"Wzięliśmy już, co nasze, to po co nam w tej Unii zostawać". Zmiany w UE mogą mieć poważne skutki

Choć do rozmów szefów rządów Polski i Niemiec dochodzi dość często, o porozumienie trudno. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Gdy nad Wisłą wszyscy emocjonowali się meczem Polska - Senegal na piłkarskich mistrzostwach świata w Rosji, w zamku Meseberg w Brandenburgii zapadły decyzje daleko bardziej istotne dla naszej przyszłości. Tuż po tym jak z Niemiec po rozmowach z Angelą Merkel wyjechał Mateusz Morawiecki, pani kanclerz spotkała się z prezydentem Francji. Ich porozumienie ws. powołania wspólnego budżetu państw strefy euro to może być coś, na czym Polska straci bardzo wiele. I finansowo, i nie tylko – przyznaje w rozmowie z naTemat prof. ekonomii Dariusz Rosati, były minister spraw zagranicznych, później członek Rady Polityki Pieniężnej, a obecnie deputowany do Parlamentu Europejskiego z ramienia Platformy Obywatelskiej.

Wiele osób, oglądając mecz, nie zauważyło, że stało się wczoraj dla Polski coś, co może mieć istotne skutki...

Stało się. Oczywiście, że tak. Wprawdzie idea stworzenia budżetu państw strefy euro nie jest nowa, od dawna chciała tego Francja, ale do tej pory nie było przekonania ze strony niemieckiej. To jest budżet, który ma spełniać trzy funkcje: ma wspierać reformy strukturalne w krajach strefy euro, które wiążą się z dużymi kosztami; ma funkcję stabilizacyjną, czyli chodzi o pomoc, kiedy jakiś kraj wpadnie w finansowe tarapaty a po trzecie chodzi o wsparcie tych krajów, które chcą do strefy euro wstąpić.

To nie Polska. Przynajmniej nie dziś. Więc w jakim stopniu to porozumienie nas dotyczy?

Ale to jest jasne, że gdy w ogólnym budżecie wykrawa się oddzielny budżet dla strefy euro, to oczywiście on nie jest dla nas. Będzie zatem mniej pieniędzy i dla Polski, i dla innych krajów strefy euro. Przy czym praktycznie problem dotyczy zaledwie o trzech lub nawet tylko dwóch krajów.


W tej chwili poza strefą euro jest 9 państw UE.


Ale Wielka Brytania za chwilę opuści Unię. Po jej wyjściu zostanie wprawdzie kilka innych krajów z narodową walutą, jednak spośród nich Rumunia, Bułgaria i Chorwacja deklarują chęć wstąpienia do strefy euro jak najszybciej. Węgry oficjalnie też twierdzą, że chcą wstąpić. Pozostają zatem wyłącznie Czechy i Polska, których władze jako jedyne kategorycznie oświadczają, że do strefy euro się nie wybierają.


Zaraz, zaraz – Szwecja, Dania jakoś sobie radzą...

To są bardzo bogate kraje! Oczywiście, że one sobie radzą świetnie poza strefą euro, ale ponoszą przy tym olbrzymie koszty. Nota bene rządy tych państw euro przyjęłyby chętnie, przy czym nie byłoby na to zgody w referendum. My sobie zresztą też oczywiście bez euro poradzimy. Ale proszę spojrzeć na całość problemu i porównać sytuację – Szwecja czy Dania nie mają sąsiada, który atakuje kraje sąsiednie, nie potrzebują kapitału, którego braki odczuwamy my i - co też nie jest bez znaczenia - nie podpadają w UE w innych dziedzinach, jak choćby praworządność.

I tak oto dochodzimy do tego, że powstanie budżetu strefy euro oznacza skutki nie tylko ekonomiczne, ale i polityczne.

Oczywiście, że tak - powstanie oddzielnego budżetu strefy euro wprowadza kolejny element, który ją bardziej integruje. Większa solidarność finansowa jeszcze bardziej wiąże te kraje ze sobą, jeszcze bardziej nas zostawiając z boku. To utrwala naszą peryferyjność, jesteśmy poza głównym nurtem jeśli chodzi o polityczne związki.

