Syfiarze, korposzczury, prostytutki. Kierowcy Ubera też oceniają klientów, nam zdradzili najgorsze typy

Kierowcy Ubera mają swoje zdanie o swoich pasażerach.
Kierowcy Ubera mają swoje zdanie o swoich pasażerach. Fot. Łukasz Głowała / Agencja Gazeta
O kierowcach Ubera powiedziano już wszystko. Że nie mówią dobrze po polsku, bo z Ukrainy, że nieuprzejmi, że kombinują jak naciągnąć klienta. I tak dalej, i tak dalej. Ale kierowcy także oceniają swoich klientów. I są wśród nich tacy, których szczerze nie znoszą.

Nie każdy o tym wie, ale w Uberze system ocen działa w dwie strony. Nie tylko klienci mogą oceniać kierowców, ale i kierowcy mogą oceniać klientów. Wystarczy rozwinąć boczne menu, żeby zobaczyć, co sądzą o nas kierowcy.

Mi osobiście do ideału trochę brakuje – mam ocenę 4,83. Są jednak wśród nas i tacy, którzy się proszą o nawet niższe oceny. A niektórym aż warto dać lepszą ocenę. Kierowcy Ubera wyjaśnili nam, kto jest kim.

Najgorsi klienci Ubera

Brudasy
Temat rzeka w Uberze. – Jednego razu facet, z którym jechałem, ściągnął swoje śmierdzące buciory i zaczął sobie pazury obcinać. Jak zwróciłem mu uwagę, to nie wiedział, o co mi chodzi – mówi Robert, który jeździ Uberem od 2,5 roku. – Do końca czerwca chcę zrezygnować. Właśnie z powodu pasażerów – dodaje.

Podobne przemyślenia ma Aleksander, młody chłopak, który w Uberze tylko dorabia. Na co dzień pracuje w korporacji. – Raz wsiada do mnie facet z jakimiś, ja nie wiem co to było, ale chyba gołąbkami. Jeszcze ciepłe, było czuć ich zapach. Nie pomyślał o tym, żeby je w coś zawinąć, jakąś torebkę czy coś. Wiedziałem, że to się źle skończy, ale on przekonywał mnie, że będzie inaczej – wspomina.

– Postawił je na gumowym dywaniku i oczywiście mu się wylały. Na szczęście łatwo było je umyć. Innym razem kurs zamówiła pani, ale od razu na wejściu mi powiedziała, że ona będzie chciała przewozić ryby, bo się jej skończyły. Niby zawinięte, zapakowane, ale i tak ubrudziły mi kanapę z tyłu. A wiadomo, jaki zapach ryby zostawiają... domyć tego nie mogłem – podkreśla.


Bardzo często pasażerowie proszą go też o możliwość wypicia w aucie piwa. – Raczej nie odmawiam, ale nawet jak ktoś się stara, to zawsze kilka kropli zostanie. A piwo też ma intensywny zapach – zwraca uwagę.
Pijacy
Z piwkiem łączy się kolejna znienawidzona kategoria – pijani. – Dlatego tak niechętnie jeżdżę w nocy, zwłaszcza w tygodniu. Tak naprawdę w dni powszednie w nocy nie ma za dużo ruchu ani w Uberze, ani na Taxify. Po prostu traci się czas. Staram się zjechać maksymalnie do północy – mówi Rafał, kolejny młody kierowca Ubera.

– Rzygający klienci to norma. Wszyscy kierowcy o tym mówią, choć akurat mnie to nie spotkało, bo staram się w nocy nie jeździć. Znajomy opowiadał mi, że raz odwoził taką parkę, gdzie facet trzymał swoją czapkę pod głową dziewczyny, gotowy na to, że w każdej chwili może zwrócić. Sam raz jechałem z panem, który dostał takiej czkawki pijackiej, jakby się miał zaraz udusić. Pytam go grzecznie, czy może się na chwilę zatrzymać, żeby spokojnie wysiadł, wziął oddech powietrza czy po prostu się wyrzygał jak człowiek. Ale nie, nie chciał. Ledwo dojechał do celu – wspomina.

Młode wilki z korporacji
Czyli po prostu korposzczury czy też ładniej – białe kołnierzyki. Mało która "grupa społeczna" w Uberze jest tak zadufana w sobie. – Powiem tak: to jest zwykła usługa. A niektórym wydaje się, że jak zostaną przewiezieni z punktu A do punktu B, to są już panami świata i w ogóle klękajcie narody – mówi Piotr, mężczyzna w średnim wieku. Na co dzień jest kierowcą Uber Select, czyli tego "trochę droższego" Ubera, więc pewnie wie, co mówi.

– Najgorszymi klientami to są te młode wilki z korporacji. Zawsze coś im się nie podoba. Stoi taki jeden obok pinezki, którą zaznaczył, i nie podejdzie kawałek, tylko dzwoni i się awanturuje. Nieważne, że on ma pięć kroków, a ja nie mam jak podjechać – dodaje w podobnym tonie Tomasz, kierowca Ubera w średnim wieku, około 50 lat.

