To miało być zwykłe ogłoszenie o pracę dla sprzątaczki, a skończyło się awanturą o ksenofobię. Gdzie jest granica?

To miało być zwykłe ogłoszenie o pracę dla sprzątaczki, a skończyło się awanturą o ksenofobię.
To miało być zwykłe ogłoszenie o pracę dla sprzątaczki, a skończyło się awanturą o ksenofobię. Fot. peter774 / pixabay.com / CC0
Autorka ogłoszenia o pracę, które zamieściła na jednej z grup na Facebooku, dobitnie przekonała się o tym, co można publikować, co należy, a co wypada (a raczej czego nie wypada). Szukała w nim sprzątaczki, "najchętniej Polki". Jak sami się domyślacie, wystarczyło 0,3217319 sekundy, żeby społecznościowcy błyskawicznie jej to wytknęli. Eksperci od HR-u i osoby zawodowo związane z zatrudnianiem Ukraińców pozwalają nam zajrzeć za kulisy tego narodowo-zawodowego bałaganu.

To miało być zwykłe ogłoszenie o pracę na Facebooku. "Szukam dokładnej i rozgarniętej Pani do sprzątania mieszkania" – taki był jego początek. I na tym jego zwykłość się skończyła, bo zdanie później dodano "najchętniej Polki". Ogłoszenie w założeniu raczej nie miało być chamskie, nie punktowało konkretnie żadnej z narodowości, ale kontekst (i niesmak) nasuwa się sam.
– Specyfikacja dotycząca narodowości już jest. Jaki kolor skóry? Jaka orientacja? Jaka religia? Jakie poglądy polityczne? To bardzo wpływa na jakość sprzątania – ironicznie skomentował jeden z użytkowników Facebooka. Inni także zwracali uwagę na to, że taki zapisek to dyskryminowanie innych poszukujących pracę pod kątem ich innej narodowości.

Jedna z osób zacytowała nawet przepis z kodeksu pracy, w którym wyraźnie zaznaczone jest, że pracodawca nie może dyskryminować pracownika ze względu na jego narodowość.
Art. 183a. Zakaz dyskryminacji pracowników
Dz.U.2018.0.108 t.j. - Ustawa z dnia 26 czerwca 1974 r. - Kodeks pracy

§ 1. Pracownicy powinni być równo traktowani w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania oraz dostępu do szkolenia w celu podnoszenia kwalifikacji zawodowych, w szczególności bez względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, religię, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, a także bez względu na zatrudnienie na czas określony lub nie określony albo w pełnym lub w niepełnym wymiarze czasu pracy. Czytaj więcej

Komentujący prześcigali się z opiniami na temat tego, jak bardzo użyte przez pracodawczynię określenie "najchętniej Polki" jest nie na miejscu i jakiego powinna użyć w zamian.
A przecież polski rynek pracy jest pełen pracowników zza granicy, szczególnie wschodniej. Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w 2017 roku wydano ponad 127 tysięcy zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. Ze statystyk wynika, że wśród pracujących w Polsce cudzoziemców zdecydowanie przeważają Ukraińcy, na drugim miejscu są Białorusini. A mowa tylko o tych z pozwoleniem na pracę. Jest jeszcze szara strefa. Mówi się, że w tym roku liczba Ukraińców pracujących w Polsce może przekroczyć 3 mln!

Pracować, żeby przeżyć
Ich losy, szczególnie tych pierwszych, nie są usłane różami. Ukraińcy mają ciężko na polskim rynku pracy. Są wyzyskiwani, oszukiwani i często traktowani przez pryzmat stereotypów.

– Nie podoba mi się to, że ludzie coraz bardziej oszukują. Na początku tego roku czekałem na umowę 4 miesiące. Ciągle słyszałem jutro, pojutrze, za tydzień. Oszukał mnie na 5,5 tys. Nie wiem czy dla Polaków to dużo – mówił w rozmowie z InnPoland jeden z pracujących w Polsce Ukraińców.


Wiele Ukrainek zatrudnia się właśnie jako sprzątaczki. Głównie są to kobiety, ale bywa, że do ekip sprzątających dołączają także mężczyźni. – Za sprzątanie mam 500 dolarów na rękę. Ale gdybym na Ukrainie miała chociaż połowę z tego co w Warszawie, to by mnie tu nie było. Tylko że trzeba zadbać o rodzinę. Chwała Bogu, że do Polski można jeszcze przyjechać i zarobić – opowiada sprzątacz z Ukrainy.

To kwestia zaufania
Oprócz hejtów pod wspomnianym ogłoszeniem pojawiły się też głosy broniące pracodawczyni. – To kogo chce ona zatrudnić to jej prywatna sprawa. To ona tutaj rządzi. Narzucanie jej tutaj czegokolwiek jest ograniczaniem jej wolności. Nie widzę w tym nic złego, że rodak zatrudni najchętniej rodaka. W każdym kraju tak być powinno. Ten sam język, kultura, przyzwyczajenia. Ja też bym wolał, żeby po domu krzątał mi się rodak. Nic na to nie poradzę i nikt mi nie powinien narzucać kogo mam wpuścić do domu i komu zapłacić z własnych pieniędzy. To żaden rasizm – napisał jeden z komentujących.

