Byli "słoikami" zanim to się stało modne. Tak zaczynało się życie w Warszawie kilkanaście lat temu... albo i wcześniej

Studenci Politechniki Warszawskiej w 2001 roku.
Studenci Politechniki Warszawskiej w 2001 roku. Fot. Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta
Kiedy pierwszy raz usłyszeliście o "słoikach"? Pięć lat temu? Siedem? Niezależnie od odpowiedzi w Warszawie roi się od ludzi, którzy tutaj przyjechali jeszcze zanim komukolwiek przyszło do głowy to określenie. Sprawdziliśmy, czy w trakcie swojej młodości mieli podobne "trudności" jak obecni napływowi mieszkańcy stolicy.

Jarosław ma 40 lat. Do Warszawy przyjechał na studia, mniej więcej 20 lat temu. – Studiowałem dziennikarstwo na UW, przybyłem na studia prosto z Radomia – mówi mi na dzień dobry.

Kiedy pytam go wprost, czy miał jakiekolwiek problemy przez to, że był przyjezdnym, robi duże oczy. – Nie, wtedy nic takiego nie było. Myślę, że pierwszy raz usłyszałem o "słoikach" z pięć lat temu. Większość pobytu w Warszawie byłem wręcz nieświadomy tego, że jestem "słoikiem".

Ale kłopoty i tak miał. – Nikt mi nie dawał odczuć, że jestem przyjezdny. Ale sam miałem świadomość, że może być mi ciężej niż miejscowym. Kto miał rodzinę w Warszawie, ten po prostu był w pewnym sensie uprzywilejowany – uważa.

Radom nikomu nie przeszkadzał
Co istotne, Jarosławowi nikt nie robił przykrości z powodu przyjazdu nawet pomimo tego, że pochodzi ze wspomnianego już Radomia. Dzisiaj byłby nie dość, że "słoikiem", to jeszcze z "tego" miasta. – Radom wtedy nie kojarzył się źle. To było normalne, postrobotnicze miasto. Wtedy jeszcze mieliśmy swoje województw radomskie. To była taka mniejsza Łódź – podkreśla.

– Nie miałem nigdy przeświadczenia, że Radom mnie ogranicza w sensie towarzyskim czy jakimkolwiek innym. Zaczął się źle kojarzyć kilka lat temu. Pierwszym takim momentem zapalnym był pomysł, żeby postawić pomnik dzieci nienarodzonych, co z mojej perspektywy było absurdalne. A potem była słynna "chytra baba z Radomia", po której już nie było odwrotu. Choć ja uważam, że te stereotypy są niesprawiedliwe – dodaje.
W jego ocenie całe zamieszanie ze "słoikami" jest wyolbrzymiane. – To zjawisko trochę wykreowane, coś jak na zasadzie problemów w polskimi nacjonalistami osób z zagranicy. Nie można generalizować, że "taki mamy klimat". To są przypadki i według mnie tak samo jest z osobami z prowincji. Według mnie ludzie przyjezdni sami kreują problem. Jest im ciężej się przebić w dużym mieście. Nie jest to jakaś pochodna środowiska warszawiaków.


I to nie wszystko. Jarosław jest przekonany, że teraz, nawet pomimo rzekomej czy rzeczywistej niechęci do "słoików", jakie pokolenie miało trudniejszy start w Warszawie niż obecna młodzież. – Było wielkie bezrobocie, inaczej też wyglądało wykształcenie. Pamiętam, że Warszawa nie kojarzyła się z miejscem, gdzie się dobrze zarabia, tylko po prostu jest najmniejsze bezrobocie i jest najłatwiej o pracę.

I choć miał kredyt studencki, ten nie pozwalał mu na przeżycie. Musiał bardzo szybko zacząć pracę. – Od razu trafiłem do mediów. Poszedłem z ulicy do TVP, bo kolega współpracował z "Teleexpressem" na placu Powstańców. Zgłosiłem się, przyjęli mnie na płatny staż, ale za jakieś grosze. Wystarczyło na fajki i piwo, ale na jedzenie już nie.

