Grupa naTemat

W Polsce, czyli brzydko. Dlaczego patrzenie na polski krajobraz czasem boli?

Wjazdówki polskich miast rażą brzydotą i reklamowym bałaganem
Wjazdówki polskich miast rażą brzydotą i reklamowym bałaganem fot. Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta
"Polska jest niestety przeważnie brzydka - mówi Wojciech Smarzowski. Reżyser wchodzącej właśnie na ekrany "Drogówki" w wywiadzie dla "Przekroju" tłumaczy, że razi go wszechogarniająca brzydota polskiego krajobrazu. Samowole budowlane, kamienice i wjazdy do miast upstrzone tandetnymi banerami to typowa polska estetyka. Zima jeszcze bardziej potęguje tę szpetotę. Topniejący śnieg, kałuże i trawniki naszpikowane psimi odchodami to codzienność mieszkańców polskich miast. Otoczenie jest odbiciem charakteru kształtujących je ludzi. Czy więc Polakom brak jest poczucia estetyki, a odpychająca sceneria naszych miast i wsi przestała nas razić?

"Polska to piękny kraj" - to opinia, którą Polacy lubią powtarzać. Brzmi jak hasło z folderu reklamowego dla zagranicznych turystów. W wielu zagranicznych stacjach telewizyjnych można natknąć się na reklamy zachęcające do odwiedzania Polski. Chwalą one zalety polskiego krajobrazu. Pokazują piękno przyrody, oszałamiające zabytki, estetyczne ulice, po których spacerują uśmiechnięci ludzie. Kolorowe obrazki z promocyjnych filmików różnią się mocno od prawdziwego wyglądu polskich ulic. Polski krajobraz to zwykle budynki z nieotynkowanych pustaków, stawiane byle jak i byle gdzie. Elewacje kamienic przykrywają szyldy i wielkopowierzchniowe bannery. Nie lepiej jest na polskich przedmieściach. Przy wjazdach do miast ma miejsce prawdziwa reklamowa samowolka. Właściciele bannerów stawiają je, gdzie chcą.

Zobacz także: "Farby to nasze życie". Good Looking Studio - kreatywne połączenie street artu i reklamy [wywiad]

Polska zima tylko potęguje tę wszechogarniającą brzydotę. Zwały brudnego i topniejącego śniegu zalegają na ulicach. Spacer po nich przypomina przeprawę przez pole minowe. Na przechodniów czeka wiele przykrych niespodzianek; od utopienia butów w jednej z licznych kałuż po niekontrolowany poślizg na psich odchodach. - Na warszawskiej ulicy czuję się jak na froncie wschodnim - stwierdził dziś jeden z kolegów po tym, jak udało mu się dotrzeć do redakcji.



Na ten wszechogarniający bałagan i brzydotę zwraca uwagę Wojciech Smarzowski, reżyser wchodzącej właśnie na ekrany "Drogówki". - Polska jest ładna tylko wtedy, kiedy napada śniegu, kiedy opadnie mgła, albo wszędzie tam, gdzie nie ma ludzi. W innych okolicznościach jest przeważnie brzydka. Każdy buduje, jak chce i jak potrafi.(...) Brak wizji i brak architekta przestrzeni. Nie cieszy mnie to, tylko boli. Dlatego Polska wygląda tak w moich filmach - mówi w wywiadzie dla "Przekroju".

Smarzowski twierdzi, że polski bałagan i brak estetyki bywa dla niego inspirujący. Polska "Drogówki", "Wesela" czy "Domu złego" to kraj ponury, brudny i tandetny. Reżyser przyznaje, że taka rzeczywistość, choć twórczo inspirująca jest dla niego osobiście bolesna.

- Jak dzieci w klasie mają ściany w kolorze kupy, bo żółta farba jest najtańsza i najbardziej praktyczna, to uodparnia na brzydotę. Kulawa estetyka wpływa na te dzieci, które w dorosłym życiu nie dostrzegają tego, że wjazd do Warszawy przypomina upstrzony tablicami jarmark, a kostka bałma to szczyt marzeń każdego sołtysa. Brzydota pcha się do naszych głów.

