Kto i dlaczego zabija foki nad polskim morzem? "Krzyk rozpaczy" – sprawa może mieć drugie dno

Coraz więcej martwych fok na wybrzeżu. Podejrzenia padają na rybaków. Pytamy ich o tę sprawę.
Coraz więcej martwych fok na wybrzeżu. Podejrzenia padają na rybaków. Pytamy ich o tę sprawę. Fot. Beata Kitowska / Agencja Gazeta
Rząd nadal nie uruchomił wypłat rekompensat dla rybaków za straty w połowach, które powodują foki. Ci szacują, że mogą to być kwoty rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie. Właściciele hodowli ryb, z którymi rozmawiamy, zapewniają, że to nie oni mszczą się na fokach, choć niektórym nerwy już puszczają.

W ostatnich dniach morze wyrzuciło na brzeg aż pięć martwych fok. Dwie z nich do szyi przywiązane miały cegły, jednej ktoś zmiażdżył głowę, kolejnym rozcięto brzuchy. Dla porównania: w ciągu ostatnich 20 lat – według szacunków Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego w Helu – odnotowano tylko trzy przypadki celowo zabitych zwierząt (dwie foki i jednego morświna).
Ekolodzy powtarzają, że obrażenia fok znalezionych na pomorskich plażach wskazują na celowe działanie człowieka. Za wykrycie sprawcy wyznaczono nagrodę w wysokości 50 tysięcy złotych: 30 tysięcy złotych od fundacji ze Śląska, 20 tysięcy złotych na ten cel planuje przeznaczyć pisarka Maria Nurowska. Sprawcy poszukiwani są przez policję. Podejrzenia padają na rybaków. A to dlatego, że – zdaniem wielu – mogą mieć powód. Foki wyjadają z ich sieci ryby (łososie, dorsze, flądry), co przynosi im spore straty. – Nie popieram tego, co niektórzy rybacy robią, czyli pastwią się nad fokami. Krzyczą, napierdzielają je pałkami. To sadyści, którzy swoją frustrację wylewają na fokę. A to przecież nie ich wina, że są głodne. Winni są ludzie, którzy zaingerowali w ekosystem – tłumaczy nam rozemocjonowany rybak z Helu.

Efekt: straty

Rybacy, z którymi rozmawiamy, zarzekają się, że oni nigdy nie zrobiliby krzywdy foce, choć te wyrządzają im niemałe szkody. Małgorzata Formelli, która zajmuje się połowem i handlem rybami, właśnie pisze do ministerstwa, by pokazać ogrom strat, jakie jej firma poniosła przez foki, które konsumują złowione już w sieci ryby. – 1852 ryby stracone, czyli dokładnie 272 tysięcy złotych na minusie – wylicza Formelli.
– Nie powinno się postępować z fokami w tak okrutny sposób. Ale trzeba głośno powiedzieć, że to ludzie pozwolili się tym zwierzętom w taki sposób rozwinąć. Nie mogę ich winić za to, że mi zjadają połowy. One nie są niczemu winne – podkreśla Formella. Według różnych szacunków, w Bałtyku żyje od 30 do 50 tysięcy fok, a coraz mniej ryb w nim pływa. – Kiedyś rybak rzucał kilkanaście siatek i wyławiał kilkaset kilogramów ryby. Dziś ten sam rybak musi rzucić kilka razy więcej siatek, żeby złowić kilkadziesiąt kilogramów ryby – obrazuje Marcin Buchna, prezes Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturowego "Nasza ziemia".

– Rybołówstwem zajmuję się od dziesięciu lat. Gdy zaczynałem to sporadycznie widziałem na morzu foki. Z roku na rok jest ich coraz więcej. To plaga. Jak wystawiamy siatki na noc, to cała chmara fok atakuje i wyciąga te ryby – przyznaje w rozmowie z naTemat rybak Łukasz Konke. Dla niego to duże straty – wylicza, że rocznie to straty w wysokości 50-60 tys. złotych.

Dlatego też posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk w marcu ogłosiła swój kontrowersyjny pomysł, by odstrzelać foki żyjące w Bałtyku. Jej zdaniem te zwierzęta otaczane są "większą opieką niż rybacy".
Dorota Arciszewska-Mielewczyk
posłanka PiS z Gdańska w rozmowie z "Dziennikiem Bałtyckim"

Foka to ewidentny szkodnik, a Bałtyk nie jest jej naturalnym środowiskiem. Przed wojną płacono rybakom za zabicie foki. Jej pojawienie się u nas to wymysł WWF-u i ekologów, głównie niemieckich, którzy chcieliby nam tutaj przeflancować rezerwaty. Musimy zacząć coś robić. Nie ma innego wyjścia.

