Podczas przejażdżki tym samochodem nagle podbiegło sześciu fotografów i zaczęli mu robić zdjęcia

Nowe Audi RS4 Avant w tym kolorze zyskuje z każdym kolejnym dniem. Fot. naTemat
Gdy pierwszy raz zobaczyłem nowe Audi RS4 w tym kolorze, w zdziwieniu otworzyłem szerzej oczy i podniosłem brwi. No bo jak to można do takiego auta wcisnąć taki lakier. Ten, kto wybrał taki odcień zielonego jako kolor promujący miał sporo odwagi i… racji. Bo z każdym dniem tego zielonego „kermita” lubiłem bardziej. Oddając auto po paru dniach testu zdanie zmieniłem o 180 stopni. To genialny zabieg, który w tym aucie był potrzebny. Ale przecież nie o kolor tutaj chodzi.

To była pierwsza tak słoneczna niedziela w tym roku. Jadę sobie na pożegnalną przejażdżkę po mieście. Robiąc kolejne kilometry i kręcąc się bez większego celu zupełnie przypadkiem trafiłem w okolice placu Trzech Krzyży. Z Instagrama wiedziałem, że to miejscówka wielu car spotterów, ale nigdy nie widziałem tego na żywo. Staję lekko zamyślony na skrzyżowaniu i w tym momencie, nie wiadomo skąd, przede mną (dosłownie) pojawia się 5-6 młodych chłopaków z aparatami, którzy fotografują RS4-kę z każdej możliwej strony. Odjeżdżam w lekkim szoku, a potem znajduję te zdjęcia na Instagramie. Ta historia idealnie oddaje to, jakie wrażenie robi RS4 Avant. To był ostatni dzień testu, natomiast pierwszego (tylko podczas pierwszej przejażdżki po odebraniu) zostałem dwukrotnie zaczepiony na światłach przez innych kierowców z pytaniem, „a co tam ciekawego pod maską tego potwora, bo widać, że nie ma to tamto”.
Powiedzenie, że Audi RS4 Avant (czyli kombi) to ubogi brat większego i bardziej znanego RS6 byłoby bardzo krzywdzące. To po prostu brat mniej znany, który – czy mu się to podoba czy nie – stoi trochę w cieniu. Bo między jednym a drugim modelem jest zaledwie ok. 130 tysięcy złotych różnicy za podstawowe wersje, więc jeśli ktoś już się „szarpie” na sportowego potwora, woli dorzucić i mieć większego. Tymczasem kiedy wzrok wszystkich (no dobra, większości) jest zwrócony właśnie na RS6, które stało się już marką samą w sobie, na rynku pojawiła się najnowsza wersja RS4-ki. Jest rzadsza niż RS6, czym jeszcze bardziej przyciąga uwagę tych, którzy na motoryzacji się nieco znają.
Gdybym miał streścić ten model jednym zdaniem, powiedziałbym, że to idealna kopia RS6-tki, ale w nieco mniejszej skali: zarówno pod względem wyglądu, jak i osiągów. I to w zupełności wystarczy nawet tym bardziej wymagającym amatorom sportowych samochodów. Z kolei ci, którzy po prostu od dawna marzą o czymś, za co nie zabije ich żona bądź partnerka, a jednocześnie nie chcą odciąć sobie tej części męskości odpowiedzialnej za auta, będą piali z zachwytu.