Wojciech Smarzowski dla "Przekroju"


Wylotówki dużych miast to wręcz symbol estetycznego horroru. W maju 2012 r. firma Lotos ustawiła przy drodze wjazdowej do Gdańska banner o długości 200 metrów i wysokości 10 metrów. Nie lepiej jest w Zakopanem. Turyści wjeżdżający do górskiego kurortu mogą dostać oczopląsu od ustawionych przy drodze reklam. - Przez 40 km przedziera się pan przez dżunglę billboardów z reklamami wielkich firm, przez las pstrokatych tablic reklamujących jakieś drobne biznesy, namalowanych własnoręcznie przez szwagra z kolegą. Do tego co chwila jakieś dziwaczne konstrukcje, góra starych opon z napisem "Wulkanizacja" - czytamy w reportażu "Gazety Wyborczej" o reklamowym bałaganie pod Tatrami.



Wygląda więc na to, że Polacy przyzwyczaili się do szpetoty otoczenia, w którym przyszło im żyć. Czy wynika to z jakiegoś szczególnego braku gustu i poczucia estetyki? Specjaliści twierdzą, że Polacy nie wykształcili jeszcze poczucia odpowiedzialności i troski o wspólne otoczenie. Dba się o to, co jest własnością indywidualnej jednostki, a zapomina o tym, co należy do wszystkich. Powiedzenie "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie" wciąż bardzo mocno tkwi w polskiej świadomości. Czasy komunizmu też zrobiły swoje.

- Nie jesteśmy kulturowo przyzwyczajeni do dbania o estetykę - uważa dr Marek Borowiński, specjalista w dziedzinie psychologii kolorów. Jego zdaniem ten brak troski o wygląd otoczenia wynika właśnie z zaszłości poprzedniego systemu. Oduczył on Polaków dbania o dobro wspólne, a więc o wygląd wspólnej przestrzeni. - Każdy na swoim terenie stawia, co chce. Te reklamy są chaotyczne i nieczytelne dla oka. Właściciele tych nośników wciskają się między siebie, co jeszcze bardziej pogłębia chaos - mówi.

Według Borowińskiego nie można powiedzieć, że polski krajobraz jest brzydki, ale zwyczajnie nie dba się o to, co już jest. Piękne, zabytkowe kamienice z XIX wieku szpeci się szyldami, a ozdobne elewacje przysłania reklamami. Borowiecki zwraca też uwagę na inny problem. - Z przerażeniem obserwuję, jak budynki są malowane w jaskrawych kolorach niewspółgrających z otoczeniem - mówi. Dzieje się tak, ponieważ ich właściciele często wymuszają dobór kolorów na wykonawcy remontów. Wybierają taki, jaki pasuje ich poczuciu estetyki, a nie charakterowi otoczenia, w którym stoi budynek.

Zobacz także: Krzysztof Varga dla "Newsweeka": Większość narodu polskiego ma taki gust jak zespół Weekend

Chaos i estetyczny bałagan na polskich ulicach to nie tylko wynik specyficznego podejścia do estetyki, ale i wynik braku uregulowań prawnych.
- Jest tak brzydko, bo może być tak brzydko - mówi Aleksandra Stępień, prezes stowarzyszenia "Miasto Moje A W Nim". Dzieje się tak, gdyż polskie prawo nie reguluje w wystarczający sposób zagadnienia reklamy zewnętrznej. Problem jest rozbity pomiędzy kilkadziesiąt aktów prawnych, a sama definicja reklamy ujęta jest w ustawie o... drogach publicznych. W Warszawie miejscowe plany zagospodarowania przestrzeni, które w teorii powinny wystarczać dla właściwego ogarnięcia tej kwestii, potrafią być uchwalane 7 lat, a nawet dłużej.

