Jak dobrze, że ktoś jeszcze pamięta o prostocie. Kia Stonic to auto stworzone na nasz rynek

Kia Stonic przypadnie do gustu zwłaszcza kobietom, ale nie tylko. Fot. naTemat
Jest ładny, niedrogi, w miarę przestrony, wygodny w prowadzeniu i nieskomplikowany, a przez to zapewne mało awaryjny. Kia Stonic to przedstawiciel ginącego gatunku – samochodów, którymi się po prostu jeździ bez ciągłych zmartwień o serwis.

Sprawa pierwsza: Stonic to zawodnik z ultramodnego segmentu crossoverów. Nie jest duży, ale wygląda buńczucznie. Ze swoim słusznym prześwitem bez problemu przejedzie przez polną drogę czy... przeskoczy miejski krawężnik. I sprawa druga: choć to crossover, próżno tutaj szukać napędu na cztery koła, a choćby w testowanym egzemplarzu zastosowano wolnossący silnik 1.4 o mocy 100 koni mechanicznych, który współpracuje z sześciobiegową, manualną skrzynią biegów. To prosty samochód.
Efekt? Auto, w którym przypuszczalnie nie ma co się zepsuć, a przy tym jest całkiem wygodne. Porządny prześwit (183 mm, o 43 więcej niż w bliźniaczym, bardziej miejskim Kia Rio) niby sugeruje, że napęd na cztery koła mógłby się przydać, ale… zejdźmy na ziemię. To auto niedrogie, które ma być nieskomplikowane. To też ciągle tylko niecałe 20 centymetrów. Jeśli nie zawiśniecie na polnej drodze, wystarczy napęd na przednią oś. Dlatego Kia Stonic to auto, które pokazuje, na czym polega sztuka kompromisu. Na nic się nie pręży. Jest dobre dlatego, że tego nie robi.

Spodoba się wielu
Zacząłem trochę od końca, ale chciałem to wszystko od razu wyrzucić z siebie wyraźnie zadowolony po tygodniu z tym autkiem. Nie znaczy to jednak, że Stonic to wybór tylko dla chłodno myślących. Przede wszystkim to auto ładne, które równie dobrze można kupić oczami. Nawet moja narzeczona, która twierdzi, że auto powinno być w kolorze czarnym albo… czarnym, uznała, że w tej czerwieni Stonicowi wyjątkowo do twarzy.
Poza tym samochód wygląda jak typowy, dobrze zrobiony crossover. Agresywny grill i światła, dużo przetłoczeń (ten fantazyjny słupek C!) oraz oczywiście solidna dawka ciemnych plastików w okolicy nadkoli, które mają podkreślać "terenowy" charakter crossovera. Ale jest ładnie.

W środku można za to poczuć, że Stonic to naprawdę podniesiony Rio. Deska rozdzielcza została z niego przeniesiona żywcem. Nie brakuje twardych plastików, ale całość jest ergonomiczna i robi przyjemne wrażenie. No i jest wygodnie (kierowca siedzi wysoko), w miarę także na tylnej kanapie. Choć w cztery dorosłe osoby to ja bym się osobiście nie wybrał, kanapa z tyłu jest raczej dla dzieci. Także dlatego, że bagażnik jest dość lichy. 352 litry to wynik dość mierny w tej klasie.
Jeździ dobrze i tanio
Ale nawet jeśli będzie ciasnawo, to na pewno kierowca będzie zadowolony, gdyż Stonic jak na crossovera ma zaskakująco precyzyjny układ kierowniczy. Autem jeździ się bardzo pewnie, a przy prędkości autostradowej samochód nie wpada w wibracje. Jest tylko trochę głośno, ale już tak zestrojona jest skrzynia biegów – na autostradzie 3500 obrotów na minutę to minimum.


Inna sprawa, że przy takich obrotach silnik w ogóle cokolwiek robi. Wolnossąca jednostka 1.4 (równe sto koni mechanicznych i niewiele więcej niutonometrów) osiągami przypomina raczej auta sprzed dekady albo i dalej. Ratuje go tylko niewielka masa własna, ale 12,6 sekundy do setki to wynik akceptowalny głównie w mieście, a i tak trzeba się wykazać spokojem. Żeby w trasie wyprzedzić tira, trzeba się mocno namachać lewarkiem. Na szczęście samochód się dobrze prowadzi, ale to już ustaliliśmy wcześniej.
Pocieszające jest za to spalanie. Na autostradach trzeba będzie przekraczać przepisy, żeby w ogóle zbliżyć się do ośmiu litrów na sto kilometrów. W mieście Stonic spali 8-9 litrów w zależności od stylu jazdy i czy często stoimy w korkach. Natomiast zejście poniżej sześciu litrów na drogach krajowych nie będzie żadnym wyzwaniem.

Stonic jest też dobrze wyposażony. Bazowa wersja M kosztuje (bez żadnych rabatów i promocji) prawie 61 tysięcy złotych, ale na pokładzie jest już manualna klimatyzacja, kolorowy, siedmiocalowy ekran czy cała masa systemów bezpieczeństwa. To niedrogo, zwłaszcza w połączeniu ze słynną, siedmioletnią gwarancją Kia. Testowany egzemplarz kosztuje z kolei niemal 80 tysięcy – ale nic mu nie brakuje. Jest nawet podgrzewana kierownica – w tej klasie to rzadkość.
Trwa ładowanie komentarzy...