Negocjator policyjny: Rasowy pies kryminalny nie idzie do nieba

Fot. Jakub Szymczuk
- Odbierałem odcięte ludzkie palce, kupowałem nagie zdjęcia jednej z czołowych twarzy popularnej telewizji, przekazywałem okup za ludzi - wspomina w rozmowie z naTemat Dariusz Loranty, były negocjator policyjny. Każdego roku ratował około 13 samobójców, z którymi prowadził wielogodzinne rozmowy na dachach, dźwigach i mostach. - Życie samobójcy jest bardzo ważne i cenne, ale jest coś ważniejszego - mówi były negocjator. Co ma na myśli?

Tęskni pan za pracą negocjatora?

Dariusz Loranty: Tęsknie. Praca negocjatora daje ogromny przypływ adrenaliny. Ludzie lubią chwile kontrolowanego stresu, i chyba ja też, a ta praca oprócz adrenalinki niosła jeszcze za sobą pewną misję. Lubiłem pracować zwłaszcza przy uprowadzeniach, gdy miałem realny wpływ na przebieg zdarzeń.

Z kim pan negocjował?

Pracę policyjnego negocjatora należy podzielić na dwa obszary. Pierwszym są samobójcy, a drugi to sprawy kryminalne. Negocjator kryminalny jest niezwykle pomocny przy wykrywaniu sprawcy, jest ważną częścią taktyki zwalczania przestępstwa. Natomiast praca przy samobójstwach jest bardzo niewdzięczna. Takie zdarzenie nazywamy manifestacyjną próbą samobójczą w miejscu publicznym. Najczęściej polega ona na zeskoczeniu z czegoś wysokiego.

Z czego?

Nigdy nie miałem samobójcy skaczącego z domku jednorodzinnego. Zawsze były to wysokie budynki wielorodzinne, bo samobójca chce mieć publiczność. W swojej karierze miałem dwa dźwigi, mosty kolejowe, przekaźniki. W Warszawie rzadko skacze się z kominów, a w innych częściach kraju są one bardzo popularne, bo po prostu są.

Dlaczego tak ważna dla samobójcy jest publiczność?

Ten czyn zawsze jest jakimś przekazem, próbą wykrzyczenia informacji. Na przykład "Jadźka mnie zdradziła i ja się teraz zabiję". Słowa samobójcy są pierwszym komunikatem dla negocjatora. Drugi komunikat, ważniejszy, trzeba odczytać z zachowania tej osoby. Czy jego zachowanie jest rzeczywistym stanem czy działaniem z premedytacją.

I to ma panu pomóc uratować tę osobę?

W tej pracy jest pewna perfidia. Życie samobójcy jest bardzo ważne i cenne, ale jest coś ważniejszego. Głównym zadaniem negocjatora jest to, aby przy okazji swojego czynu nie zabił innej osoby i generalnie nie zrobił nikomu krzywdy. Zdarzają się przypadki, że to desperat skacząc robi krzywdę innym, a sam przeżywa.

Czasem trzeba grać na granicy, albo nawet poniżej tej granicy, która warunkuje nasze zachowania społeczne. Jak ktoś chce się zabić, to głównym zadaniem negocjatora jest powstrzymanie go przynajmniej do czasu zabezpieczenia terenu, na którym jest zawsze wielu gapiów. Dopiero po tym zaczyna się praca nad tą osobą, mająca na celu zmianę jego zachowania.

Czyli co?

Gdy ktoś wchodzi na dach i grozi, że skoczy, tak naprawdę chce, aby go ktoś wysłuchał. To on decyduje, kim będzie ta osoba, z którą chce rozmawiać. Negocjator musi się wbić w jego emocje i relacje z otoczeniem. Do celu prowadzi skuteczna gra tymi emocjami. Dla ludzie, zwykłych gapiów, najważniejsze jest to, aby nie zniszczył nikomu samochodu, ba, wielokrotnie spotkałem się z okrutnością tłumu. Domagali się krwi, krzyczeli: skacz, skacz. Tłum stoi, mijają godziny i nic, więc ludzie domagają się reakcji. Zabezpieczenie miejsca zdarzenia to główne zadanie policji. Dopiero później zaczyna się walka o życie desperata.

Jak pan o nie walczy? Trzeba się z tą osobą "zaprzyjaźnić"?

Trzeba wejść w jego emocje. Aby to zrobić, trzeba stać się pośrednikiem między nim a "obiektem", który postawił go na krawędzi mostu. Może to być sprawa sercowa, ale i utrata pracy. Negocjator jest swego rodzaju przekaźnikiem relacji samobójcy z tym obiektem. Trzeba wyrobić w nim przekonanie, że negocjator jest właściwym odbiorcą tych relacji, choć sprawca zawsze oczekuje kogoś innego. Tego, przed kim chce się popisać albo pokazać, że jest ważny, ewentualnie kto przyczynił się do takiej desperacji.

A nie można sprowadzić na miejsce tej osoby? Na przykład żony czy męża? Albo pracodawcy?

Nie, tego się nie robi pod żadnym pozorem. Negocjator musi wejść w rolę tej osoby i wywołać wrażenie, że rozmowa z nim jest tak samo ważna, jak kimś, kto spowodował próbę samobójczą. Nie można sprowadzać osób, które wywołują tak duże emocje.

To zwiększy prawdopodobieństwo skoku?