Rybacy powtarzają nam, że o swoich problemach informują Inspektorat Rybołówstwa i Ministerstwo Żeglugi i Gospodarki Morskiej. – By udowodnić, że foka zjadła rybę, musimy przyjść do Inspektoratu Rybołówstwa, np. z głową łososiową. On wówczas zrobi zdjęcie, napisze protokół, a ja muszę złożyć wniosek – mówi nam Małgorzata Formella.


Takich pism wysyłają wiele. – Mieliśmy dostać odszkodowanie, ale na razie to stoi w miejscu – zaznacza Łukasz Konke. A – jak informuje Money.pl – Ministerstwo Środowiska ma aż 4 mln euro na wypłatę rybakom odszkodowań za szkody wyrządzone przez foki. Ale od prawie trzech lat żaden rybak miał nie złożyć w tej sprawie wniosku. – My, rybacy, upominaliśmy się w ministerstwie, informowaliśmy, jak jest. Wczoraj przeczytała, że nikt nie złożył wniosku o odszkodowanie. Byłam na kilku spotkaniach zespołu doradczego z ministrem. Sama osobiście pytałam, kiedy dostaniemy odszkodowanie za głowy łososiowe. Najpierw powiedziano mi, że nie ma rozporządzenia i mam czekać. A na ostatnim posiedzeniu w ogóle do głosu mnie nie dopuścili – odpiera argument Małgorzata Formella.

Przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej tłumaczą nam, że trwają prace nad szczegółowymi warunkami, trybem przyznawania wypłaty rekompensat dla rybaków.
Biuro prasowe MGMiŻ

Rybacy wiedzą o funduszu i działaniach, jakie w jego ramach są finansowane, m.in. o rekompensatach za szkody czynione w połowach przez ssaki morskie (foki). Przepisy w tym zakresie zostały wypracowane wspólnie z rybakami. W związku z powyższym, armatorzy statków rybackich dokonują zgłoszeń o szkodach w połowach i ubiegają się o wydanie odpowiednich zaświadczeń od inspektorów rybołówstwa morskiego w tym zakresie.

Ale rybacy wniosków o rekompensatę wciąż składać nie mogą. Będzie to możliwe, gdy zostanie ogłoszony przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nabór, tuż po wejściu w życie znowelizowanego rozporządzenia.

Przyczyna?

Marcin Buchna, prezes Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturowego, podkreśla, że jeszcze 7-8 lat temu rybacy nie mieli najmniejszego problemu z wyjadaniem ryb przez foki. A to dlatego, że te miały, co jeść. I tłumaczy, dlaczego – jego zdaniem – to się zmieniło.
Marcin Buchna
prezes Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturowego

My jako stowarzyszenie od długiego czasu sprzeciwiamy się pewnej inwestycji. To znaczy, że w Zatoce Pucko-Gdańskiej zrzucany jest odpad górniczy w potężnych ilościach. Rybacy zauważyli, że gwałtowne załamanie w tej zatoce nastąpiło w tym samym czasie. W momencie, kiedy ta inwestycja się rozpoczynała, to dziewięciu naukowców wydało negatywną opinię na jej temat.Trzeba znaleźć przyczyny, które spowodowały załamanie tego środowiska, a nie skupiać się na fokach. One oczywiście wyrządzają dziś szkody rybakom, wywołują u nich negatywne emocje. Ale trzeba spojrzeć na korelację czasową, to my jako społeczeństwo mamy prawo podejrzewać, że diabeł tkwi w szczegółach.

Rybacy chcieli zawalczyć o swoje i wybrali się do Warszawy. W kwietniu poseł Kukiz'15 Andrzej Kobylarz zorganizował w Sejmie konferencję na temat problemów rybaków w kontekście trudnej sytuacji Zatoki Gdańskiej. Do stolicy zjechało wiele osób, ale minister nie zaszczycił ich swoją obecnością. A chcieli, by wysłuchał, z jakimi problemami muszą się mierzyć.

– Na to spotkanie nikt z ministerstwa nie przyszedł. I to poważny sygnał, że ludzie pojechali 400 kilometrów, by szukać pomocy, ale jej nie dostali. Dlatego być może niektórzy w ten sposób reagują. Nie wiemy tego. Nie możemy wykluczyć także tego, że ktoś celowo zbudował taką narrację, że to foki i kormorany wyjadają ryby i są przyczyną ich braku w zatoce – wyjaśnia Buchna. Dlaczego? – Po to, by odwrócić uwagę od zdecydowanie poważniejszego zagrożenia, jakim są instalacje przemysłowe. A drastyczne ujęcia, które pojawiają się w mediach, są zdecydowanie bardziej nośnie niż żmudne prowadzenie badań i monitoringu środowiska. Dlatego staramy się dziennikarzom powiedzieć, że problem foki, to tylko wierzchołek góry lodowej. I że na zatokę i jej ekosystem trzeba patrzeć nieco szerzej, bo tylko w ten sposób można ją uratować – podkreśla Buchna.
Trwa ładowanie komentarzy...