– Brakuje im kultury. Wsiadają do samochodu i od razu gapią się w telefon. Ani dzień dobry, ani do widzenia, ani dziękuję. Ja nie wiem jak tak można. Im to się najczęściej zdarza – zauważa Aleksander.

Prostytutki
Do klienta przecież trzeba często jakoś dojechać, prawda? – Im też wiecznie coś nie pasuje, nawet nie chcę myśleć dlaczego. Raz dwie takie panie jechały i też podniosły krzyk, że nie podjechałem pod samą klatkę, tylko musiały trochę podejść – mówi Aleksander.

– Odpowiedziałem im, że jak to ma tak wyglądać, to w ogóle mogą nie wsiadać, a ja anuluję kurs. To się trochę uspokoiły. Na koniec trasy wszystko się zmieniło – dodaje. Aleksander wyjął ich wielkie torby z bagażnika, już miał się pożegnać. – A one nagle na mnie z wrzaskiem: "ty pie*****ny sku*****nie".

– Kiedyś jechałem z taką panią, chyba także lekkich obyczajów – mówi z kolei Tomek, który jako kierowca Ubera dorabia okazjonalnie. – Siadła z tyłu, ale pachniała tak mocno jakimiś strasznymi perfumami, że miałem dosłownie wrażenie, jakby siedziała na moich kolanach. Nagle zadzwoniła do niej jakaś koleżanka, chyba po fachu, i... zaczęła mówić o swoich klientach. Co robi, gdzie robi, z kim robi. Aż mi się niedobrze zrobiło – wspomina.

Najlepsi klienci Ubera

Kibice
– Po meczach Legii bardzo często odwożę kibiców do domu. Zarówno od razu po meczu, jak i kilka godzin później, kiedy są już po "świętowaniu" zwycięstwa. Nigdy nie ma z nimi problemu – mówi Tomasz.

Wbrew obiegowej opinii – bo przecież radiowozy jeżdżące za autobusami, które rozwożą kibiców, to obrazek znany w całej Polsce – Tomasz twierdzi, że zawsze są bardzo mili i uprzejmi. – Kulturalni. Czasem napiwek zostawią albo kilka piw na wieczór, a na dodatek rozwozi się ich po całym mieście, więc można zarobić – podkreśla.
Przyjezdne dziewczyny
– A najlepiej, żeby jeszcze były z Erasmusa – śmieje się z kolei Aleksander. – Są kontaktowe, można z nimi pogadać. Zawsze są miłe i otwarte, ale to też często wynika z tego, że nie bardzo wiedzą, gdzie jadą, gdzie się chcą dostać – dodaje.

– Jak się im wytłumaczy, gdzie są, co tu można zjeść, wypić, gdzie się zabawić, właściwie zawsze można liczyć na sowity napiwek. No i Ubera sobie bardzo chwalą. Bo mogą zamówić przez aplikację taką samą jak u siebie. A taksówkarze starzy i nie znają języków – kontynuuje.

Z drugiej strony raz się w takiej sytuacji przejechał. – Wsiadła raz dziewczyna, taka młoda, fajna. Akurat ta była Polką, ale nie w tym rzecz. Jedzie i widzę, że się patrzy bez namysłu w szybę. Mówię więc "co słychać". A ona głośno: "A NIC". I znowu w szybę.

Kierowcy
– Chyba tylko swój swego zrozumie. To znaczy taksówkarze wiadomo co o nas sądzą, ale inni ludzie nie mają z nami takich problemów. I zauważyłem taką prawidłowość: ci, którzy na co dzień nie prowadzą, potrafią się naprawdę pieklić. Że za wolno, że korek, że cokolwiek – opowiada Robert.

Co innego, jeśli ktoś jest czynnym kierowcą w Warszawie. Z takimi osobami jeździ się przyjemnie. – Ktoś po prostu musi gdzieś pojechać bez swojego samochodu czy coś wypił trochę i nie może prowadzić. Inna rozmowa jest. Nie denerwuje się na mnie, jedzie jak człowiek. Wie, że nie przeskoczę korków, że nie mogę jechać po buspasach. Czasami ktoś nawet podpowie jakiś ciekawy skrót – przyznaje.

Każdy kierowca liczy też na swój "złoty strzał". Czasami będzie to kurs za 100-200 złotych, a czasami... prawdziwa petarda. – Da pan wiarę, że kiedyś zgarnąłem klienta na Kabatach, był wieczór i jechaliśmy po jego kolegę do Marek. Potem powiedzieli, że chcą do centrum, ale... Wrocławia! Nie dowierzałem, ale zawiozłem ich tam, pobawili się ze 3 godziny w klubie nocnym, ja na nich czekałem i potem wróciliśmy. Rachunek wyszedł na kilka tysięcy złotych. Ale to już ludzie, którzy pieniędzy nie liczą i czymś takim chcą chyba komuś zrobić przyjemność. Przecież gdyby dogadał się ze mną bez aplikacji, to i za tysiąc bym go zawiózł, a oni zapłacili prawie pięć raz więcej – opowiada jeden z kierowców Ubera.
Trwa ładowanie komentarzy...