Ben Helfgott, polski Żyd ocalały z Holocaustu, który wystąpił na igrzyskach: "W Polsce pokochałem sport i książki"

Ben Helfgott, polski Żyd ocalały z Holocaustu, dwukrotny olimpijczyk,
Ben Helfgott, polski Żyd ocalały z Holocaustu, dwukrotny olimpijczyk, vimeo.com
Jest jedynym Żydem ocalałym z Holocaustu, który wziął udział w igrzyskach olimpijskich. Wystartował dwukrotnie – w Melbourne w 1956 r. i w Rzymie w 1960. Podnoszenia ciężarów nauczył się... w parku, był kapitanem Anglików, polskim sportowcom przywoził czekoladę, uwielbiał książki Janusza Korczaka. – Z Polski wywiozłem dwie miłości: do nauki i sportu – mówi w pierwszym wywiadzie dla polskich mediów Ben Helfgott, Żyd z Piotrkowa Trybunalskiego, legenda Igrzysk Olimpijskich.

Takiej historii jak Pan, nie ma żaden inny sportowiec na świecie. Praca przymusowa, Holocaust, obozy koncentracyjne. A na koniec udział w Igrzyskach Olimpijskich, i to dwukrotnie. A pochodzi Pan z Piotrkowa Trybunalskiego.

Losy człowieka są pokręcone. Jak byłem mały, kochałem sport: grałem w piłkę nożną, ping-ponga, uprawiałem gimnastykę. Miałem kilka lat, byłem świetnym uczniem i świetnym sportowcem. Chodziłem do polskiej szkoły, czytałem książki Sienkiewicza, uwielbiałem Korczaka, kolegowałem się ze wszystkimi. To było cudowne dzieciństwo. A kilka lat później w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie nie tylko nie miałem siły biegać czy skakać, ale nawet chodzić. Wtedy chciałem tylko przeżyć.

Ta wola walki, wola przetrwania przydała się Panu w sporcie?

Od małego musiałem być twardy. W Piotrkowie, kiedy graliśmy w piłkę z kolegami, czasami Polacy przychodzili nas bić. Uciekaliśmy, a oni nas gonili. Pan wie dlaczego? „Zabiliście nam Boga” – tak krzyczeli. Później za okupacji pracowałem w wielkiej hucie szkła. I tam starsi pracownicy robili sobie ze mnie żarty. Eh, żeby to tylko śmiechy i wyzwiska były, ale oni mnie bili. Był majster, Janota się nazywał, i on na wszystko pozwalał. A później ten sam Janota uratował mi życie. To mnie zahartowało.

Co z tym Janotą?

Miał rozmowę z moim ojcem, który dał mu łapówkę. Bo tatuś miał pieniądze, był wspólnikiem w młynie parowym, szmuglował mąkę do getta. I jak Niemcy zaczęli zabierać do obozów, kiedy przyszli do huty w Piotrkowie, krzyknąłem, że jestem Polakiem. Janota przybiegł i mówi: „Polen, Polen!”. Zostawili mnie. Inaczej pewnie już byśmy nie rozmawiali.

Na Wyspy Brytyjskie trafił Pan zaraz po wojnie.

Rosjanie wyzwolili mnie z obozu koncentracyjnego Theresienstadt na terenie Czechosłowacji, już po zakończeniu wojny. Wtedy była taka organizacja niemieckich Żydów, która zabierała dzieci do Anglii. Pojechałem, bo co miałem zrobić? Praktycznie cała rodzina zginęła w Holocauście. Byłem sam. Zabrali nas tysiące.

W Anglii Pan odżył.

Zawieźli nas do miejscowości na północy Anglii w hrabstwie Kumbria, 80 kilometrów od Manchesteru. Pan wie, jak tam było pięknie? Cudownie. Raj na ziemi. Po roku zdałem maturę, aż o mnie i o koledze dyrektor szkoły napisał w kronice. Tam też zobaczyłem po raz pierwszy ciężary.

Który to był rok?

1948.

Zaczął Pan w parku Hampstead Heath.

Tak było! Razem z kolegami poszliśmy popływać. Idziemy więc sobie taką alejką, a tam na skwerku stoją młodzi mężczyźni i podnoszą ciężary. A Pan musi wiedzieć, że ja byłem bardzo silny, od małego. Nawet starsi koledzy mi nie dorównywali. No i zaproponowałem tym Anglikom, żeby dali mi spróbować.

