Grupa naTemat
Adm. Tomasz Mathea i generalicja w Belwederze
Adm. Tomasz Mathea i generalicja w Belwederze Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Gawron, czyli jak płaciliśmy za spełnianie marzeń

Pół miliona premii za niefunkcjonujący Stadion Narodowy, czy warte miliony usterki na budowach autostrad, to żadne marnotrawstwo pieniędzy, w porównaniu z historią spełniania marzeń polskiej Marynarki Wojennej, czyli korwetą Gawron. Historią topienia pieniędzy, która - na całe szczęście - właśnie dobiega końca.

Gawron miał przywrócić Polskę w grono bałtyckich potęg. Seria wielozadaniowych korwet najpierw miała dać pokaz tego, co potrafi polska myśl techniczna, a później pozwolić prężyć muskuły na morzu. Nic nie wyszło ani z jednego, ani z drugiego. Projekt powstał w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu, a od dziś wiadomo, że Stocznia Marynarki Wojennej w Gdyni nigdy go już nie skończy.

A miało być tak pięknie...

Dzisiaj premier Donald Tusk po spotkaniu z szefem MON Tomaszem Siemoniakiem poinformował, że program budowy korwety Gawron zostaje przerwany. Choć jeszcze niedawno wśród rządzących było pełno optymistów. Tak sukces, którym było wodowanie kadłuba przed trzema laty utrwalił gdyński poseł Platformy Obywatelskiej, Tadeusz Aziewicz:

Gawron na wodzie
Wodowanie kadłuba korwety projektu 621


Od lat nikt nie mówił już jednak o serii jednostek. Przed laty projekt 621 zakładał bowiem powstanie nawet sześciu okrętów. Do dziś daleko od powstania był natomiast nawet pierwszy - ORP "Ślązak", który w roku 2014 miał już operować na Bałtyku.

Bezcenna broń

Co dalej z Gawronem
Co zrobimy z niepotrzebnym kadłubem?

"Uwzględniając kwestie właścicielskie i licencyjne" ministerstwo będzie próbowało odsprzedać niedokończoną jednostkę.

Mimo, iż kadłub został wodowany zgodnie z harmonogramem, zaczęły piętrzyć się problemy i pryskać nadzieje na realne szanse ukończenia programu budowy pierwszego nowego polskiego okrętu od dziesiątek lat. Ponieważ dopiero niedawno ktoś podliczył prawdziwe koszty. I okazało się, że jedna korweta nie będzie kosztowała 500 mln zł, a trzy razy więcej (dokładnie 1,6 mld zł).

Mniej kościoła w wojsku. Duchownym to nie przeszkadza

Ale nawet taki zastrzyk funduszy nie byłby w stanie uratować Stoczni Marynarki Wojennej. Zakład budujący dumę polskiej marynarki upadł bowiem przed rokiem. Między innymi dlatego, że Gawrona budował. Ministerstwo Obrony Narodowej miało spore problemy z rozliczaniem się ze stocznią. Sporną kwestią była zaliczka, którą przedsiębiorstwo od MON dostało, a następnie domagało się reszty pieniędzy za budowę. MON twierdził tymczasem, że umowa zakładała wypłatę dopiero po oddaniu gotowego statku.

Najdroższy kadłub świata

- Rozmawialiśmy o różnych sprawach, które składają się na program racjonalizacji wydatków - od zamknięcia kosztownego i - użyję mocnego słowa - bezsensownego w swojej istocie projektu korwety Gawron, tego najdroższego kadłuba świata, jak złośliwie się mówi - powiedział dziś Donald Tusk informując o zakończeniu projektu. Ten zdążył tymczasem pochłonąć aż 400 mln zł. I trzeba sobie szczerze powiedzieć, że od lat tak wielka suma z pieniędzy podatników nie szła na poprawę bezpieczeństwa Polski, a utrzymanie słupków poparcia kolejnych ekip rządzących. A szczególnie poparcia wśród wojskowych.