Jakby ktoś nieopatrznie sprowadził na miejsce chłopaka dziewczyny chcącej popełnić samobójstwo, to trzy czwarte przypadków zakończyłoby się śmiercią. Ta osoba szuka poklasku i liczy, że ktoś ją wysłucha. A obecność bliskiej osoby sprawiłoby, że taki skoczek pomyśli sobie: zdradzałeś mnie? To ja ci teraz pokażę, co zrobię. Po prostu miał by możliwość pokazania swoich desperackich możliwości, miał by najważniejszego odbiorcę swojego komunikatu.

Czy te emocje udzielają się negocjatorowi?

Negocjator jest jak gąbka, którą potencjalny samobójca ma wyciskać. Przepłyną przez nią krew, łzy i emocje tej osoby. Oczywiście pod warunkiem, że się otworzy. Ciekawym zjawiskiem jest to, że negocjator może taką osobę ciągnąć ze sobą jak na sznurku. Gdy zacznie się przemieszczać po dachu, to skoczek idzie za nim. Będzie robiła to, co tylko negocjatorowi się podoba. Ale negocjator jest pozorną gąbką. Nie może sobie pozwolić na empatię. Nie ma nic gorszego, niż zrozumienie samobójcy. Wówczas negocjator stałby się jego rzecznikiem, a powinien być rzecznikiem publicznym. Na negocjatora nie mogą przejść emocje ze sprawcy sytuacji kryzysowej.

Czyli trzeba tą osobą manipulować. A kim są osoby które chcą się zabić?

Należy przyjąć trzy podstawowe typ sprawców takich czynów samobójczych. Chorzy psychicznie, zaburzeni emocjonalnie pod wpływem osobistej sytuacji kryzysowej i trzeci typ to premedant, czyli osoba działająca z premedytacją. Czyli ktoś, kto chce coś ugrać.

W przypadku samobójstwa pracuje się face to face. Fizyczność musi oddziaływać tonująco na sprawcę. Natomiast negocjator kryminalny często działa pod legendą, aby osoba sprawcy przestępstwa nie wiedziała, że ma do czynienia z negocjatorem. To takie działanie operacyjne maskujące osobę negocjatora, jakby ostatni etap przed pracą pod przykryciem.

Zajmował się pan także innymi przypadkami niż samobójstwa.

Tak, nawet częściej miałem styczność ze sprawami kryminalnymi. To sytuacje, gdy w danym przestępstwie musi nastąpić proces komunikacji między sprawcą a ofiarą. Są to na przykład uprowadzenia, wzięcia zakładnika, szantaż, wymuszenia rozbójnicze oraz groźby karalne. Odbierałem też odcięte ludzkie palce, kupowałem nagie zdjęcia jednej z czołowych twarzy popularnej telewizji, przekazywałem okupy za ludzi. Wydaje mi się, że byłem dobry w uprowadzeniach, a średni w samobójcach.

Ile osób nie udało się panu uratować
?

Wszystkich uratowałem. A raczej uratował je cały zespół ludzi, który w takich przypadkach pracuje. Miałem szczęście, bo trafiałem na ludzi, którzy nie do końca chcieli się zabić. Byłe jednak kilka przypadków, których celem było odebranie sobie życia. Na przykład mężczyzna, który zamiast córki zabił swoją żonę. Rozmawiałem z nim osiem godzin i on nawet na chwilę nie oderwał ode mnie wzroku. Najczęściej miałem jednak ludzi działających z premedytacją, którzy swoim czynem chcieli zaistnieć.

Czyli ile było tych osób?


Miałem kilkanaście samobójstw rocznie. Byli to głównie młodzi mężczyźni między 17 a 19 rokiem życia. Niedojrzali emocjonalnie. Choć często są to mężczyźni w okresie kryzysu wieku średniego.

Czy zdarza się, że uratowana osoba po jakimś czasie dziękuję panu, przychodzi z kwiatami?

Nie ma takiego zjawiska. Negocjator kończy swoją pracę po napisaniu raportu z wydarzenia. Jakaś forma kontaktu jest tylko w przypadku uprowadzenia, bo ma się inny kontakt z tą osobą.

Czy potencjalnego samobójcę można okłamać?

Często nie ma możliwości, aby mówić prawdę. To jeden wielki mit, że nie kłamiemy. Jest zasada, że jak się kłamie to tak, aby kłamstwo nie mogło wyjść na jaw. Był głośny przypadek, gdy samobójca zażyczył sobie, aby porozmawiać z dziennikarzem. Gdy na miejscu pojawił się negocjator udający dziennikarza ten zapytał go z jakiej jest redakcji, a później zapytał o adres. Negocjator nie znał adresu i został zdemaskowany.

Miał pan ciekawą i intrygującą pracę.

Niewątpliwie tak, chyba ciągle mi jej brakuje (ha, ha) dlatego .. w najbliższym czasie wyjdzie książka "Spowiedź Psa". Taka trochę autobiograficzna, gdzie poruszam dylematy moralne wynikające z tej specyficznej pracy. Robota każdego gliniarza, a tego kryminalnego psa szczególnie, "brudzi" człowieka. Pracując przy czyszczeniu przesiąkamy zapachami marginesu społecznego, jak chcesz coś dobrze robić to wyzbywasz się wrażliwości. Po pewnym czasie, gdy negocjujesz długo i często, to na dachu nie masz przed sobą człowieka z problemami. MASZ PROBLEM, KTÓRY MUSISZ ROZWIĄZAĆ. A jego koszty emocjonalne .. co to mnie obchodzi. Rasowy pies kryminalny nie idzie do nieba.

Czytaj także:


Zjeść kawałki ciała potrafi określona liczba dewiantów - mówi Jan Gołębiewski, autor ponad 50 profili [wywiad]

Zbrodnie sprzed lat nie przestają fascynować. Skąd bierze się magia przestępczego świata?
Trwa ładowanie komentarzy...