I myśli Pan, że ta peryferyjność może przeszkadzać statystycznemu Kowalskiemu? To będzie dla niego jakoś odczuwalne?


Będzie odczuwalne, bo w wielu sprawach Polska nie będzie mogła liczyć na pomoc Unii Europejskiej. I jak wpadniemy w tarapaty finansowe, co nie jest wykluczone, patrząc na rozrzutną politykę rządu PiS, to z tego źródła pieniędzy nie dostaniemy. Wtedy będziemy pewnie mogli liczyć najwyżej na Międzynarodowy Fundusz Walutowy, ale to są pożyczki bardzo drogie i rygorystyczne.
Musimy sobie uświadomić, że będąc poza strefą euro ponosimy koszty. Ponad 30 mld zł rocznie tracimy na tym, że nie ma nas w strefie euro. To są koszty ponoszone przez nasze firmy z tytułu wymiany walut, zabezpieczenia się przed ryzykiem walutowym, kwestia wyższych stóp procentowych...

Przecież te 30 mld todla zwykłego obywatela to suma kompletnie abstrakcyjna.


Ale jak się podzieli tę sumę przez wszystkich Polaków, to każdy z nas płaci prawie 1 tys. zł rocznie z tego tytułu, że nie mamy euro.
Poza tym, powtórzę, po powstaniu budżetu strefy euro będzie mniej pieniędzy na pozostałe cele - politykę spójności, rolnictwo, itp. Choć od razu zaznaczę, że nie wpłynie to na wysokość dopłat bezpośrednich dla rolników. Ale na rozwój obszarów wiejskich można się spodziewać, że środków będzie mniej.

Czyli będzie mniej korzyści z członkostwa w UE. Nie obawia się Pan, że to może prowadzić w dalszej perspektywie do tego, że coraz więcej Polaków uzna, że skoro tych profitów jest coraz mniej, to czas na Polexit? Ruch Narodowy parę dni temu przyjął "Deklarację Niepodległości", w której stawia sobie za cel "wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej".


Ta propaganda w antyeuropejskich środowiskach już faktycznie jest obecna. Co jakiś czas słyszymy idiotyzmy w stylu "wzięliśmy już, co nasze, to po co nam w tej Unii zostawać". I może się tak zdarzyć, że te eurosceptyczne środowiska przekonają znaczną część elektoratu. Tak jak trzy lata temu udało się przekonać wiele osób, że Polska jest w runie i Platforma ukradła 300 mld. I tak jak w Wielkiej Brytanii udało się przekonać ludzi i demokratycznie podjęto nieracjonalną decyzję o wyjściu z Unii. Brexit jest decyzją ewidentnie sprzeczną z interesem Wielkiej Brytanii, ale klamka zapadła. Nikt nie powiedział, że narody podejmują racjonalne decyzje.

Myśli Pan, że odwołanie w ostaniej chwili spotkania prezydiów Sejmu i Bundestagu ma jakiś związek z niekorzystnym dla Polski porozumieniem Angeli Merkel z Emmanuelem Macronem w sprawie budżetu strefy euro?


Nie sądzę. Bardziej to wygląda na jakiś paniczny ruch marszałka Kuchcińskiego, który pod nieobecność prezesa Kaczyńskiego nie bardzo wie, o czym i jak rozmawiać ze stroną niemiecką, nie wie, czy ma podnosić np. kwestię reparacji wojennych, czy lepiej tego tematu nie ruszać. Jednak odwołanie spotkania na dzień przed to ruch tak fatalny, że ręce opadają.

Ostatnie lata to kompletna degrengolada w stosunkach międzynarodowych, a już zwłaszcza w stosunkach z Niemcami. Niemców można lubić, nie lubić, teraz można powiedzieć, że na Mundialu są to nasi towarzysze niedoli, ale mówiąc poważnie: to jest najważniejsze państwo w Unii! A jak się nie rozmawia, to nie ma szans na załatwienie jakichkolwiek spraw.
Trwa ładowanie komentarzy...