Roman Polański: Nie nakręcę nigdy filmu o Polsce. Chcę, by moje obrazy były dla wszystkich

Roman Polański w Warszawie
Roman Polański w Warszawie Fot. Jan Zamoyski/AG
- Żadnych pytań prywatnych - usłyszeliśmy, gdy umawialiśmy się na wywiad z Romanem Polańskim. Zgodziliśmy się, żeby do tej rozmowy doszło. W tym samym jednak czasie Polański udzielił jednak także innego wywiadu - dla Vanity Fair. W rozmowie z Jamesem Fox'em zrobił to, czego nie chciał w rozmowie z nami (i innymi polskimi mediami). Otworzył się na pytania o znaną sprawę gwałtu. Czas jest szczególny bo Samantha Geimer właśnie wydała książkę o swoim życiu. Odpowiedzi Polańskiego z wywiadu dla Vanity Fair umieściliśmy w naszej rozmowie w specjalnych wstawkach.

Kolejny raz udowadnia Pan, że polski reżyser jednak może mieć wyrafinowane poczucie humoru.

Każdy reżyser może je mieć... (śmiech)

Niektórzy dowodzą, że może, ale nie musi. A nawet jeśli ma, to czasem woli zachować je dla siebie.

To istotnie problem. Nie tylko w polskim kinie. Komedia staje się dziś coraz bardziej wulgarna i płaska. Znalezienie takiego tekstu jak "Wenus w futrze" było więc dla mnie wielkim odkryciem. Bo on jest inteligentny, błyskotliwy i pełen ciekawego humoru.

Akcja "Wenus w futrze" zamknięta jest na scenie maleńkiego teatru, tymczasem widz ma wrażenie, że wszystko dzieje się w ogromnej przestrzeni.

To było dla mnie bardzo ważne. Inaczej ten film byłby bardzo nudny. Możne nawet nie do zniesienia dla widza. Cała sztuka polegała właśnie na tym, by zrobić film na tak ograniczonej przestrzeni, a jednocześnie dać wrażenie, że z każdą sceną przekraczamy kolejne granice.
Trailer "Wenus w futrze"

A może Roman Polański postanowił zainspirować się legendarnym Teatrem Telewizji?

Absolutnie nie. Ewentualne podobieństwa to co najwyżej przypadek.

Polański dla "Vanity Fair"

- Niektórzy oskarżają mnie, że mam dusze uciekiniera. Uciekłem z krakowskiego getta, uciekłem z komunistycznej Polski, uciekłem przed wymiarem sprawiedliwości w USA. Może z getta też nie powinienem uciekać? Tak naprawdę myślałem, że gdybym został na całe życie w Polsce i pracował tylko w niej, to byłoby lepsze niż to co mnie spotkało, to przez co przeszedłem.

Łatwo mówić, że pracowałem i podróżowałem w tych wszystkich latach po wyjeździe z Kalifornii. Ale to był horror, koszmar, piekło. Miałem jakby miecz wiszący nad szyją. To był koszmar dowiedzieć się, że gdy wypuścili mnie z więzienia, to wcale nie był koniec. Byłem wreszcie wolny ale dowiedziałem się, że sędzia zmienił zdanie. I muszę wrócić do więzienia nie wiadomo na jak długo. Wiedziałem, że nie mogę na to pozwolić. Wtedy się zdecydowałem [uciec-red].


Kiedy w pańskich filmach pojawia się erotyka, na ekranie zwykle widzimy Emmanuelle Seigner. Co z zazdrością o żonę?

Zazdrością? Ja naprawdę nie jestem zazdrosny. Tak z natury. Poza tym nie mam także żadnych specjalnych powodów, by czuć zazdrość. Myślę, że w tym temacie u mnie wszystko jest bardzo w porządku...

Zazdrość nie jedno ma imię. Może warto jej poświęcić kolejny obraz?

W pewnym sensie o niej opowiadają "Gorzkie gody". Niewątpliwie jednak warto poświęcić uwagę szeroko pojętej zazdrości. Jest jej tak wiele w społeczeństwie. Szczególnie w kraju, w którym na co dzień żyję. Francuzi są strasznie zazdrośni.

Bardziej niż tak skłóceni dziś Polacy?

