćset złotych miesięcznie. Ale była zadowolona. – Potem mnie zatrudnili i zarabiałam więcej, czyli 800 zł. Cieszyłam się jednak, że mogę w ogóle pracować w zawodzie – wspomina. W agencji jednak długo nie wytrzymała – właśnie z powodu zarobków. Skończyła dwa kierunki studiów i… nie mogła znaleźć pracy. – Trzy miesiące szukałam. Trzy miesiące w Warszawie zupełnie bez celu. Myślałam zawsze, że te gadki o szukaniu pracy to bzdury, ale rzeczywiście nie było łatwo.


Trafiła do dużej, internetowej firmy zajmującej się sprzedażą szeroko rozumianych suplementów. – Najpierw pracowałam na stanowisku asystenckim, gdzie nie miałam tyle obowiązków, ile chciałam, co jest zdecydowanie cięższe od pracowania przez osiem godzin – podkreśla. Zarabiała do ręki niewiele. Po opłaceniu czynszu za wynajem mieszkania niewiele zostawało.

Mimo to awansowała. – Przeszłam do innego działu, gdzie byłam koordynatorem marketingu – wyjaśnia i dodaje: – Po pewnym czasie zaczęło mnie to nudzić, dodatkowo miałam na pieńku z kierownikiem. Dostałam na szczęście propozycję zmiany pracy.

Propozycja zmiany pracy była… z pokoju obok. Tam już mieściła się inna spółka zajmująca się podobnymi rzeczami. Ten sam właściciel. – Przeniosłam się do innej pracy, ale w zasadzie do pokoju obok. Zostałam product managerem, zajmuję się produktami dotyczącymi potencji i kobiecymi kremami – opowiada. Praca jej się podoba, choć nie ma nic wspólnego z wymarzonym PR. Pojawiły się też większe pieniądze, ma obiecaną podwyżkę do pensji przypominającej średnią krajową. Ale pojawił się inny problem.

– Zaczęłam się zaharowywać. Siedziałam za biurkiem po kilkanaście godzin dziennie, często pracowałam w weekendy. Teraz staram się już tego nie robić, chociaż wczoraj byłam w pracy 12 godzin. Ale dzisiaj tylko sześć. I z domu.

Ewie wydaje się, że zaczęła tyle pracować po rozstaniu ze wspomnianym przyszłym górnikiem. – Trochę sama to sobie narzuciłam. U mnie w firmie po prostu trzeba "dowieźć", a ile ci to czasu zajmie to już twoja sprawa. Pracowałam tyle, żeby się wykazać, dostać awans, zarabiać więcej. Zastanawiam się też, czy wszyscy tak mają, że pracują, pracują i ciągle tyły mają. Może ja nie umiem sobie czasu zorganizować – zastanawia się.

Drążę ten temat dalej. Kiedy pytam Ewę, czy warto było tyle pracować, nerwowo zapala papierosa. – Długo wydawało mi się, że dobrze chciałam wykonać swoją pracę, a nie zaharowywałam się. A ja nie jestem taką osobą, która uważa, że pieniądze nie dają szczęścia. To mogła być też forma ucieczki, gdy posypało mi się życie prywatne. Moje rozstanie nie było normalne, to była półtoraroczna przepychanka. Lepsza ucieczka w pracę niż w narkotyki.
Ale przez pracę zaniedbała całe życie prywatne. – W pewnym momencie jakby ktoś mnie zapytał o hobby, to bym wymieniła kilka kwestii. Po czym okazałoby się, że nic z tych rzeczy nie robiłam od ponad roku. Praca, spanie, czasami impreza w weekend i tyle.

Przy okazji pojawia się też drugie wyjaśnienie jej liczonych w dziesiątkach każdego miesiąca nadgodzin. – Mam płacone od godziny (Ewa nie ma umowy o pracę – red.). Pensja jest ustalona na konkretną liczbę godzin. Jeśli pracuję więcej, to zarobię więcej. Wpadłam w taką pułapkę. Przez to, że pracuję za godzinę, w pewnym momencie zaczęłam wszystko przeliczać na godzinę pracy. Coś kosztuje 20 złotych i myślisz, że to godzina twojej pracy. To bardzo zgubne myślenie. Trochę się już nauczyłam tego, że mój czas i wypoczynek są bardziej wartościowe.

Trzy lata sprzątania
Agata ma 28 lat. Do Warszawy trafiła z małej miejscowości na Podlasiu. Tak małej, że nie chce podawać jej nazwy, bo można byłoby ją łatwo zidentyfikować. Tym bardziej, że do Warszawy trafiło wyjątkowo okrężną drogą. Przez zachód Europy.

Zawsze musiała na wszystko zapracować sama. Pochodzi z wielodzietnej rodziny i zawsze mogła liczyć tylko na siebie.

