Peja, Tede i reszta mogą patrzeć z zazdrością. Młodzi raperzy pokazują, że można robić dobry hip-hop dla mas

Duet Taconafide może rozbić sprzedażowy bank.
Duet Taconafide może rozbić sprzedażowy bank. Fot. Facebook / Quebonafide
Rap od dawna nie jest prymitywną i uliczną namiastką muzyki dla "ziomków z bloku". Bo tak po prawdzie nigdy nie był. Patrząc i słuchając tego, co od jakiegoś czasu wypuszczają rodzimi raperzy, da się zauważyć, że elokwencja niektórych raperów przełożyła się na ogólny odbiór gatunku.

Mimo upływu lat, wielu hip hop kojarzy z kulturą hedonizmu, agresji i przestępstw. Wulgarnymi, "prymitywnymi" tekstami w niezrozumiałym języku osiedlowych typów spod ciemnej lampy. Niezrozumiałymi dla kogo? Pani z okna, będącej częścią sieci osiedlowego monitoringu? Kolejnych pokoleń prekariuszy, którzy po wyjeździe z krainy wielkiej płyty zapomnieli o swoich korzeniach? Wiecznie pijanych ojców z monopolem na wychowanie? Te przykłady wpadły tu nieprzypadkowo, w końcu m.in. i w takich środowiskach powstawały pierwsze polskie rap płyty.
Taki obraz "na zawsze z biedą związany" kojarzy się z historiami opowiadanymi w kawałkach Slums Attack, składu Ryszarda "Peji" Andrzejewskiego. Z ówczesnych kawałków Ryśka wyłaniał się obraz ponurej i zdeprawowanej rzeczywistości poznańskich Jeżyc. Kobiety to "maniurki", często zarabiające na siebie w najstarszy i najprostszy sposób. Chłopaki kradną albo sprzedają dragi, a ci uczciwi-frajerzy cały dzień tyrają na jakiejś budowie za uwłaczające godności stawki. Wszyscy piją lub ćpają, by zapomnieć o świecie niedającym zbyt wielkich perspektyw.

I jak tu bez wulgaryzmów i obrazowych opisów przemocy pokazać rzeczywistość, która z góry skazuje cię na bycie gorszym od reszty? Młody, emocjonalny chłopak pozbawiony wykształcenia, bez ogródek wyrzuca z siebie to, co go boli. Dla kogoś wrażliwego na wulgaryzmy może się to wydać prymitywne, lecz taki rap broni się swoim autentyzmem i szczerością. Podobnie zresztą było w innych miejscach, jak warszawska Praga, czy leżący po drugiej stronie Wisły, Ursynów.
Molesta opowie wam, co działo się "28.09.1997". To tytuł kawałka z kultowej płyty stołecznego składu - "Skandal". Na tej płycie słychać syk spalanej bletki z ziołem, wiele hardkorowych, osiedlowych akcji, czy przypałów z policją. Rap był agresywny jak i życie wokół. Miejsce i czas to niesamowicie istotne kryterium przy ocenie rapsów.

Wypaczenia
Hip hop jest bezczelny, arogancki i bezkompromisowy. Ale kiedy chcesz się przebić bez żadnego wsparcia z zewnątrz, chyba nie będziesz leżał z brzuchem na wierzchu i liczył na cud. Niestety w Polsce doszło do pewnego wypaczenia, którego imię Sylwester. Swoimi "Blokersami" Latkowski zostawił na hip hopie mnóstwo stygmatów, pokazując pewien wyrywek cholernie barwnej i szerokiej społeczności.


Pokazany w filmie agresywny, wulgarny i uliczny rap jakoś nie znalazł się w mainstreamie. Ba! Na początku milenium zamiast poetycko-brukowej rzeczywistości Grammatika błyskotliwych kąśliwości Łony, czy genialnych storytellingów Sokoła, w radiach panował system "mezokratyczny".

"Ile dałbym, by zapomnieć te wszystkie chwile złe…" - z perspektywy czasu widać, że chłopaki z tamtych hitów pięknie potrafili podsumować własną twórczość.
Pozmieniało się dokoła
Dziś jest totalnie inaczej. Rap zdobył świat. Wszedł na szczyty list przebojów i do masowej wyobraźni milionów ludzi na całym świecie. Na pewno duża w tym zasługa internetu. Sieć dała artystom pole do nieograniczanej przez wydawców i media wolności artystycznej. Miejsce, gdzie bez wysokich nakładów finansowych można pokazać swoją twórczość i dotrzeć do fana. Bezpośrednio.

I choć hip hop zawsze charakteryzował się dużą bezpośredniością, łatwym dojściem na linii słuchacz-artysta, internet zrobił w tym kierunku lwią robotę. Jak wcześniej, świeżaki są rówieśnikami fanów po drugiej stronie ekranu. Czasem ziomami z klatki, czy coraz częściej deweloperskiego osiedla zamieszkiwanego przez klasę średnią. Te same problemy. Ten sam bunt w sercach i smog za oknem. Na przesunięcie kursora.

Rap nas porwał
Dzięki bliskości realiów dnia, "rap nas porwał". W jakimś stopniu wszyscy żyjemy życiem swojego pokolenia. Łapiemy podobne zajawki. Chodzimy na te same imprezy. Na kacach chwytają nas podobne rozterki. Z nostalgią koloryzujemy wcale nie takie fajne najntisy. W takich chwilach dobrze posłuchać, kiedy ktoś nawija o tym wszystkim tak, że czujesz jakbyście się znali od pierwszego szluga za szkołą. Dodatkowo robi to nie ulicznie, a potocznie, choć z autorską poetyką.
W tym tkwi sekret sukcesu Taco Hemingwaya. "Trójkąt warszawski" miał świetny koncept. Był opowieścią zagubionego młodziaka ze stolicy Polski. Czymś bliższym o wiele większej grupie osób niż wcześniejsze anglojęzyczne próby rapera spod szyldu Foodvillain, czy późniejsze "Young Hemps".

Polska dla raperów
W Polsce nawija się po polsku. Jak ksenofobicznie by to nie brzmiało, taka jest prawda. Trzeba być lokalsem, żeby zrozumieć innych lokalsów, a potem przekazać im coś, co leży tuż obok nich. Na tym korzysta i Taco i Quebonafide, Mes i Otschodzi - to przekłada się na ich streamingi, sprzedane fizyki oraz wyświetlenia na YouTube.

Widać to na przykładzie Taconafide. Teledysk do "Tamagotchi" duetu Taco Hemingway/Quebonafide w tydzień zgarnął 12,5 mln wyświetleń. Ich wcześniejszy singiel - "Art-B" zbliża się do 9 mln. Na Spotify pobili rekord Eda Sheerana w dobowej liczbie streamów (318 361). W przyszłym tygodniu wychodzi ich płyta - "SOMA 0,5mg". Trudno wątpić, że internetowe wyniki nie przełożą się na sprzedaż krążków. Trasa promująca płytę cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Koncert na Torwarze 21 kwietnia został wyprzedany w dwa tygodnie.

I choć przy tym wszystkim ktoś może się wkurzać, że po drodze rap gdzieś stępił swoje zębiska, cyfry na ostatecznym rachunku są mu to chyba w stanie zrekompensować.
Trwa ładowanie komentarzy...