A oni się zgodzili?

Gdzie tam. Ja byłem wygimnastykowany, szczuplutki, ale niski. I trener zapytał: „Czy podnosiłeś wcześniej takie ciężary?”. To mówię mu, że nie. „No to nie podniesiesz. Nie wezmę za ciebie odpowiedzialności. To jest 140 funtów [63,5 kg.]”. Ale nalegałem, nalegałem i w końcu ten pan się zdenerwował. „Chcesz, to bierz, ale to twoja sprawa”. Podszedłem i podniosłem. Bez żadnego problemu.

Szczęki im pewnie opadły.

Ten trener od razu mówi: „Kolego, ja ciebie biorę do drużyny. Będziesz u mnie trenował i będziesz bardzo dobry”. Z miejsca! Wolałem wtedy iść do klubu gimnastycznego, ale w Anglii była to kompletnie nieznana dyscyplina. No to poszedłem na ciężary.

Brytyjskie gazety pisały wtedy, że w Izraelu będzie zorganizowana Olimpiada Machabejska, czyli mistrzostwa świata żydowskich klubów sportowych Makabi.

My mówiliśmy na to Makabiada, bo większość uczestników to byli polscy Żydzi. Pierwsze zawody były w roku 1950. Pomyślałem więc, że pojadę. Pan pamięta, że ja wcześniej na takich zawodach nigdy nie byłem! Przyjechałem do Tel-Awiwu, a tam żar leje się z nieba. My nie byliśmy przyzwyczajeni do temperatur, jakie panują w Izraelu.

Ale i tak nie przeszkodziło to Panu wygrać.

W ciężarach można było wystartować w wyciskaniu, rwaniu i podnoszeniu. Ja wyciskałem. Ale… niewiele brakowało, a by mnie zdyskwalifikowali.

Co Pan przeskrobał?

Moja normalna waga wynosiła 154 funty [70 kg.]. A limit wagowy wynosił 148 i ¾ [ 67,5 kg]. No i problem. Co tu robić?

I co Pan zrobił?

Zacząłem biegać (śmiech). Zawody były w niedzielę, a ja o limicie wagowym dowiedziałem się kilka dni wcześniej. Był sierpień, a więc jak wspomniałem – piekielnie gorąco. Niedaleko naszego domu był stadion i zacząłem mocno ćwiczyć. Pchałem kulę, rzucałem dyskiem, biegałem po bieżni. Wszystko w największy upał! I zrzuciłem 6 funtów [2,3 kg]. Osłabiło mnie to trochę, ale wiedziałem, że wygram. I wygrałem.

W 1956 roku został Pan pierwszą, a jak się później okazało jedyną w historii Igrzysk osobą ocalałą z Holocaustu, który wystartowała w IO.

Na Igrzyskach byłem już cztery lata wcześniej, w 1952 roku, w Helsinkach.

Ale Pan nie wystartował.

Bo miałem operację. I wie Pan czego? Ślepej kiszki [wyrostek robaczkowy - przyp. red.]. Gdyby nie to, wystartowałbym i w Helsinkach. I tak zresztą pojechałem z kolegami z reprezentacji Anglii do Finlandii, tylko, że nie walczyłem w konkurencjach.

Start w Melbourne był dla Pana udany? Zajął Pan 12. miejsce. To dobry wynik?

Wtedy wycisnąłem 248 i ¾ funtów [112,5 kg.]. Wspaniały rekord. Ale mogło być lepiej, bo przecież jechałem na te Igrzyska jako wielokrotny mistrz Wielkiej Brytanii.

Spotykał Pan tam polskich sportowców?

Z Polakami trzymałem się wyjątkowo blisko i to przez cały czas. Z Anglii przywoziłem im zawsze jakieś upominki, czekoladę albo ubrania. Na każdych zawodach pytałem organizatorów: „Czy są już Polacy?”. A oni pytali o mnie.

I z kim się Pan wtedy najlepiej kolegował?