– Do trzynastego roku życia mieszkałam na takiej wsi, że jak trzeba było pójść do sąsiada, to w głowie się tylko tliło "za górami, za lasami". W telewizji dosłownie trzy programy. Do cywilizacji sześć kilometrów.

– Kiedy skończyłam osiemnaście lat, plan był taki, żeby wyjechać za granicę. Prawie wyjechałam, ale dostałam ofertę pracy przy agroturystyce. Płacili w dolarach, więc to było dla mnie właściwie jak praca za granicą. Bomba.

Ale wyjechała z czasem i tak. Anglii jednak nie podbiła. – Pojechałam za wymarzoną granicę, ale trafiłam na oszustkę. Przyjechałam do pracy w hotelu, pracę załatwiała dziewczyna kolegi. Okazało się, ze chciała się na nim zemścić za coś, a ja zostałam z koleżanką na lodzie. Potem znalazłem pracę w restauracji, ale właścicielka w dniu wypłaty powiedziała mi, ze zbankrutowała. Ledwo do Polski miałam na bilet.
Musiała pożyczyć, a odrobić próbowała w Niemczech na truskawkach. Lato było jednak gorące, owoce wyschły. Wróciła. W rodzinnych stronach długo nie zagrzała. Impuls do zmiany dali jej znajomi, którzy przeprowadzili się do podwarszawskiego Piaseczna, ale generalnie pracowali w Warszawie. – Namawiali mnie na przeprowadzkę. Zapierałam się rękami i nogami, nie wiem do końca czemu właściwie. Dzwonili do mnie tak z dwa miesiące, a ja ciągle ich zbywałam. Mówiłam, że przyjadę pod koniec tygodnia, potem że pod koniec miesiąca… W końcu się spakowałam.

– I jak ta Warszawa? – pytam.

– Na początku wiadomo, było ciężko. Duże miasto, Wisła, te sprawy. Powiem ci tak: w Warszawie według mnie jak szybko spadasz, tak szybko się podnosisz. Mnie trochę zjadły imprezy, nowy świat, totalnie inne życie niż to, które znałam wcześniej – odpowiada.

Pierwsza praca w stolicy? Tak jak wielu przyjezdnych Agata trafiła do gastronomii. – Pracowałam w restauracji sushi, byłam kelnerką, później jeszcze trochę kręciłam rolki na kuchni. Zarabiałam 1500 złotych z napiwkami, ale byłam tam trzy dni w tygodniu.

W pozostałe dni sprzątała. – Wiadomo, w Warszawie można nieźle zarobić na sprzątaniu – twierdzi. Szło jej tak dobrze, że w końcu zajęła się wyłącznie tym. Bo ten rynek jest naprawdę duży. Sprzątała i przez firmę, i poprzez samodzielnie znalezione zlecenia. – W dobrych miesiącach zarabiałam trzy tysiące złotych do ręki. Ale jeśli byłam chora, to nie miałam nic. Coś za coś.

Szczególnie związała się z jedną z klientek, którą sobie sama znalazła. – Bogata kobieta prowadząca własną firmę. Mieszka w małej miejscowości pod Warszawą na zamkniętym osiedlu dla bogatych. Domy jak od linijki, w równych odstępach, duże i bardzo podobne, zupełnie jak z amerykańskich przedmieść na filmach.

Ale coś za coś. – Zostałam wciągnięta w ich problemy rodzinne. Zostałam jej powierniczką – opowiada. Okazało się, że związek tej kobiety z jej mężem był właściwie fikcją. Agata tymczasem tak bardzo weszła w sprawy domowe, że bywało, że nawet zostawała z dziećmi na noc jako opiekunka. – Te dzieciaki do dzisiaj dzwonią i pytają, kiedy będę. Mówią, że ta "nowa pani" tak się z nimi nie bawi.

Agata domowe kłótnie i pracę jako "niańkosprzątaczka" znosiła długo, bo się jej opłacało. – Potrafiła mi dać 1200 złotych więcej, bo zbliżały się święta. Tak po prostu – mówi. Po trzech latach jednak rzuciła sprzątanie całkowicie.

– Ile można patrzeć na ścierę. Nie mówię, że to złe zajęcie, ale jak siedzisz cały dzień albo sama, albo z dzieciakami, to w końcu się okazało, że ja nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Wręcz zaczęłam ich unikać jak jakiś dzikus.
– W końcu się obudziłam i poszłam na rozmowę do korpo. Bałam się straszliwie tej rozmowy, miałam ręce jak galareta. Ale udało się. Dostałam tę pracę i pracuję w niej do dziś – opowiada. Zarabia lepiej, niż w kiepskich miesiącach. Ale gorzej niż w tych najlepszych na sprzątaniu. Ma jednak urlop, pakiet zdrowotny, ogólem szeroko rozumiany socjal. – Jestem szczęśliwa, wiem jak będzie wyglądał mój dzień – podkreśla.