W tej pierwszej pracy zarabiał 500 lub 700 zł – sam już dokładnie nie pamięta. Za wynajem pokoju płacił 400-450 złotych miesięcznie. – Utrzymać się z kredytu mogłem tylko, jeśli dorabiałem. Później po latach ciężko było mi ten kredyt spłacić – wspomina.

Podział był, ale mniej ostry
Magda trafiła do Warszawy mniej więcej 30 lat temu, na samym początku lat 90. Pochodzi z Międzyrzecza. To miasto w Wielkopolsce jeszcze za Poznaniem, w stronę niemieckiej granicy. Jej znajomi w większości na studia jechali wtedy do bliższych ośrodków – Poznania, Szczecina. Ona ruszyła do stolicy.

– "Słoików" nie było, ale taki podział "my warszawiacy" i "osoby spoza Warszawy" trochę istniał. Myśmy (przyjezdni – red.) też trochę inaczej spędzali czas, ale nie miało to związku z przywożeniem jedzenia od rodziców – opowiada.
Magda

Przyjechałam z zachodniej Polski i tam było przeciętnie o 3-4 stopnie cieplej. Zima mnie przerażała. Tata mi kupił takie futerko z królika, które było w ciapki. Wstydziłam się w nim chodzić. W Warszawie dziewczyny były inaczej ubrane. Jak przyjechałam, to chciałam trochę poaspirować, a widać było, że to futro z królika. Pierwsza zima była dla mnie straszna. W akademiku mieliśmy zresztą nieszczelne okna, można było cały palec włożyć. Najpierw nam koledzy zakleili szpary takimi gąbkami, ale podpaski złożone na pół były skuteczniejsze.

Sama w Warszawie trafiła na Politechnikę, ale po dwóch latach przeniosła się na wydział ekonomiczny na UW. – Przyjazd z małego miasta to było duże wyzwanie. Mnie rodzice puścili tak daleko, bo mojego ojca starsza siostra mieszkała w Warszawie. Ale mieszkałam w akademiku, jak przystało na studentkę. Wtedy było o nie dużo łatwiej, bo nie było tylu chętnych – wspomina.

I choć nikt nie robił jej problemów z powodu pochodzenia, pewne różnice można było wyczuć. – Czasami rzeczywiście trochę się rozmijaliśmy z warszawiakami. Przyjezdni częściej wynajmowali czy mieszkali razem, więc bardziej się trzymaliśmy towarzysko. A ludzie z Warszawy rozjeżdżali się po domach, bo mieszkali z rodzicami. Mieliśmy z nimi mniej kontaktu po zajęciach – opowiada.

Z drugiej strony słoiki z jedzeniem wtedy kojarzyły się właściwie jednoznacznie dobrze. – Myśmy żyli na słoikach, ale na te rzeczy, które przywoziliśmy, np. koleżanka kiełbasę z nutrii, którą robiła jej rodzina, było wielu chętnych. Znajomi z Warszawy wpadali do nas na takie imprezy z jedzeniem, bo oni takich rzeczy w domach w Warszawie nie jedli, o ile w ogóle im cokolwiek zapracowani rodzice robili.
Magda

Sama miałam malucha na gorzowskich rejestracjach i nie miałam żadnych nieprzyjemności. Ale wtedy było mniej aut.

Dziewczyna z prowincji
Warto zaznaczyć jeszcze jedną kwestię. Nikt nikogo nie nazywał "słoikiem", ale warszawiacy o przyjezdnych mawiali, że to ludzie "z prowincji". – To było pierwsze słowo zamiast słoików. Ja wyszłam za warszawiaka i dla teściowej byłam dziewczyną z prowincji. Cały czas byliśmy na "pani" – wspomina Magda.

