"Moja emerytura wyliczana jest dziś na 400 zł". Mama 4 dzieci tak widzi najnowsze obietnice PiS dla rodzin

Podczas konwencji PiS, rząd złożył kilka obietnic rodzinom. Mama czwórki dzieci opowiada nam, co o tym myśli.
Podczas konwencji PiS, rząd złożył kilka obietnic rodzinom. Mama czwórki dzieci opowiada nam, co o tym myśli. Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta
Sobotnia konwencja PiS przyniosła szereg nowych obietnic – zwłaszcza dla kobiet. Matki z rodzin wielodzietnych usłyszały na przykład, że nawet jeśli nigdy nie pracowały, rząd planuje przyznać im emeryturę. Co na to kobiety? Lilianna Sicińska z Wrocławia ma czworo dzieci, prowadzi wrocławskie koło Związku Dużych Rodzin 3+. Oto, jak ocenia najnowsze obietnice PiS.

Nowe obietnice rządu wywołały sporo zamieszania. Od soboty o niczym innym się nie mówi, zwłaszcza w kontekście rodziny. Jak Pani je ocenia?

Daleka jestem od oceniania i komentowania zaledwie zapowiedzi. Staram się patrzeć w szerszym kontekście. Tych zapowiedzi słucham w kontekście odradzającej się w Polsce polityki rodzinnej, której w naszym kraju jeszcze kilka lat temu nie było w ogóle. Wraz z mężem jesteśmy rodzicami czwórki dzieci w wieku 7-19 lat.

Decydowaliśmy się na dzieci jeszcze przed czasami słynnego „500+” czy becikowego i pamiętamy, jak nie tak dawno jeszcze wychowywało się dzieci bez żadnego wsparcia, za to z agresywnym rynkiem pracy w tle.
Lilianna Sicińska

Kiedy np. matki niemowlaków z ekonomicznego przymusu wracały po kilkutygodniowym urlopie macierzyńskim do pracy. W Polsce przez całe lata nie było polityki rodzinnej. W Europie byliśmy pod tym względem jak Kopciuszek. U nas priorytetem nie było ani wychowanie dzieci, ani budowanie sprawnie funkcjonującej rodziny. Nikt nie traktował dzieci jako dobra społecznego, a potrzeb rodziny jako ważnych. Liczyło się przetrwanie, a nie budowanie. Pod tym względem jesteśmy – a może byliśmy – daleko za innymi społeczeństwami.

Dlatego cieszę się obserwując każde działania w obszarze polityki zauważającej człowieka i rodzinę. To, o co Pani pyta odbieram jako odbudowywanie normalnej polityki prorodzinnej. Czegoś, co funkcjonuje w innych krajach Europy. Postrzegam to jako powrót do normalności. Do tego, żeby zachęcać rodziny, aby funkcjonowały normalnie i nie bały się np. naturalnego przecież wychowywania dzieci.
Część społeczeństwa odbiera to jako hasła populistyczne.

Oczywiście, że można tak to nazwać. Są to hasła wyborcze, do których każdy polityk i każda partia ma prawo. A prawem obywateli jest obserwować, oceniać i czynnie reagować – choćby głosując. Osobiście wolałabym zamiast zapowiedzi takich pojedynczych działań przemyślane i długofalowe programy działania, spójną politykę państwa wobec rodziny, budowaną niezależnie od rządzącej ekipy.


Jednak ludzie wolą usłyszeć także konkrety i to jest zapewne ten przypadek. W tych wyborczych bez wątpienia obietnicach próbuję dostrzec pozytywne akcenty. Szukam czegoś, co może budować. I znajduję to. Patrząc na te propozycje jako na całość, widzę, że polityka rodzinna odbudowuje się.

Spróbujmy przeanalizować te obietnice. Hasło numer 1 to emerytura dla mam, które urodziły 4 lub więcej dzieci – nawet jeśli nie pracowały. To dobra zapowiedź dla mam rodzin wielodzietnych?

Bardzo dobra – i powinna być jedną z wielu propozycji. Jako mama czwórki dzieci ciągle jestem aktywna zawodowo: przez ponad 20 lat pracowałam na tzw. "etacie", ale także na zlecenia czy umowy o dzieło. Przez kilka lat próbowałam dorabiać na tzw. urlopach wychowawczych, bezpłatnych wówczas.