Ze wszystkimi. Problem większości olimpijczyków polegał na tym, że mówili tylko w swoim ojczystym języku. A ja mogłem porozumieć się z ośmioma nacjami: z Anglikami, Polakami i Żydami, ale także z Niemcami, Rosjanami, Czechami, Francuzami i Włochami.

To Pan był duszą towarzystwa.

I to jeszcze jaką! (śmiech) Miałem szczęście, że udało mi się nauczyć tych wszystkich języków. Jeden znałem ze szkoły, drugi z domu, trzeci z okupacji itd. Zazwyczaj byłem jednak w grupie polsko-czeskiej. Z biało-czerwonych ciężarowców świetnie pamiętam Jana Czepułkowskiego, Mariana Zielińskiego, Krzysztofa Becka. A z Czechosłowacji moim najlepszym kolegą był Emil Zátopek, biegacz, czterokrotny złoty medalista olimpijski, 18-krotny rekordzista świata.

Kiedy spotykają się młodzi, wysportowani ludzie, często jest wesoło. Było wspólne imprezowanie?

Na Igrzyskach zawsze jest wesoło, jest przyjemnie, ale Pan pamięta, jakie były wtedy czasy. Polacy byli pilnowani, żeby przypadkiem z reprezentantami tego złego Zachodu za dużo nie rozmawiali. A Ruscy to w ogóle... Polacy próbowali porozmawiać, pożartować, a Rosjanie nic a nic. Wszyscy obawiali się cokolwiek powiedzieć. Nie wiadomo było, czy w grupie nie ma jakiegoś, no wie Pan…

Donosiciela?

Tak.

A Pan wiedział, co kilka lat wcześniej działo się w Polsce? Że były sfałszowane wybory? Represje? Stalinizm?

Wiedziałem, ale nie pytałem o to moich polskich kolegów. Nie chciałem, żeby później mieli problemy.

W 1960 pojechał Pan do Rzymu.

W Rzymie byłem 16. Nie uwierzy Pan, jakie tam były upały. Gorsze niż w Izraelu. Byłem strasznie wyczerpany. Część z nas czekała na swoje podejście i cały czas ćwiczyła, żeby być rozgrzanym. Przez to straciliśmy siły. W Melbourne pogoda była idealna, warunki nadzwyczajne. Przyjechaliśmy tam dwa tygodnie przed Igrzyskami i mogłem spokojnie trenować. A do Rzymu wpadłem jak piorun. Ledwie kilka dni. Pogoda była całkowitym zaskoczeniem. Ale jedno muszę powiedzieć – miasto było cudowne.

12. i 16. miejsce na świecie to na pewno wielkie osiągnięcie, ale nie czuje Pan niedosytu? Już rok po Igrzyskach w Rzymie zakończył Pan karierę.

Wie Pan, ja trenowałem tylko trzy razy w tygodniu: w poniedziałek, w środę i w piątek wieczorem. Inni wyciskali całe dnie, ale ja musiałem pracować. Nie miałem rodziców, nie miałem znajomych i trzeba było się utrzymać. Byłem menadżerem w angielskiej firmie i, niestety, nie dało się łączyć sportu i pracy tak, jakbym sobie to wymarzył. Czasami między pracą a treningiem niczego nie jadłem, bo nie było kiedy! Nie miałem więc szans na wygranie Igrzysk.

Sukcesów jednak Panu nie brakowało.

Na Igrzyskach Olimpijskich byłem kapitanem drużyny. Siedem razy byłem mistrzem Wielkiej Brytanii, a w Igrzyskach Wspólnoty Brytyjskiej zająłem trzecie miejsce. Chyba nieźle jak na chłopaka, który całą wojnę musiał pracować w hucie szkła, prawda? Poza tym Rzym nie był moimi ostatnimi Igrzyskami.

Ostatnimi nie będzie też Londyn.

No, zobaczymy. Ale powie Panu, że przy Londynie to się napracowałem! Byłem także w Tokio, Meksyku, Monachium, w Montrealu. Widziałem na własne oczy największe sukcesy polskiego sportu. I szczerze życzę wam, żeby to się jeszcze powtórzyło. Chętnie powiem wtedy dwa słowa. Bo wie Pan, ja z Polski, z mojego domu, wyniosłem dwie miłości: do nauki i do sportu.

Rozmawiał: Sebastian Staszewski
Trwa ładowanie komentarzy...