Sąsiedzi zerkali bardziej niż na pięć razy droższe auta. Mój pierwszy raz z SsangYongiem – padło na Tivoli

SsangYong Tivoli to ciekawy i niebanalny wybór. Sąsiedzi na pewno będą zaintrygowani. Fot. naTemat
Jeżdżę naprawdę różnymi samochodami. Jednak rzadko który wzbudzał takie zainteresowania jak... no właśnie, co to? SsangYong Tivoli to moje pierwsze starcie z koreańską marką. Efekt? Ziemia się nie zatrzęsła, na Warszawę nie spadła żadna plaga egipska. Nic nie wybuchło, nic się nie zepsuło, w zasadzie to naprawdę ciekawy samochód. Choć niektóre rozwiązania są dość oryginalne.

Co to w ogóle jest?

SsangYong to wbrew pozorom marka z tradycjami. Firma została założona w Korei Południowej w 1954 roku. Początkowo (pod inną nazwą) koncern zajmował się budową aut terenowych. Ponad pół wieku później SsangYong robi "normalne" auta dla ludzi.
Nie jest zbyt popularny, design dopiero od niedawna robi się "normalny", bo jeszcze dziesięć lat temu ssangyongi w kwestiach urody mogły swobodnie stawać w szranki z fiatem multiplą. Ale to się zmieniło – na dużo lepiej. Marka może i dalej czasami budzi zaciekawienie lub po prostu drwiące uśmieszki, ale... gdzie kilkanaście lat temu były Hyundai oraz Kia, a gdzie są dzisiaj?

Czy ludzie się patrzą?

Tak, i to bardzo. Nawet w mojej redakcji są osoby, które nigdy nie zwróciły uwagi na żaden z samochodów, które testuję. Dodajmy, że czasami są to samochody droższe od mieszkania, które będę spłacał jeszcze przez wiele lat. Aż do teraz.
– To SsangYong? – zapytał mnie zaspany kolega z siostrzanego portalu InnPoland.pl.
– Tak – odpowiedziałem oschle, ale była 6:30 rano.
– Daj kluczyki, muszę zobaczyć – wypalił nagle.

I tak w kółko. Zerkali sąsiedzi, zagadywali koledzy. Ale to w sumie nic zaskakującego. SsangYongi na ulicach Warszawy są równie egzotyczne co mityczna czarna wołga. Ale nie chodzi nawet o to, że ten samochód źle się sprzedaje. Według danych, które mi udostępniono, w 2017 roku sprzedano w Polsce 198 Tivoli, w tym roku do maja 99 sztuk. Mało? W zeszłym roku choćby Volkswagenów Tiguanów sprzedano w Polsce 498, czyli raptem dwa i pół raza więcej. A jaka idzie za tą marką promocja. SsangYongów tak naprawdę nie widać na ulicach głównie dlatego, że... nikt ich raczej nie sprowadza używanych.
Niemniej jednak auto wielu osobom podobało się z zewnątrz, choć w moim odczuciu na karoserii tego crossovera jest zbyt wiele przetłoczeń, ogólnie jest dość przekombinowany. Taki "azjatycki". Niewiele tu klasycznego piękna, a przecież nazwa – Tivoli – zobowiązuje. Kto nie wie o co chodzi, niech sprawdzi w Wikipedii. Zaskakuje mikroskopijny grill na przednim zderzaku, ale zgodnie z panująca modą nie brakuje plastików na nadwoziu podkreślających "terenowy" charakter auta. Ogółem samochód może się podobać na zewnątrz.

Gorzej jest w środku. Połączenie jasnej tapicerki (i skóry, która ewidentnie szybko się niszczy, bo auto nie miało zbyt wielkiego przebiegu, a na jednym ze zdjęć niżej widać przetarcia) z ciemnymi plastikami przypomina hyundaie sprzed lat – razi zwłaszcza pomarańczowe podświetlenie panelu od klimatyzacji. Trochę też trudno połapać się w obsłudze, ale o tym trochę później. Na plus trzeba zaliczyć za to siedmiocalowy ekran multimedialny. Nawigacja uznanej marki TomTom to świetny dodatek.
W środku jest też dość wygodnie z przodu. Z tyłu wyższe osoby będą może nie będą najbardziej zadowolone, ale da się jechać. 423 litry pojemności bagażnika to dobry wynik.

Czy da się tym jeździć?

