Napisał książkę, w której pada definicja "tupolewizmu". Oto dowód, że 8 lat niczego nas nie nauczyło

Tupolewizm to skłonność do robienia rzeczy bez należytego przygotowania i bez odpowiedniego zapasu czasu.
Tupolewizm to skłonność do robienia rzeczy bez należytego przygotowania i bez odpowiedniego zapasu czasu. Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Tupolewizm nie jest wyłącznie tworem powstałym po katastrofie smoleńskiej. Wydarzenie z 10 kwietnia 2010 roku jest jednak jego najczarniejszym przejawem. I choć dziesiątki trumien sunących 8 lat temu ulicą Żwirki i Wigury teoretycznie powinny wyleczyć nas z tej haniebnej postawy, tak szczerze nic się nie zmieniło.

"Tupolewizm to skłonność do robienia rzeczy bez należytego przygotowania i bez odpowiedniego zapasu czasu" – czytamy w książce "21 polskich grzechów głównych", autorstwa Piotra Stankiewicza. Dodać należy, że tupolewizm nie jest pojęciem nowym. Głośno było o nim po perypetiach na pokładzie rządowego embraera 175, którym z Londynu miała wracać Beata Szydło wraz z dużą, polską delegaturą.

Tamten głęboko skryty w oparach absurdu incydent opisał Zbigniew Parafianowicz z "Dziennika Gazety Prawnej". Dla przypomnienia: chodziło o cyrk wywołany niezdolnością dogadania się polityków co do zajmowanych miejsc. Samolot trzeba było odpowiednio wyważyć, a chętnych do lotu było po prostu za dużo. Na pokładzie premier, wicepremier, szefowie MON, MSW i MSZ. Na szczęście nie doszło do tragedii. Cud.
To nie cudu jednak zabrakło 6,5 roku wcześniej na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj. "Pora odczarować ten temat" – czytamy w książce Stankiewicza. "(...) Nie możemy wiecznie tkwić w myślowym przedszkolu tylko dlatego, że tak jest nam wygodniej. Trudno wyobrazić sobie, byśmy mogli zrobić jakikolwiek krok do przodu, jeśli nie przyznamy sobie szczerze, że bałagan, dezorganizację i ogólne rozwłóczenie w naszym państwie doprowadziliśmy do tego stopnia, że rozbił się samolot prezydencki." – pisze autor "21 polskich grzechów głównych".

– Pamiętajmy, że stan tupolewizmu nie odnosi się wyłącznie do katastrofy smoleńskiej. Ona jest jednak jego najbardziej tragicznym przejawem – mówi naTemat Piotr Stankiewicz. – Do tego dochodzi cała sekwencja zdarzeń. W 2003 roku nieomal zginął ówczesny premier, Leszek Miller. Pięć lat później w Mirosławcu, w katastrofie samolotu CASA śmierć poniosło 20 osób. 10 kwietnia 2010 roku doszło do największej tragedii, od której nazwę wzięła cała postawa tupolewizmu. Przez ten permanentny brak zachowania organizacji i odpowiedniego przygotowania takie sytuacje będą się notorycznie powtarzać. Co zresztą było widać przy okazji wypadku premier Szydło, czy rozerwanej opony prezydenckiego BMW – podkreśla.
Ostatni lot
Stankiewicz w swojej książce powołuje się na publikację "Ostatni lot. Raport o przyczynach katastrofy". Jej autorzy - Jan Osiecki, Tomasz Białoszewski, Robert Latkowski, Mieczysław Prószyński - pisali wprost, że "Lot 10 kwietnia 2010 roku był fatalnie przygotowany ze strony logistycznej". Awaryjne lotnisko w Witebsku było tego dnia nieczynne. "Ktoś (...) bezmyślnie przepisał ustalenia dotyczące lotu z 7 kwietnia, czyli z wizyty w Smoleńsku premiera Donalda Tuska". Nawigator lotu, porucznik Artur Ziętek, rosyjskiego uczył się na kolanie w kabinie Jaka-40, lecącego dzień wcześniej do Gdańska. To nie fikcja, tylko ustalenia komisji Millera. Jednak w żadnym raporcie jakoś nie mówi się o niechlujstwie. Bomby infrafuzyjne brzmią lepiej. Wiadomo.


Tupolewim, optymizm magiczny i antyproceduralizm
Najgorsze jest jednak to, że potrafimy w nieskończoność rozpamiętywać tragedię z 10 kwietnia 2010, bez wyciągania jakichkolwiek wniosków. A utrzymanie tupolewizmu jest naprawdę groźne. – Nigdy nie nauczymy się, jak zrobić postęp. Jeśli utrzymujemy tupolewizm, optymizm magiczny i antyproceduralizm w dalszym ciągu narażamy się na katastrofy – mówi Piotr Stankiewicz. – Na to, że tragedie będą się nadal powtarzały. Ze świata dostajemy tragiczną informację zwrotną i w zasadzie nic nie robimy – dodaje.

Właśnie, tupolewizm rzadko występuję w pojedynkę. Towarzyszą mu optymizm magiczny i antyproceduralizm. – Antyproceduralizm to brak wiary Polaków w zasadność procedur. Druga rzecz to permanentna wiara w to, że "jakoś to będzie", działanie nieprzygotowane, improwizowane i na ostatnią chwilę – wyjaśnia Stankiewicz. – To jest swego rodzaju optymizm, ale optymizm najzupełniej magiczny - jest to wiara w to, że wystarczy nie myśleć o złych okolicznościach, a one nie wystąpią. Niestety, występują i wystąpią.

Przyzwolenie na niechlujstwo
Według Stankiewicza prawda jest bezlitosna. "Przyzwyczailiśmy się traktować działania chaotyczne, nieprzygotowane i ostatniochwilistyczne jako normę. Zgodziliśmy się, że jest to standard, któremu nie warto i nie ma po co przeciwdziałać" – czytamy w "21 polskich grzechach głównych".

"(...) Po Smoleńsku nikt już nie ma prawa powiedzieć, że nie wie, że nasze państwo działa tupolewicznie. Jeśli bowiem rozbicie się samolotu rządowego nie jest jeszcze tego dowodem, to naprawdę strach pomyśleć, co takim dowodem będzie" – pisze Stankiewicz.
Trwa ładowanie komentarzy...