Pracowałam często wieczorami, czasami w nocy. Nikt nie pytał, kiedy wychowuję dzieci, a kiedy pracuję. Wiele z tych prac wykonywałam na tzw. umowy zlecenia, bo jako mama nie mogłam liczyć np. w niepełnym wymiarze godzin, nie było takiej możliwości. I – choć pracowałam bardzo ciężko przez ponad 20 lat – moja emerytura wyliczana jest dziś przez ZUS na 400 zł.

Czyli załapałaby się Pani na emeryturę od państwa.

Tego jeszcze nie wiem i jeszcze nie cieszę się z takich zapowiedzi. Za to znam matki, które zdecydowały się tylko na pracę w domu, wychowując gromadkę dzieci, i widzę, jak niesprawiedliwie zostały potraktowane przez społeczeństwo, któremu oddały najlepsze lata swojego życia. Nie znamy jeszcze szczegółów tych zapowiedzi.

Kilkanaście lat temu wkładaliśmy nasze oszczędności w trzeci filar. Niedawno wypłaciłam z takiego funduszu kilkaset zł. Wystarczyło na dwa razy na zakupy spożywcze dla mojej rodziny.
Załóżmy, że wejdzie to w życie, rząd idzie ja burza. Jak Pani to odbierze?

Widzę w tej propozycji przywrócenie pewnej normalności i sprawiedliwości społecznej. Moje dzieci świetnie się uczą. Razem z mężem postawiliśmy na ich edukację, bo to jedyne, co w co możemy je wyposażyć. Wykształcenie dzieci stanowiło zawsze ważną pozycję naszego domowego budżetu. Dzieci chodzą do szkół niepublicznych, rozwijają swoje pasje, nabywają umiejętności, które – mamy nadzieję – zaowocują w ich życiu.

I proszę sobie wyobrazić, że jak już wychowamy 4 dorosłych ludzi, wykształconych, z wysokimi kompetencjami, a przy obecnym systemie – nie mogłabym nawet korzystać z ich podatków, które zasilałyby emerytury np. osób bezdzietnych. I nawet gdyby w przyszłości chciały, to nie będą mogły przeznaczyć nawet 1 procenta ze swoich podatków na utrzymanie starej matki, która poświęciła 20 lat życia na ich wychowanie. Dziś nie ma takiej możliwości. I to jest ogromna niesprawiedliwość społeczna. Bo ile kapitału taka rodzina wkłada w społeczeństwo?
Czyli taka państwowa emerytura dla kobiet w Pani sytuacji to...

Sprawiedliwość społeczna. Dostrzeżenie tego, że są osoby, które wybierają nie własny komfort i zawodowe awanse, ale wychowanie przyszłego pokolenia. Tak bym to uznała. Jeżeli taka emerytura zostanie mi przyznana, będę się cieszyć. Bo mimo mojej wytężonej pracy, sama na starość się nie utrzymam.

Ale czy dobrze, że mówi się o tylko mamach 4+? Co mają powiedzieć matki, które mają np. troje dzieci, w tym jedno, a czasem więcej niepełnosprawne?

Być może warto wziąć pod uwagę także inne czynniki. Wychowanie tej samej liczby dzieci może być przecież różnym obciążeniem dla różnych rodziców. Dzieci rodzą się z większymi lub mniejszymi potrzebami i nie można porównywać wychowania trójki dzieci w jednej i innej rodzinie. Być może jest to kwestia do konsultacji. Ale kierunek jest dobry – kolejny krok do normalności.
Pojawiły się też opinie, że taka emerytura jest niesprawiedliwa. Bo na przykład jest bardzo zamożna rodzina, ma sporo dzieci, ale mama nie pracuje, bo nie musi i nie chce. "Dlaczego potem ma na nią płacić społeczeństwo?" – takie pojawiły się pytania.

Odpowiem inaczej. Czy tej bardzo zamożnej rodzinie manna spadła z nieba? Raczej nie, raczej ciężko na to pracują. Nawet jeśli tylko pracuje ojciec. Takie zaglądanie ludziom do kieszeni, łóżka czy garnka przekracza zwyczajne zasady współżycia społecznego. Zupełnie nie rozumiem takich zarzutów.

Ja na przykład posyłałam dzieci do szkół prywatnych. W zamian mieszkaliśmy w ciasnym mieszkaniu i przez kilkanaście lat nie mieliśmy wakacji. Tak jednak wybraliśmy. Każdy dokonuje swoich takich wyborów. Moja koleżanka ma pięcioro dzieci, ale jej maż nigdy nie wraca z pracy przed 22.00.