RS4 to typowe Audi pod tym względem, że jeśli tylko jego właściciel nie zaszaleje z kolorem (tak – ten zielony łapie się już do definicji „zaszalenia”), dla kogoś, kto nie zna się na autach, praktycznie nie będzie wyróżniało się na ulicy. Ot, kolejny kombiak z czterema pierścieniami w logo. To tradycyjna dla tego producenta nienachalna elegancja, jak zwykłem ją nazywać, a modeli Audi już trochę w naTemat przeszło przez nasze ręce.
To jednocześnie połączenie praktycznego i komfortowego samochodu z możliwościami i sylwetką, którą ludzie osiągają po morderczej diecie i setkach godzin na siłowni. Avant w nazwie tego modelu oznacza nic innego, jak najzwyklejsze kombi. Dostajemy tutaj pełnoprawną A4-kę ze sporym bagażnikiem, dzięki czemu ten model równie dobrze co na tor, nadaje się na zakupy w Tesco czy kilkusetkilometrowy wyjazd na wakacje.
Ci, którzy jednak na samochody patrzą inaczej niż na kawał blachy na czterech kołach, sylwetką RS4-ki będą zachwyceni. Z przodu czeka nas co prawda standard z mocarnym, czarnym grillem typu single frame w kształcie plastra miodu i charakterystycznymi, „zmrużonymi” reflektorami. To już kolejny rok, w którym Audi wygrywa w moim osobistym rankingu świateł. Zwróćcie też uwagę na dwie wyraźne „kule”, to specjalne czujniki, które współpracują z komputerem i wspierają kierowcę. Z tyłu mamy wydech w postaci dwóch potężnych „kominów”, dających do zrozumienia, że RS4 nie idzie na kompromisy. Przy tylnych i przednich światach znajdziecie także czarne wloty powietrza. Jedne z nich, te z tyłu, są jedynie wizualną atrapą.
Wizualny orgazm można przeżyć natomiast, gdy na RS4 spojrzy się z boku. Ale nie od razu, bo detale widać dopiero jak podejdzie się bliżej i pogładzi je dłonią. To obłędna, ostra linia boczna z wyraźnymi przetłoczniami i muskularnymi nadkolami. Miodzio. Kermitowy kolor tylko to potęguje. Usłyszałem kiedyś tezę, że w samochodach od 300 tysięcy złotych i 300 koni mechanicznych w górę kolor musi (ewentualnie „może, bo tak”) być charakterystyczny i z polotem. Gdy patrzę na RS4, trudno się z tym nie zgodzić. Wnętrze RS4-ki Avant to tradycyjne Audi. Bez szaleństw, ale elegancko i stylowo. Sportowe są fotele, a w oko wpadają zielone akcenty np. przeszycia. Miejsca jest tylko co w zwykłej RS4, czyli taki tam rodzinne kombi.
Kermita napędza benzynowy silnik o pojemności 2,9 litra i mocy 450 koni mechanicznych. Nad tym, żeby przy takiej mocy nie zrobić sobie krzywdy czuwa napęd quattro, który daje poczucie bezpieczeństwa w naprawdę wielu momentach. A z takim zestawem naprawdę łatwo dać się ponieść. Automatyczna skrzynia biegów tiptronic działa tak sprawnie, że jeśli nie napinasz się na bicie rekordów na Nürburgringu, nie będziesz potrzebował łopatek.

Jeśli tego nie chcesz, RS4 jedzie jakby nigdy nic. Nie męczy, nie rwie, co jakiś czas jedynie możesz usłyszeć co nieco z wydechu. Szybkie przełączenie w tryb dynamic, ustawienie sportowej skrzyni biegów i odważniejsze operowanie gazem sprawia, że rodzinne kombi zamienia się w narwanego wariata. RS4 jest brutalne. 4,1 sekundy do pierwszej setki są osiągane nie tylko szybko, ale głośno i agresywnie. Auto, o dziwo, potrzebuje chwili zanim dotrze do niego, że startując z miejsca wcisnąłeś gaz do dechy, ale gdy to osiągnie, wręcz napastliwie leci do przodu, a kierowca tylko czuje jak quattro robi wszystko, by utrzymać cztery „kapcie” w ryzach.
Wszystko to odbywa się w akompaniamencie, który idealnie pasuje do tego, jak zachowuje się auto (choć nie jest to tak soczyste jak w TTRS czy RS6). Gwarantuję jednak, że to uzależnia. Start, szyba prosta, stop. I tak w kółko. Nawet nie musisz się rozpędzać do gigantycznych prędkości, choć te kończą się na 250 lub 280km/h (bez ogranicznika). Na dłuższą metę taka zabawa może zmęczyć i zamieszać w brzuchu, wtedy możemy po prostu włączyć tryb tatusiowozu i jakby nigdy nic doturlać się do domu. Spalanie po dość dynamicznym weekendzie wyniosło 15-16l/100km. Tak przynajmniej wskazywał komputer.
Audi RS4 Avant to typowe auto naszych czasów. Udany mezalians komfortu i sportu, który był projektowany z myślą „dwa w jednym”. Po co kupować dwa auta, skoro można mieć jedno, które gwarantuje to samo. To samochód o skrajnie sportowych możliwościach, ale raczej dla osób, które nie są zawodowymi kierowcami. Ceny zaczynają się od 407 tys. złotych, ale musem jest kolejne dziesiąt tysięcy zaskórniaków na jakieś dodatki. I pytanie, czy wtedy lepiej już nie dołożyć do RS6, czy po prostu nie zaoszczędzić i zostać przy (nie)zwykłej Audi S4. Ona nie wygląda tak seksownie, ale przecież też daje radę.
Trwa ładowanie komentarzy...