Ale mogą być też inne wytłumaczenia jej postu. Magda Sieklucka, właścicielka firmy, która pomaga Ukraińcom zaaklimatyzować się i znaleźć pracę w Polsce, uważa, że wspomniana pracodawczyni musiała mieć złe doświadczenia z osobami zza granicy.

– Spotykamy się z różnym podejściem do pracowników z Ukrainy i niektórzy są już otwarci i mieli możliwość współpracy z nimi, natomiast są w dalszym ciągu osoby, które myślą o pracownikach z Ukrainy jak o alkoholikach, którzy coś zniszczą, zepsują. Podejrzewam, że pani, która zamieściła takie ogłoszenie, nie ma zaufania do pracownika np. z Ukrainy – stwierdza nasza rozmówczyni.

Podobnego zdania jest Szymon Janicki, co-founder "HCM Deck", który zajmuje się rozwojem pracowników. – Powód dlaczego zamieściła taką wstawkę, mógł wynikać nie z uprzedzeń, ale być czysto praktyczny, wynikający z doświadczeń związanych z trudnością w porozumiewaniu się. Najlepiej, jakby ta osoba zamieściła informację, że szuka pracownika posługującego się językiem polskim w stopniu komunikatywnym – mówi nasz rozmówca.

Według Janickiego, napływ pracowników z Ukrainy jest dla polskich pracodawców sporym wyzwaniem kulturowym. – Kultura organizacyjna wymaga tego od pracodawcy, żeby być na to [przyjęcie pracownika z Ukrainy – red.] gotowym, żeby te osoby czuły się komfortowo w danym środowisku, a osoby już tam zatrudnione, były otwarte na takie podejście – precyzuje ekspert.
A dyskryminacji i negatywnych zachowań nie trzeba daleko szukać. Pamiętacie sprawę Wojewódzkiego i Figurskiego, którzy na antenie jednej z popularniejszych rozgłośni w Polsce, urządzili sobie "pogawędkę" na temat swoich sprzątaczek z Ukrainy?
Fragment rozmowy Wojewódzkiego i Figurskiego
ESKA Rock, "Poranny WF", czerwiec 2012 r.

Wojewódzki: A wiesz co ja wczoraj zrobiłem po tym meczu z Ukrainą?
Figurski: No?
W: Zachowałem się jak prawdziwy Polak...
F: Kopnąłeś psa.
W: Nie, wyrzuciłem swoją Ukrainkę. Czytaj więcej

"Nie" dyskryminacji
Ale problem nie leży w samej narodowości, na co zwrócili uwagę internauci pod postem pracodawczyni. Bo tak samo może być z polskim pracownikiem. Też może być alkoholikiem, złodziejem, albo po prostu złym pracownikiem.

– Zależy na kogo się trafi, na jakiego człowieka. Nie każdy ma takie kompetencje. A z Ukrainkami, które pracują jako sprzątaczki też bywa tak, że nie sprzątają tak, jak chcą tego Polki. Np. nie wymiotą kurzu z zakamarków. Ale to wszystko trzeba wtedy wytłumaczyć na początku – tłumaczy Magda Sieklucka.

Niektórzy komentujący napisali także, że takie doprecyzowanie jakiego pracownika się poszukuje, jest dobrą praktyką. Jeden z nich stwierdził, że sam był na rozmowie o pracę, gdzie szukano ewidentnie kobiet, a on stracił tylko czas. – Szczerze, byłem na rozmowach na których z góry było wiadomo, że chcą zatrudnić kobietę a ja + 4 facetów, którzy przyszli, to tylko pozory, by nikt ich o nic nie oskarżył – czytam w komentarzu.

Z tym, żeby jasno komunikować, kogo się szuka, zgadza się także Szymon Janicki. – To przyspiesza cały proces poszukiwania pracownika i oszczędza czas zarówno organizacji jak i pracownikowi. Dodam, że standardem jest teraz na przykład, że rozmowy o pracę na niektórych stanowiskach, zaczyna się od informacji o minimalnym wynagrodzeniu, które pozwala zdecydować pracownikowi, czy warto jest rozmawiać dalej – mówi.

Jest jednak jedno podstawowe "ale": nie może to się odbywać kosztem łamania czyichś praw, przekonań, czy dyskryminowania kogokolwiek.

– Płeć nie gra tutaj żadnej roli i nie powinna. Trudno jest uargumentować, dlaczego chcemy np. asystenta, a nie asystentkę i na odwrót. Jestem za tym, żeby mocno precyzować kogo chcemy, ale nie jestem za tym, żeby precyzować to tam, gdzie nie ma to realnego wpływu na jakość pracy. Szukamy kompetencji, zaangażowania i otwartości na naukę, ale bez względu kto to będzie pod względem płci, religii, czy orientacji seksualnej – podsumowuje Janicki.
Trwa ładowanie komentarzy...