Jak najbardziej, choć dla wielu to będzie doznanie rodem z początku wieku. Co wcale nie musi być z drugiej strony wadą. Testowany model był wyposażony w wolnossący silnik benzynowy. 1,6 litra pojemności, 128 koni mechanicznych, niewiele większy moment obrotowy. Od zera do setki rozpędza się… jakąś wieczność. To nie brzmi zbyt uprzejmie, ale naprawdę Tivoli w tym aspekcie nie ma się czym szczególnie chwalić.
Nie powala także kultura pracy silnika. Żeby poruszać się w miarę dynamicznie, trzeba kręcić silnik do wysokich obrotów. Wtedy jednak jednostka zaczyna po prostu wyć. W połączeniu z nienajlepszym wyciszeniem wnętrza to zła wiadomość.


Ale są i zalety takiego rozwiązania. Jednostka najpewniej jest tak wytrzymała, jak w autach sprzed lat – czyt praktycznie niezniszczalna. Spalanie też jest odpowiednie. Na autostradzie wystarczy osiem litrów benzyny z hakiem, w mieście zmieścimy się poniżej dziesięciu litrów czy nawet dziewięciu litrów, jeśli mamy lekką nogę. W spokojnej trasie drogami krajowymi wystarczy sześć litrów. Testowany model był wyposażony w sześciobiegową manualną skrzynię biegów. Nic jej nie można zarzucić – poza tym, że była bardzo głośna. Wbijanie niektórych biegów było naprawdę odczuwalne.
Tivoli prowadzi się też nienajgorzej. Co ciekawe, kierowca może do własnych potrzeb dostosować pracę układu kierowniczego. W trybie Comfort kierownicą można kręcić jednym palcem, ale układ kierowniczy nie jest zbyt precyzyjny. W trybie Sport jest dokładnie odwrotnie, jest jeszcze pośredni tryb Normal.

Poza tym jest tak jak w typowym crossoverze. Dzięki powiększonemu prześwitowi można w miarę łatwo poruszać się po polnych drogach. Dodatkowo dostępny jest napęd 4x4, choć kosztuje 7 tys. zł.

Czy jest dobrze wyposażony?

SsangYong Tivoli może się wielu kojarzyć z nieskomplikowanym autem, ale lista opcji jest naprawdę długa. Poza wspomnianym napędem na cztery koła klient może zdecydować się na automatyczną skrzynię biegów AISIN.

Ponadto klient ma do wyboru cały szereg systemów bezpieczeństwa. Tivoli potrafi samo utrzymać się na swoim pasie, samo ostrzeże przed kolizją lub wręcz zahamuje. Dostępny jest też system rozpoznawania znaków drogowych czy nawet system aktywnej ochrony przed hamowaniem. Ze swojej strony mogę jeszcze dodać, że kamera cofania ma przyzwoitą jakość, ale tylko w odpowiednich warunkach oświetleniowych. W ciemnym garażu wychodzi ziarno, a pod światło… widać po prostu mało.
I na koniec wisienka na torcie: ja może w życiu wiele nie widziałem, ale gniazdo HDMI obok gniazda USB w konsoli centralnej to dość egzotyczne rozwiązanie. Niemniej jednak rodzinom z dziećmi może się przydać.

Czy to po prostu normalne auto?

W skrócie – tak. Ale do wielu rzeczy trzeba się przyzwyczaić. Choćby podgrzewane fotele (także kierownica!) obsługiwane są pokrętłem, choć najczęściej są to guziki. Z kolei klimatyzacja nie ma swojego pokrętła, tylko są guziki. Sporo rzeczy jest w tym samochodzie trochę na opak.
A jak już odkryłem, jak przeklikiwać się przez komputer pokładowy (co wcale łatwe nie było), znalazłem takie pola. Bez instrukcji w życiu nie dojdziecie, co one oznaczają.

Czy się opłaca?

No jasne, że tak – o ile oczywiście zgodzicie się na kilka kompromisów czy też po prostu pogodzicie się z pewnymi wadami. SsangYong nawet po doposażeniu jest trochę tańszy od rynkowej konkurencji. Najtaniej model z 2018 roku bez rabatów można mieć już za 57 tysięcy złotych. Czyli oferta jest atrakcyjna.
Modele najlepiej wyposażone będą kosztowały natomiast około 100 tysięcy złotych. To ciagle dobra cena. Tym bardziej, że SsangYong kusi pięcioletnią gwarancją.
Trwa ładowanie komentarzy...