Plan miejscowy ma też to do siebie, że nie wpływa na zastaną sytuację, ale może reagować tylko na to, co stanie się w przyszłości. - Co z tego, że ktoś ustali jakie w danym miejscu mają być szyldy, jak powinny wyglądać użytkowe partery domów, ile i jakie billboardy mogą znaleźć się w okolicy skoro narzędzia egzekucyjne są nieskuteczne a kary za łamanie prawa śmiesznie niskie - mówi Stępień. Już w latach 50. Mieczysław Jastrun pisał, że - jako społeczeństwo - mamy bardzo dużą świadomość własności prywatnej, ale niską świadomość własności wspólnej . - To niestety pokutuje. Ludzi bardzo trudno przekonać, że jeśli stawiają reklamę na własnym terenie, to nie dotyczy to tak naprawdę tylko ich posesji, ale działają w czymś, co nazwać można wspólną przestrzenią wizualną - przekonuje Stępień. Jej zdaniem tak samo ważna jak zabieganie o zmiany w prawie jest edukacja i próba uwrażliwienia ludzi, że są współgospodarzami przestrzeni. - Nic nie świadczy dobitniej o kulturze danego kraju jak właśnie estetyka przestrzeni publicznej - tłumaczy.

W latach 90. trochę popuściliśmy pasa. Po okresie szarej komuny pojawiły się kolorowe oznaki kapitalizmu. To na początku się nam podobało, ale później wymkneło się spod kontroli. Ciężko jest teraz ten proces zatrzymać.

Aleksandra Stępień, Stowarzyszenie "MiastoMojeAwNim"


Są jednak sposoby by nad bałaganem w przestrzeni publicznej jakoś zapanować. W 2010 r. Rada Miasta Krakowa przyjęła ustawę o utworzeniu Parku Kulturowego Stare Miasto. Według niej właściciele i zarządcy nieruchomości w historycznym centrum miasta musieli ograniczyć ilość wieszanych szyldów i tablic, uporządkować je, pozbyć się wielkoformatowych siatek wiszących na nieremontowanych kamienicach. Krakowski magistrat przekonuje, że dzięki takiemu rozwiązaniu liczba elementów zaśmiecających przestrzeń publiczną na krakowskim Starym Mieście zdecydowanie spadła.

Zdaniem Aleksandry Stępień krakowski pomysł jest dobry, jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów. - Park Kulturowy jest narzędziem, które wzięło się z ustawy o ochronie zabytków, a nie z przepisów o regulacji przestrzeni miejskiej. To świadczy o tym jak bardzo poszukamy jakichkolwiek metod, by móc tę przestrzeń uporządkować - mówi. Prezeska stowarzyszenia przyznaje, że park kulturowy jest narzędziem kuszącym, bo znacznie bardziej elastycznym niż prawo miejscowe (mimo że uchwalenie parku kulturowego wymaga, aby na tym samym terenie powstał wcześniej miejscowy plan zagospodarowania). Umożliwia "działanie wstecz", czyli pracę nad zastanym wizualnym chaosem. W swoim założeniu nie służy jednak regulacjom reklamy zewnętrznej a ma na celu lepszą ekspozycję zabytkowej architektury. Nie obejmuje on zresztą całego miasta, a tylko historyczną część śródmieścia.

Podobne rozwiązania zastosowano w innych miastach. W Poznaniu Miejska Pracownia Urbanistyczna pracuje nad dokumentem, który regulowałby kwestię szyldów i reklam w obrębie tamtejszego Starego Miasta. W Konstancinie-Jeziornej powołano się na ustawę uzdrowiskową, która też pozwala poprawiać wizualną jakość uzdrowiska, by bardziej przyciągało kuracjuszy i turystów. Stępień zaznacza jednak, że wciąż brak jest konkretnych, precyzyjnych narzędzi prawnych, które działałaby z taką samą mocą w całym kraju.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
ArchitekturaPolskaWarszawa
Skomentuj