Porsche Driving Experience to nie tylko tor, ryk i smród gumy. Każdy może przekonać się, że... nie potrafi jeździć

Ten zielony potwór przyspiesza do setki w 3,2s.
Ten zielony potwór przyspiesza do setki w 3,2s. Fot. Porsche
Dwadzieścia pięć stopni ciepła, równy jak stół tor wyścigowy i samochody, które generują nieprzyzwoicie duże moce. To Porsche Driving Experience, które odbywa się na Silesia Ring w Kamieniu Śląskim. Oprócz świetnej zabawy, to także wielka lekcja pokory.

Falujący pod wpływem słońca i jeżdżących samochodów asfalt, zapach rozgrzanych opon i ich kawałki walające się po torze oraz smród zużytych hamulców – tak wyglądał wtorek na podopolskim torze Silesia Ring, na którym niemiecka marka sportowych samochodów urządziła sobie bazę doświadczalną. I to niemałą, bo do dyspozycji jest tam praktycznie cała gama cywilnych Porsche, które Kowalski z grubym portfelem może sobie bez przeszkód kupić.
W pit lane zebrano wszystko co najlepsze: od Macanów i Cayenne'ów, przez Panamery, 718 i 911-tki Carrera, kończąc na brutalnym i dzikim GT3 RS.
Wszystko zaczęło się odprawą, na której wielu obecnych na sali torowych nowicjuszy usłyszało kilka cennych wskazówek co do jazdy i jak najsprawniejszego pokonywania zakrętów. Moment dohamowania, apex (szczyt zakrętu) i zasady bezpieczeństwa – o tym wszystkim można było dowiedzieć się od instruktorów, którzy przejęli podzielony na cztery grupy zespół dziennikarzy i wyruszyli do poszczególnych konkurencji, aby wycisnąć z nas siódme poty.

Sportowa jazda
W moim przypadku na pierwszy ogień poszedł przejazd najbardziej zwinnymi modelami Porsche: 911-stkami w przeróżnych wersjach i odmianach. Od Carrery, przez Turbo, kończąc na wspomnianym już jaskrawozielonym, 520-konnym potworze.
Jak było? Już po dwóch okrążeniach okazało się, że jazda "gęsiego" za instruktorem wcale nie jest taka łatwa. Z jednej strony utrzymanie tempa, z drugiej odległości między pojazdami, a z trzeciej słuchanie poleceń wydawanych przez radio. Jak to? To nie puścili was na tor o tak, po prostu? Ano nie puścili. Prędzej czy później spowodowałoby to bardzo niebezpieczne sytuacje, które zagrażałyby zarówno samochodom, jak i kierowcom. Jeśli jednak komuś wydaje się, że "ja swoim Passatem 1.9 TDI pojechałbym lepiej", to pragnę przekazać, że nie. Nie pojechałbyś, a samochodowe wyścigi wyglądają na łatwy sport tylko na ekranie telewizora.

I jeszcze jedno: przeciążenia. Momentami przekraczały one 3G, co dało się odczuć w... żołądku. Jeśli siedzimy akurat za kierownicą, jesteśmy za bardzo zaaferowani prowadzeniem i poziom adrenaliny nie pozwala nam odczuć ubocznych skutków zwiększenia masy swojego ciała. Jednak w tym przypadku, co drugi przejazd był wykonywany z pozycji pasażera, co zmienia postać rzeczy. Przed takimi jazdami nie warto się najadać.
Drift
Na takim wydarzeniu nie mogło też zabraknąć driftu na śliskim podłożu. Wybetonowany krąg polewany wodą, Porsche 718 i... 2 minuty na "wyczucie" samochodu. Delikatne operowanie gazem, kopnięcia w hamulec i skręcanie kierownicą to recepta na wywołanie nadsterowności. Jednak granica między kontrolowanym uślizgiem tyłu a "wykręceniem bączka" jest bardzo cienka. Udało się jednak przejechać kilka metrów bokiem i zdobyć punkty.
Luksusowe limuzyny i SUV-y na torze
Jeśli komuś wydawało się, że Porsche Panamera to wyłącznie mocna limuzyna do majestatycznego sunięcia po drogach, ten jest w wielkim błędzie. Przejazd tym samym sposobem co w przypadku 911-stek, także dostarczył niemałych emocji. Było równie szybko, choć trochę mniej brutalnie. Pewne wątpliwości pojawiły się w przypadku SUV-ów, jednak po kilku zakrętach orientujemy się, że przechyły nie są tak groźne, jak mogłoby się wydawać, a wrażenia, które gwarantuje Macan i Cayenne są jak najbardziej wyścigowe.
Off-road
Wydawałoby się, że akurat w tej konkurencji powinno być najmniej emocji. Nie było jednak co na to liczyć. Przechył samochodu o kącie wynoszącym prawie 50 stopni z dwoma kołami w powietrzu czy zjazd ze stromego wzniesienia w specjalnie wykopaną w tym celu "wannę", przyprawiały o dreszcze i poczucie, że za chwilę przewrócę się na bok lub przekoziołkuję. Nic jednak takiego się nie stało. Nad wszystkim czuwały elektroniczne systemy. Wiem jednak, że Cayenne czy Macan poradzą sobie przy odbieraniu dzieci ze szkoły, ale także na bardzo nierównych szutrowych przeprawach. Tylko lakieru trochę szkoda.
Dla kogo ta impreza?
No dobrze, grupa dziennikarzy trochę się pobawiła, trochę zmęczyła, ale jakie to ma przełożenie na "cywila"? A ma. Każdy kto dysponuje kwotą około 1000 euro, może w czymś takim wziąć udział. Nie, nie jest to mała kwota. Jednak za te pieniądze dostajemy nie tylko możliwość przejechania się luksusowym samochodem czy pojeżdżenia nim po torze. To przede wszystkim nauka i trening umiejętności. To, co wyniosłem z tego pełnego wrażeń dnia to świadomość, że... dużo jeszcze nie umiem. Oczywiście, na zwykłej drodze nie musimy "korzystać z całej szerokości toru", ścinać zakrętów (nawet nie powinniśmy tego robić) czy jechać blisko słupków. Ważne są jednak zachowania w niebezpiecznych sytuacjach, "czucie" samochodu i wyrobienie szybkich reakcji. Taki dzień na torze to oprócz super zabawy, ogromna lekcja pokory, którą warto przenieść na drogi.
Trwa ładowanie komentarzy...