Od dawana projekt był mocno krytykowany. Szczególnie na Pomorzu, gdzie najlepiej zdają sobie sprawę z tego, jakim akwenem jest Bałtyk i jakie zadania tak naprawdę stoją dzisiaj przed polskimi marynarzami. Jeżeli jakiekolwiek zagrożenie czyha dziś na nasz kraj, to ostatnim kierunkiem, z którego nadejdzie będzie prawdopodobnie morze będące praktycznie akwenem wewnętrznym NATO. Właściwie poza Sojuszem jedynym nadbałtyckim krajem jest dzisiaj Rosja (Szwecja i Finlandia blisko z NATO współpracują). Stanowiąca bez wątpienia realne zagrożenie, ale raczej nie z morza. A nawet jeśli, to jej flota bałtycka ma nikłe szanse w starciu z całym bałtyckim NATO.

O Gawronie mówiło się jako o widzimisię admiralicji, która od lat robi wszystko, by zaprzeczyć temu, jaka jest dzisiaj prawdziwa rola Marynarki Wojennej. W wyobrażeniu dowódców, supernowoczesne okręty miały ochraniać strategiczne szlaki transportowe. Ich przebiegu nikt nie potrafił jednak do końca określić. Kilka jednostek na innych morzach miałoby natomiast znikomą wartość dla poprawy miejsca naszej marynarki na świecie.

Gdy ustalono, że te strategiczne cele ma realizować jedna jednostka, kosztownym programem zainteresowała się Prokuratura Wojskowa. Śledztwo w tej sprawie prowadził płk Mikołaj Przybył, który podczas osławionej konferencji prasowej zaznaczał również to, że jego ludzie uchronili wojsko przed stratami liczonymi w setkach milionów złotych.

Spełniając marzenia...

Szczerze o Gawronie mówił dzisiaj też szef rządu. - Mimo oporu w różnych miejscach, także w samym wojsku, konkretnie w marynarce, mimo problemów, jakie wiążą się z przyszłością Stoczni Marynarki Wojennej, utrzymywanie tego projektu, nawet w tym stadium, konserwowania go na poziomie wydatków 30 milionów rocznie nie ma żadnego sensu. Potrzeby militarne obiektywnie opisane też nie wskazują na potrzebę budowy i użytkowania dużych jednostek w Marynarce Wojennej na Bałtyku - stwierdził.


- Ówczesne dowództwo miało zbyt wielkie ambicje. Od początku projekt był nierealny, ale dowodzący wtedy marynarką admirał Ryszard Łukasik był zaprzyjaźniony z parą prezydencką. Decyzję o budowie tych siedmiu korwet podjęto wbrew rozsądkowi - ocenia w rozmowie z naTemat Andrzej Walentek, ekspert wojskowości. - O tym, że nie uda się zakończyć projektu sukcesem było już wiadome od kilku lat. To w czasach śp. Jerzego Szmajdzińskiego (był ministrem w latach 2001-2005 - red.), jeśli nie jeszcze Bronisława Komorowskiego ( minister od 2000 do 2001 - red.) powinno się zdecydować o jego zakończeniu. Nie zrobiono tego i wyrzucono w błoto 400 mln zł - ocenia.

Najdroższa armia świata. Ile USA wydaje na swoją armię?

Do tego, kto pierwszy wpadł na pomysł spełniania marzeń polskich generałów nikt nie zamierza się jednak przyznać. - Chcieliśmy, aby Marynarka Wojenna mogła działać nie tylko na Bałtyku ale też na innych akwenach. Wydawało się, że program może nie być realny, to było takie trochę marzenie. Ale była nadzieja, że znajdzie się więcej środków. Planowana przeze mnie redukcja armii do 150 tys. miała przynieść pieniądze na jego dokończenie - tłumaczy nam były minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz. I zaznacza, że w czasach gdy kierował resortem tworzono dopiero wstępne koncepcje, a kluczowe decyzje podejmowali jego następcy.

Całe szczęście, że jeden z nich wreszcie "takie trochę marzenia" spełniać przestał.

Współpraca Kamil Sikora
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Polityka krajowaGospodarka
Skomentuj