– W Warszawie można mieć wszystko, jak się tylko chce. Jedyne co mnie zabija, to ceny mieszkań na wynajem. Kredytu nie dostanę póki co, więc każdy dwunasty dzień miesiąca jest dla mnie smutny.

Jest też przekonana, że aby w Warszawie osiągnąć bardzo dużo, trzeba odpowiednio zacząć. – Jak ktoś chce zrobić karierę, to niech nie zaczyna przygody z Warszawą od imprez nad Wisłą, tylko zajmie się szukaniem porządnej pracy. Dzisiaj od razu zaczęłabym od pracy biurowej, a sprzątanie może byłoby jedynie dodatkowym zajęciem – podsumowuje gorzko.

Ciężko znaleźć swój sposób na życie
Jacek ma 28 lat. Od kilku miesięcy ma pracę, z której jest bardzo zadowolony. Chce się w niej rozwijać. Ale nie zawsze tak było – od momentu skończenia liceum w Kielcach tułał się po Polsce i zaczynał najróżniejsze studia oraz prace. Trwało to… dziewięć lat.

– Najpierw trafiłem na politechnikę w Warszawie. To był dla mnie naturalny krok po 3 latach liceum w klasie matematyczno-fizycznej. Już będąc któryś rok na studiach trafiłem do teatru Politechniki Warszawskiej. Tam się zainteresowałem aktorstwem i w tym samym czasie poczułem, że taka ścisła dziedzina, inżynieria (Electrical and Computer Engineering, studia po angielsku – red.) to nie jest to, w czym się odnajdę – mówi.

I rzucił te studia. – Po teatrze chciałem trafić na artystyczną uczelnię. Próbowałem szkoły aktorskiej w Warszawie, Krakowie i w Łodzi – twierdzi. Koniec końców dostał się w Łodzi na Organizację produkcji filmowej i telewizyjnej.
Te studia skończył i nawet znalazł pracę w zawodzie. Na dodatek dobrze zarabiał. Co mogło pójść nie tak? – Koledzy ze studiów załatwili mi pracę w TVP Info jako operator kamery w studiu. Pracowałem tam pół roku. To była dobrze płatna praca. Od dyżuru dostawałem 300-500 zł, zależy od programu, a dyżurów miałem w miesiącu nawet 15 – opowiada.

Pracował tylko pół roku, bo został zwolniony. Jak twierdzi, nie dlatego, że nie był kompetentny. – Praca w takiej instytucji jest specyficzna. Trudno się dostać, konkurencja jest duża. Na zasadzie zmian kadrowych czy nawet politycznych straciłem pracę – wyjaśnia.

Znalazł pracę w innym obszarze zainteresowań: Jacek jest biegaczem. Właśnie szykuje się do ultramaratonu, chce pokonać 100-kilometrowy Bieg 7 Dolin w ciągu 11 godzin. To trasa górska, ze stromymi podejściami. – Trafiłem na Runmaggedon. Po prostu znalazłem ogłoszenie, że jest nabór. Byłem tam project managerem, ale w praktyce zajmowałem się po prostu niestandardowymi projektami. Robiłem materiały wideo, byłem wydawcą książki prezesa.

Płacili jednak gorzej niż TVP. No i znowu nie zagrzał tam miejsca, choć nie tylko pieniądze się liczyły. – Chciałem być w miejscu, gdzie jasno będę widział możliwości rozwoju. Gdzie będę pracował z ludźmi, od których będę się mógł uczyć.

I tak w końcu trafił do firmy wspierającej startupy, gdzie jest zadowolony. – To firma technologiczna, a ja w niej zajmuję się komunikacją, marketingiem, wprowadzeniem produktów na rynek oraz ich komunikację. Ale moja praca nie jest techniczna, nie jestem inżynierem. Z programistami po prostu współpracuję, choć myślę o nauce kodowania. Czy nie zdobyć takich umiejętności.
Teoretycznie więc za chwilę znowu może zmienić charakter swojej pracy. Ale póki co podoba mu się, jest też w miarę zadowolony z zarobków: 5 tysięcy złotych netto, ale nie ma umowy o pracę. – Przez cały ten czas w nowej pracy nigdy nie wracałem do domu zestresowany. Mam wyniki, dostałem awans – chwali się.

Kiedy lekko sugeruję, że może to wszystko trwało zbyt długo (9 lat!), zwłaszcza że przez wiele lat utrzymywali go rodzice, od razu odpowiada: – Staram się nie patrzeć wstecz. To nie ma znaczenia, jak czułem się dwa lata temu. Teraz jestem zadowolony. Udało się.

Ale kiedy pytam, co by zrobił inaczej, gdyby miał znowu 19 lat, odpowiada, że poszedłby do Filmówki w Łodzi. Chciałby się dostać na operatorkę.
Trwa ładowanie komentarzy...