Cudowny lek na wyciągnięcie ręki. Szokujące, jak dużo tracimy zamknięci w czterech ścianach domów i biur

Dla wielu z nas natura stała się luksusem, a nie potrzebą. Jak dowodzi książka ''Natura leczy'' nawet jej niewielka dawka może mieć zbawienny wpływ na nasze zdrowie, a także stać się kluczowym składnikiem czegoś, co nazywamy szczęściem
Dla wielu z nas natura stała się luksusem, a nie potrzebą. Jak dowodzi książka ''Natura leczy'' nawet jej niewielka dawka może mieć zbawienny wpływ na nasze zdrowie, a także stać się kluczowym składnikiem czegoś, co nazywamy szczęściem pixabay.com
Co sprawia, że ludzie są szczęśliwi? Odpowiedź nie wydaje się trudna – z pewnością, gdy mają u boku ukochane osoby, są lubiani i szanowani w swojej społeczności, nie trapią się kłopotami finansowymi i angażują się w sprawy większe niż oni sami. Czy istnieją jednak jeszcze inne czynniki o decydującym wpływie na ludzkie szczęście? W książce ''Natura leczy'' jej autorka Florence Williams wykazuje, że takim języczkiem u wagi jest miejsce, gdzie spędzamy nasz czas.

Jak można domyślić się z samego już tytułu, książka wyszła spod pióra osoby pasjonującej się naturą i analizującej jej rolę w świecie, którego kierunek wyznaczają obecnie najnowsze technologie. Publikująca na łamach ''New York Timesa'' i ''National Geographic'' amerykańska dziennikarka, która za poprzedni utwór (''Piersi. Naturalna i nienaturalna historia'') zgarnęła nagrodę Los Angeles Times Book Prize in Science and Technology, pragnie przekazać czytelnikom, że nie muszą stawać na głowie, aby poprawić swoje zdrowie, nastrój czy psychikę. Panaceum na tego rodzaju problemy mają na wyciągnięcie ręki, bo w otaczającej zewsząd człowieka przyrodzie.

Punktem wyjścia dla postawionej w tytule tezy stał się wieloletni projekt Mappines. Jego twórca George MacKerron, ekonomista z Uniwersytetu Sussex, postanowił stworzyć wielki zbiór danych za sprawą dziesiątków tysięcy ochotników (dołączyła do nich i Williams), których zadaniem było opisanie swojego nastroju dwukrotnie w ciągu dnia. Wbudowany w aplikację GPS miał za każdym razem sprawdzać miejsce, w którym znajdował się wysyłający odpowiedź uczestnik. Największą zmienną odzwierciedlającą szczęście okazała się lokalizacja. Jak podkreśla jednak autorka, do zajęcia się tym tematem skłoniły ją głównie osobiste doświadczenia związane z przeprowadzką z sielskiego górzystego miasteczka Boulder do przytłaczającego atmosferą Waszyngtonu.
Książkę podzielono na pięć części. Pierwsza szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego nasze mózgi w ogóle potrzebują przyrody. Druga bada natychmiastowy wpływ dostępnej w najbliższym sąsiedztwie ''5-minutowej dawki'' natury na ludzkie zmysły. W trzeciej odkrywamy, co zyskujemy, gdy wydłużymy obcowanie z przyrodą do zalecanych pięciu godzin. Czwarta odsłania, jakie cuda z głową człowieka wyprawia dłuższy pobyt w tzw. ''dziczy''. Ostatnia docieka zaś, w jaki sposób żyjący w betonowej dżungli mieszkańcy metropolii mogą prowadzić zdrowy styl życia.

Zagłębiając się w całą materię, redaktorka przygląda się licznym badaniom o odważnych tezach, fascynującym przebiegu eksperymentów czy też zaskakujących wnioskach. Choć jednym z fundamentów publikacji są cytaty naukowców specjalizujących się w biologii, psychologii i medycynie, zarówno rozmowy z nimi, jak i opisy ich prac badawczych, przelane zostały na papier kwiecistym przystępnym dla ''mieszczucha'' językiem kogoś, kto na co dzień czerpie z przyrody pełnymi garściami i jest w pełni świadomy korzyści płynących z tego bliskiego kontaktu.


Zgodnie z najlepszymi zasadami dziennikarskiego rzemiosła Williams nie ogranicza się do roli biernego obserwatora. Na własnej skórze doświadcza efektów relacjonowanych badań, biorąc udział w programach realizowanych na styku przyroda-zdrowie. Towarzyszymy jej, gdy poznaje tajniki shirin-yoku ("leśnych kąpieli" w zaciszu japońskich lasów), poddaje się rygorowi obozów survivalowych czy spaceruje po lesie z monitorującym jej mózg zestawem EEG. W poszukiwaniu prawdy o związku ludzkości z naturą śledzimy jej podróż obejmującą przystanki od Stanów Zjednoczonych, przez Szkocję i Finlandię, aż po Japonię.
Mimo osobistej wiary w zbawienny wpływ flory i fauny na nasze zdrowie autorka podchodzi do przeprowadzanych badań oraz ich wyników jak przystało na rasowego dziennikarza – z dużą dawką sceptycyzmu. Zawodowy warsztat nakazuje jej dociekać, czy za ogłaszanymi w świecie odkryciami stoją faktycznie twarde naukowe fakty, czy też idealizacja natury przez autorów tych deklaratywnie przełomowych prac badawczych. Z książki bije więc głęboki szacunek dla czytelnika, który ma dzięki niej nie tyle stać się fanatycznym ''zielonym'' wyznawcą i nieprzejednanym wrogiem technologii, ile bardziej otwartą na świat jednostką, świadomą tego, jak czasami niewiele trzeba, by poczuć się lepiej i znaleźć szczęście.

– Jeżeli ta książka ma jakiś dominujący temat, to jest nim myśl, że im większa dawka kontaktu z naturą, tym większe korzyści – akcentuje w epilogu autorka. – Starając się uchwycić kwintesencję wszystkiego, czego się dowiedziałam, wymyśliłam niezwykle proste zakończenie: Wychodź na świeże powietrze, często, czasami w dzikie okolice. Zabierz przyjaciół lub nie. Oddychaj – radzi czytelnikowi w zakończeniu.
Po przeczytaniu tej popularnonaukowej książki i obejrzeniu zawartych w niej śmiesznych obrazków, niejeden Polak zapragnie oderwać wzrok wlepiony w ekran komputera i jeśli nie zacznie myśleć o wyjeździe w Bieszczady, to przynajmniej o wyjściu na krótki spacer do pobliskiego parku. Jeśli chcecie poczuć ten zew natury, a przy okazji dowiedzieć się, co to znaczy być biofilem i co kryje się za ukutym przez badaczy terminem ''neurony natury'', możecie już zaspokoić swoją ciekawość – 16 maja książka trafiła do polskich księgarń nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tylko na dobry początek może lepszym pomysłem od złożenia na nią zamówienia w sieci będzie spacerek do najbliższej księgarni. Tak w ramach przygotowań do lektury.

Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Uniwersytetu Jagiellońskiego

Trwa ładowanie komentarzy...