Miesiąc bez mięsa. Jak zostałam wegetarianką na 30 dni

Przestałam jeść mięso na 30 dni
Przestałam jeść mięso na 30 dni Shutterstock
Byłam niedzielnym mięsożercą. Zbyt leniwym, żeby samodzielnie smażyć schabowe, ale chętnie goszczącym na nich u mamy. Na mojej kanapce lądowała czasem wędlina, a w ramach przekąski zdarzały się kabanosy. Postanowiłam na 30 dni zrezygnować z mięsa.

Od pewnego czasu chciałam zerwać z mięsem. A to, kiedy wędlina zaczynała śmierdzieć po dwóch dniach. A to, kiedy kątem oka zobaczyłam materiał o świniach, które do wielkich kadzi z wrzątkiem wrzucane były na żywca. A to, kiedy czytałam o tym, jak wygląda hodowla kurczaków (tych, którym obcina się pazury i dzioby, żeby się nie pozabijały zgniecione w mikroklatkach). Zawsze jednak zostawało to przekonanie, że mięso jest z jakiegoś powodu niezbędne w diecie (ech, te wieczne niedobory żelaza, kiedy próbujesz oddać krew).



Ośmielił mnie wywiad z Ulą Rzeszutek z magazynu "Vege". Opowiedziała mi o programie "Zostań wege na 30 dni", czyli newsletterze fundacji Viva!, który codziennie przychodzi na skrzynkę, pomagając w przetrwaniu miesiąca bez mięsa. Natychmiast się zapisałam. A od następnego poranka nastał czas kanapki z pesto (pierwszy pomysł na wegetariańskie śniadanie).

Nie jedząc mięsa zawsze miałam w domu:

- kaszę (gryczaną, jaglaną, kuskus),
- soczewicę,
- kilka puszek cieciorki,
- zmielony sezam,
- oliwę,
- olej ryżowy (do smażenia),
- pomidory z puszki,
- makaron razowy,
- suszone owoce,
- orzechy, pestki z dyni lub słonecznika, siemię lniane,
- jakieś owoce, jakieś warzywa (też mrożone),
- puszkę mleka kokosowego.


Z tych produktów można zrobić właściwie każdy posiłek - od śniadania do deseru. Wszystkie zajmują nie więcej niż 20 min (co przy pracy w naTemat ma kluczowe znaczenie ;)


Wsparcie
Jeśli czegoś nie ma na Facebooku, to nie ma tego wcale. Kiedy tylko ogłosiłam znajomym, że zamierzam nie jeść mięsa przez miesiąc, dostałam bardzo wiele komentarzy. Nie minęło dużo czasu, a na mojej ścianie pojawił się średnio wysmażony… stek. Ha ha. No naprawdę, dzięki.

Zaskoczyło mnie, jak dużo osób przyznało, że próbowało już wegetariańskiej diety, ale zrezygnowało z niej po krótkim czasie z bliżej nieokreślonych powodów ("wytrzymałem 16 dni", "próbowałem, ale jestem dzieckiem kultury konsumpcyjnej"). Nikt nie powiedział, że czuł się źle, nikt nie uznał, że jest niesmaczna. Czyżby więc największym wrogiem przyszłego wegetarianina miało być lenistwo?

Na szczęście wśród moich znajomych znalazła się silna i aktywna grupa wegetarian. Okazało się, że ich lajki nie są prostym polub - zapomnij. Kaśka pomogła postawić pierwsze kroki, podrzucając książkę "Poniedziałki bez mięs", dzięki której mogłam przestać jeść wspomniane wcześniej pesto (którego po dwóch dniach miałam serdecznie dość). Emilia, z którą jakoś nie po drodze było się spotkać przez pół roku znalazła czas i na kawę, i na przekazanie mi TORBY kuchennych poradników. A także wielu dobrych rad (na przykład tej, że wcale nie muszę lubić tofu - sera ze sfermentowanej soi).

Żywieniowo najbardziej pomogły mi jednak codzienne e-maile od fundacji Viva! Dzięki nim dowiedziałam się, że do zachowania zbilansowanej diety wystarczy tylko pamiętać, by codziennie jeść coś z każdej grupy produktów: pełne ziarna zbóż (czyli: ciemne pieczywo, ryż, kasze, razowy makaron), warzywa, owoce i to, o czym zwykle mięsożercy zapominają: rośliny strączkowe (fasola, soczewica, bób, cieciorka) oraz orzechy.

Wegetariańskie pierogi
Lubię gotować, więc po tym, jak z żalem oddałam z lodówki ostatnie dzwonka z łososia, dość szybko nauczyłam się robić: zupę z soczewicy, śniadaniowe koktajle, burgery z czerwonej fasoli. Kiedy przyniosłam je do pracy, nasz blog menadżer zdziwił się, że tak szybko skończyłam swój bezmięsny eksperyment. Pomylił je z mielonym.