Samo określenie nie było jednak aż tak nacechowane, jak dzisiejsze "słoiki". – Zastanawiałam się, kiedy to się zaczęło. Nie wiem czy to nie chodzi o czasy szeroko rozumianego marketingu. Teraz się ludzi szufladkuje. Na każdego jest określenie. Lemingi, słoiki… kiedyś tego nie było – przyznaje. – Słoiki sprawiły, że wszystkich wsadzono do jednego worka.

Ale bycie z prowincji wtedy nie było wielkim powodem do dumy. – Mojemu pokoleniu bardzo zależało, żeby z tej prowincji wyjść. Teraz wiele osób nie wstydzi się tego, że są "słoikami". Są dumni z tego, że pracują w Warszawie, ale są przyjezdni. Mają po prostu coś dodatkowego. Tu studiują, pracują, robią karierę, ale jednocześnie są połączeni ze swoim miejscem. Mają coś więcej niż warszawiacy. Mogą przywieźć zdrową żywność czy wyjechać na weekend z tego smogu – podkreśla. A ona sama najchętniej przywoziła… bigos.

Zaszkodziły samochody?
Rafał jest z Płońska, a na studia do Warszawy przyjechał w 2003 roku. – Studiowałem na Politechnice i to były dość dziwne czasy, zwłaszcza początek. Akademik można było sobie jakoś załatwić, ale ja ze znajomymi chcieliśmy mieć wynajęte całe mieszkanie. I to nie było takie proste jak teraz, kiedy jest np. Gumtree – wspomina.

W wakacje po maturze kilka razy przyjeżdżał do Warszawy szukać mieszkania. – Normalnie się kupowało jakąś gazetę z anonsami i szukało mieszkań do wynajęcia. Raz była taka sytuacja, że umówiliśmy się na oglądanie mieszkania, ale kiedy zajechaliśmy na miejsce, już było wynajęte – relacjonuje.
Ale znowu – nikomu za bardzo jego "przyjezdność" nie przeszkadzała. – Była nas cała paczka przyjezdnych w jednym mieszkaniu, ale przychodzili do nas warszawiacy i nie było żadnego problemu. No, może trochę żartów, że nie wiemy, jak wygląda Warszawa w święta, ale to tyle – podkreśla.

W jego ocenie problemy zaczęły się po przystąpieniu Polski... do Unii Europejskiej. – Jakoś tak kilka lat po moim przyjeździe do Warszawy Polacy zaczęli masowo ściągać auta zza zachodniej granicy. Nie tylko warszawiacy, ale w ogóle wszyscy. Pamiętam, jak nagle namnożyło się w mieście aut z nietutejszymi rejestracjami, najczęściej nowymi (wtedy to była stosunkowa nowość – red.), białymi. Na drogach zrobiło się zwyczajnie ciasno i to chyba wkurzyło warszawiaków – ocenia.

Warszawskie dziewczyny nie dla przyjezdnych
Z drugiej strony nie ukrywa, że w pewnym sensie izolował się od rodowitych mieszkańców stolicy. – To nawet nie chodzi o to, że ja czy moi znajomi robili to specjalnie. Po prostu nie było między nami takiej nici porozumienia. Nawet dziewczyny. Pamiętam z tamtych lat, że jeśli z kimś chodziłem, to to też były dziewczyny spoza Warszawy. Z miejscowymi albo się nie umiałem dogadać, albo po prostu źle trafiałem. Żyły trochę innymi sprawami – zauważa.

Sam problem "słoików" uważa jednak za rzeczywisty. – Właściwie nie dziwię się warszawiakom, bo czasami na niektórych osiedlach nie da się zaparkować, bo wszędzie parkują przyjezdni. Z drugiej strony wtedy, kiedy zaczęło się narzekanie, "słoików" było znacznie mniej niż teraz, więc cierpliwość miejscowych skończyła się bardzo szybko. No i pytanie kto jest warszawiakiem, jak oni sami pewnie są tu raptem kilka lat dłużej? – podsumowuje.
Trwa ładowanie komentarzy...