Wróćmy do innych obietnic. 300 zł na dzieci w wieku szkolnym. Co Pani na to?

Cóż. Pamiętam lata, kiedy na podręczniki dla trójki szkolnych dzieci wydawaliśmy jedna pensję.
Teraz podręczniki są bezpłatne. MEN powtórzył, że nic się nie zmieni.

Pytanie, jakiej jakości? Szkoły, którym zależy na wysokim poziomie nauczania, już na pierwszych zebraniach z rodzicami zalecają zakup dodatkowych podręczników. Uważam, że 300 zł to dobry pomysł, ale chciałabym, żeby jednocześnie została przywrócona dobra jakość podręczników. Należę do tych osób, które wolą zapłacić za dobrą jakość.

Część z rodziców cieszy się jednak, że wszystko jest za darmo. A jeszcze dodatkowe 300 zł?

Oczywiście, ja też będę się z tego cieszyć. Choć uważam, że kwota nie jest oszałamiająca. Około 100 zł kosztuje dobre ubezpieczenie dziecka. Drugie 100 zł pójdzie na komitet rodzicielski, na wycieczki. Może jeszcze uda się kupić trwalsze buty na treningi. Zwykle już w listopadzie muszę kupować nowe. A za resztę można pójść na lody.

Była premier Beata Szydło zapowiedziała premie za szybkie urodzenia dziecka.

Nie wiem, czy to jest szczęśliwy pomysł, żeby za to nagradzać, czy nie jest to zbyt duża ingerencja państwa w życie rodziny. Chociaż z punktu widzenia np. kariery zawodowej mamy – to bardzo dobry pomysł, żeby urodzić dzieci w niewielkich odstępach czasu. O wiele łatwiej wychowuje się dzieci na podobnym etapie rozwojowym, a zwykle trudniej –rodzeństwo z dużą różnicą wieku. Również pracodawcy niechętnie patrzą na kobiety, które w ciągu kilku lat mają przerwy w pracy z powodu ciąży.
To jeszcze jedno hasło – głosowanie w imieniu dzieci. Jak Pani to widzi?

Ta kwestia była już kiedyś podnoszona, m.in. przez pana Gowina. To nie jest chyba nawet polski pomysł. Takie głosy pojawiały się już, były traktowane trochę egzotycznie. Ale coś w tym jest.

Ma pani pewność, że dzieci głosowałyby tak jak Pani?

Nie, nie mam takiej pewności zupełnie. Wychowujemy dzieci do samodzielności myślenia. Ale dziś biorę za nie odpowiedzialność. Cały czas podejmujemy za nie decyzje w kwestii zdrowia, wykształcenia. Na jeden koncert dziecka nie puszczę, na inny sama je zawiozę. Po to jesteśmy rodzicami. Po to mamy prawa rodzicielskie, żeby z nich korzystać. Uważam, że pomysł głosowania w imieniu dzieci można wziąć pod rozwagę, choć trzeba wiedzieć, na jakich zasadach.
Nie zaskakuje Pani ogrom tych propozycji?
To nie jest tak, że Polska jest oderwana od Europy i nagle tylko u nas rodziny zasypywane są 500+ i emeryturami za 4 dzieci. W innych krajach polityka prorodzinna działa od dawna. W Norwegii za mamę pracującą uznaje się mamę, która pracuje 2 godziny w tygodniu. Traktowana tam jest jako osoba, która generuje dochód, a nie korzysta ze świadczeń. Taka mama jest szanowana, a u nas – nie zawsze.

W Szwajcarii rodzice dostają pensje zgodnie ze stanem faktycznym swojej rodziny. Menager z 1 dzieckiem dostanie mniej od menagera z 4 dzieci. To się dzieje tu i teraz. W Islandii 16-letnie dzieci mogą pracować i rozliczać się z fiskusem wspólnie z rodzicami. We Francji w rozliczeniach podatkowych liczy się liczba osób w rodzinie. W USA kandydaci na pilotów samolotów pasażerskich mają dodatkowy punkt w rekrutacji za to, że pochodzą z rodzin wielodzietnych – bo są odpowiedzialni.

My zaś jesteśmy wciąż krajem zakompleksionym: wstydzimy się 500+, emerytur, zasiłków dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Ale pewne jest, że dla rodzin pojawił się lepszy klimat.
Trwa ładowanie komentarzy...