Prawdziwe próby przyszły dopiero, kiedy ruszyłam się z domu. O ile w Warszawie wegetariańskie bary są coraz bardziej popularne, a menu w normalnych restauracjach zwykle zawierają przynajmniej kilka pozycji bez mięsa, poza nią jest zdecydowanie gorzej. W Gdańsku trafiliśmy do dwóch knajpek. Menu jednej z nich: zraziki z boczkiem, pieczone udko kurczaka, pieczarki faszerowane mięsem wieprzowym, wątróbka drobiowa z jabłkiem i cebulką, ozorki wieprzowe w sosie chrzanowym, cepeliny litewskie ze skwarkami, gołąbki w sosie pomidorowym… Możecie się śmiać, ale naprawdę ucieszyłam się z dostępnej tego dnia zupy szczawiowej.

W drugiej knajpie niby trochę lepiej: sałatka z fetą i pierogi ze szpinakiem. Wegetariańskie…


Dla wielu właścicieli knajp polski obiad równa się mięso. Ale w zasadzie nic w tym dziwnego, bo tak patrzy też przeciętny Polak. Przy okazji pracy nad tekstem z Dukli na Podkarpaciu robiłam zakupy w miejscowym sklepie. Na półce z warzywami leżały tylko nadpsute ogórki, pomidory i paczkowana kapusta kiszona. Dwie wielkie lady założone były mięsem w każdej postaci.

Zdrowie
Moją obserwację potwierdziła rozmowa z mamą:
– Chyba już zostanę tą wegetarianką.
– Zwariowałaś?! Jesteśmy ssakami! Potrzebujemy mięsa od czasu do czasu. (Tutaj nastąpiła tyrada z wyjaśnieniami, dlaczego).
– Mamo, a ty kiedy ostatnio jadłaś mięso?

Ha! Miałam ją.

Jej zdrowie może być koronnym dowodem na to, co robią z człowiekiem warzywa. Niespodziewanym epizodem w moim eksperymencie była jej choroba. Zdiagnozowano u niej wczesne stadia dwóch schorzeń, które połączone wykluczyły z diety praktycznie wszystko, co lubiła: od rosołu, przez całą gamę mięsa, białe pieczywo aż po winogrona. Oczywiście była absolutnie załamana, ale jako obawiający się o zdrowie pacjent, pokornie zaczęła jeść pięć razy dziennie, a w jej diecie pojawiły się: sałata, ogórki, pomidory, kiełki, jogurty, kasze (szczególnie to ostatnie było początkowo dramatem).

Po miesiącu dostałam telefon. Spodziewałam się fali żalu, ale mama była zachwycona. Nie dość, że wyniki się poprawiły, to schudła pięć kilo, nie czuje się zmęczona dłuższym spacerem, kiedy wraca z pracy wieczorem nie robi już wielkich kanapek, tylko michę zieleniny. Znacząco poprawił się komfort życia. Tego z pewnością nie dokonałaby sama tylko terapia lekami.

Śniadaniowy koktajl

- Szklanka mleka,
- Banan,
- Pół innego owocu,
- Dwie łyżki płatków owianych górskich
- Dwie łyżki siemienia lnianego,
- Dwie łyżki pestek (dynia, słonecznik) albo orzechów.

Płatki, siemię i pestki / orzechy mielę w młynku do kawy. Wrzucam do blendera z całą resztą, chwila miksowania i gotowe. Idealne na ściśnięty rano żołądek.


Jakość życia
Przypadek mojej mamy ujawnił zresztą jeszcze jedną wege - prawdę. Kiedy ktoś zaczyna myśleć o tym, co i jak je, siłą rzeczy zaczyna zmieniać też swój styl życia.
Kiedy chcesz zmienić dietę, nie ma siły, musisz znaleźć na to czas. Musisz zwolnić. Ograniczyć liczbę zadań. Zastanowić się. Czyli zrobić to, o czym marzysz nieustannie pracując. Myślisz też więcej o swoim zdrowiu, więc prawdopodobne, że zaczynasz uprawiać jakiś sport (ja, chwilę przed rozpoczęciem eksperymentu, zaczęłam biegać).

W książce "Jedz i biegaj" (która towarzyszyła mi przez ostatnich 30 dni) opisał to ultramaratończyk Scott Jurek. Pochodzący z tradycyjnej, mięsnej rodziny, szukał najlepszej diety dla siebie jako sportowca. Obserwując swoje osiągi i samopoczucie, stopniowo eliminował białko zwierzęce, aż w końcu pozostał po prostu przy warzywach. Robi z nich słodycze, naleśniki, pizzę. Wykorzystuje ich właściwości przeciwzapalne (koktajl zamiast ibuprofenu!) i odżywcze, produkując własnej roboty żele energetyczne.

Po 30 dniach bez mięsa nie zostałam oczywiście Scottem Jurkiem. Ale czuję się dobrze i żyję spokojniej. W święta przeszłam natomiast próbę mięsa. Choć wszystko było przygotowane z najwyższym kunsztem, półmisek wędlin już nie zachęcał. A w głównym daniu znacznie lepiej niż mięso wchodził podany do niego przepyszny jabłkowy mus.

Jak mus, to mus.
Przedłużam eksperyment o kolejnych 30 dni.


Dziś na obiad makaron razowy z pesto ze szpinakiem. Według przepisu:
Trwa ładowanie komentarzy...