Nie tylko Gowin chce "głosowania rodzinnego". Inni próbowali – efekt pokazuje bezsens tej obietnicy

Wicepremier Jarosław Gowin na konwencji PiS zaproponował "głosowanie rodzinne".
Wicepremier Jarosław Gowin na konwencji PiS zaproponował "głosowanie rodzinne". Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta
Ta propozycja padła podczas konwencji PiS 14 kwietnia i początkowo przeszła bez echa w natłoku obietnic, którymi tego dnia rząd zasypał naród. Ale gdy wyszła na jaw, od razu wzbudziła kontrowersje, ale i ogromne rozbawienie. Wicepremier Jarosław Gowin zaproponował bowiem "głosowanie rodzinne". Niedługo potem sam tłumaczył na Twitterze, że takie rozwiązanie już dwukrotnie próbowali wprowadzić Niemcy, ale tego nie zrobili. Zresztą nie tylko oni. Po co zatem próbować tego w Polsce?

Przypomnijmy w skrócie, jakie słowa padły podczas sobotniej konwencji PiS i Zjednoczonej Prawicy na temat "rodzinnego głosowania". Cel tej propozycji jest konkretny. – Tak, by rodzice wychowujący małe dzieci dysponowali nie tylko głosem własnym, ale też głosem swoich dzieci – wyjaśnił Jarosław Gowin.

Tutaj pisaliśmy o tym więcej. Wicepremier wspomniał jeszcze, że dzieci są przyszłością Polski, a ci, którzy je wychowują myślą też o dobru całej Polski i dlatego powinno to znaleźć wyraz w systemie wyborczym. Internet natychmiast zareagował śmiechem. "Panie premierze. A co z rodziną z jednym dzieckiem, gdzie rodzice głosują na dwie różne partie? Będzie rzut kostką, czy jak?" – wiele podobnych kwestii ochoczo poddano analizie.

"Przestańcie się chichrać"
Trzeba przyznać, że wicepremier podjął z internautami szczerą dyskusję na ten temat. Przyznał, że takie rozwiązanie już dwukrotnie próbowali wprowadzić Niemcy. A gdy blogerka Kataryna zapytała, czy Niemcy wprowadzili je w życie, Jarosław Gowin odparł, że nie, choć były długie spory. "Ale założę się z Panią, że w ciągu najbliższych kilku lat głosowanie rodzinne zostanie gdzieś wprowadzone" – odpowiedział.
W kolejnym tweecie doprecyzował, że Niemcy byli już o krok od wprowadzenia takiego głosowania. Zrugał też, że internautów, by przestali się chichrać, tylko poważnie zastanowili się nad zaletami takiego głosowania.
"Krok bez precedensu w nowoczesnej demokracji"
Tyle internet. Okazuje się jednak, że nie tylko Niemcy rozważali taką opcję – dwukrotnie, w 2003 i 2008 roku. Również sojusznicze dla rządu PiS Węgry Victora Orbana brały takie głosowanie pod uwagę. Było to w 2011 roku, rok po pierwszych wygranych przez Fidesz wyborach.
Brytyjski "Guardian" uznał wtedy, że to byłby krok bez precedensu w nowoczesnej demokracji. Byłby – bo Węgry również się na to nie zdecydowały, choć argumenty polityków Fideszu mogły wydawać się przekonujące.


"Około 20 procent naszego społeczeństwa to dzieci, To całkiem spora grupa, która nie ma swojej reprezentacji" – przekonywał József Szájer, jeden z polityków Fideszu. Przyznał, że pomysł wydaje się niezwykły, ale tylko na początku. 100 lat temu za niezwykłe uważano przyznanie praw wyborczych kobietom, a w latach 50. ubiegłego wieku – czarnoskórym.

Jak czytamy w "Guardianie", pomysł podzielił społeczeństwo, nie brakowało np. obaw o to, że dzięki temu więcej głosów zyska romska społeczność.

W każdym razie polscy internauci szybko wychwycili informacje na ten temat. I niektórzy doszli do wniosku, że znów coś kopiujemy po Orbanie.
Kto to Demeny
Mniej więcej w tym samym czasie podchody do "rodzinnego głosowania" robiono również w Japonii – w ramach szukania sposobów na walkę ze starzeniem się społeczeństwa, co mocno podkreślano. Ekonomista, prof. Reiko Aoki z Uniwersytetu Hitotsubashi był głównym pomysłodawcą. Ale podczas badań okazało, na przykład, że część rodziców – gdyby miała głosować za dzieci – nie oddałaby takich samych głosów, jak za siebie.

Wszystkie te pomysły opierają się na rozważaniach demografa Paula Demeny'ego z 1986 roku. Od jego nazwiska przyjął się nawet termin "Demeny Voting", który określa system wyborczy, w którym rodzice lub opiekunowie prawni głosują w imieniu dzieci. Choć jak czytamy w Wikipedii, już w latach 20. ubiegłego wieku dyskutowano o tym we Francji, a w Niemczech jeszcze o kilka lat wcześniej.
Kto będzie pierwszy
Te rozważania podchwycili inni. Na przykład prof. Miles Corak z Uniwersytetu w Nowym Jorku, który w 2012 roku napisał esej pt. "Jak nadać dzieciom prawa wyborcze". Co ciekawe – na co zwraca uwagę – Demeny wspomniał o swojej propozycji tylko na ostatniej stronie swojego artykułu na temat niskiej dzietności. A taką zrobił tym furorę.

Jednak jeszcze żaden kraj nie wprowadził jego pomysłu w życie. Czyżby Jarosław Gowin chciał, żeby Polska była pierwsza?
Trwa ładowanie komentarzy...