Wydaje mi się, że tak. Zazdrość jest ściśle związana z ludzką naturą, ale pewne nacje jednak silniej eksponują tę cechę niż inne.

Polański dla "Vanity Fair"

Polański powiedział amerykańskiemu magazynowi, że fala złości i nienawiści, która nastąpiła po zatrzymaniu mnie w Szwajcarii w 2009 roku była dużo gorsza niż reakcje na skazanie mnie w 1977 roku.

- W 77-mym było spokojnie. To co zdarzyło się w 2009 przypominało mi 1969 rok, zabójstwo Sharon Tate i to co nastąpiło później - powiedział reżyser przywołując oskarżenia z 1969, że Polański był w jakiś sposób odpowiedzialny za zabójstwo swojej żony S.Tate i jej przyjaciół przez gang Mansona.


Skoro mowa o Polsce i Polakach. Chciałby Pan stworzyć jeszcze obraz, który opowiadałby właśnie o nas?


Nie. Ani o Polakach, ani o Francuzach. Ja nie kręcę filmów dla określonej grupy. Staram się robić wręcz przeciwnie. Chcę, by moje filmy był dla wszystkich. Przed laty byłem w kinie w Bangkoku. Takim olbrzymim, na chyba tysiąc miejsc. Oglądałem tam film, który bawił publiczność w fenomenalny sposób. Wszyscy śmiali się, płakali. Wtedy zrozumiałem, jakim kino jest wspaniałym środkiem do przekazywania idei.

Pamięta pan, jaki to był film?

"Światła wielkiego miasta" z Charliem Chaplinem. Stary, niemy film. A tak niezwykle bawił i wzruszał publiczność, pochodzącą z zupełnie innej części świata, która oglądała go po wielu latach od chwili nakręcenia. To jest właśnie ta fenomenalna cecha kina, że może docierać naprawdę do wszystkich. Nie powinniśmy tego ograniczać.

"Wenus w futrze" to komedia, ale każdemu mężczyźnie, który widział już pański nowy film raczej nie jest do śmiechu. Ja zacząłem się nieco płci pięknej obawiać...

A to wcześniej się Pan kobiet nie bał?

Chciałem żyć złudzeniem, że nie ma czego.

Chyba więc lepiej czasem to złudzenie zachować. Jednak to tylko złudzenie...

Przed pokazem "Wenus w futrze" na niedawnym festiwalu w Gdyni mówił Pan, że to film stworzony dla kobiet. Jak wielki miały one wpływ na kształt tego obrazu?

Przede wszystkim główną rolę gra przecież Emmanuelle [Seigner - przyp. red.]. Jej kobiecość automatycznie ukształtowała zatem to, co robiliśmy na planie.

Zatem to bardziej hołd, czy poradnik postępowania z mężczyznami?

To po prostu materiał, który kobietom się podoba. Kino jest rozrywką. I to dla rozmaitego rodzaju publiczności. A w przypadku tego konkretnego filmu wydaje mi się, że publiczność żeńska liczniej dopisze w kinach niż męska. Chyba, że panie na siłę zaciągną na "Wenus w futrze" swoich mężów.

Obok rozrywki, mamy tu chyba do czynienia także z ważną lekcją dla mężczyzn.

Być może ten film rzeczywiście może dawać nowe spojrzenie na stosunki pomiędzy płciami.

W pańskim najnowszym obrazie dostrzegam trochę kolejną uniwersalną opowieść o ludzkiej naturze. Tym razem o tym, że gdzieś w każdym z nas tkwi odrobina perwersji.

Czy to próba sprowadzenia nas na specyficzną ścieżkę dalszej dyskusji? Mogę zapewnić, że nie było to w tym przypadku moim głównym celem. Natomiast od swego pierwszego filmu "Nóż w wodzie" zawsze poruszam przecież w jakiś sposób taką tematykę.

W Gdynii usłyszałem, że Roman Polański sięgnął po opowieść z wątkiem sado-maso, ponieważ jest zapotrzebowanie na ten temat po sukcesie głośnej powieści erotycznej "50 twarzy Greya". Tylko oprawa jest nieco bardziej gustowna...

Nigdy nie czytałem tej książki. Wątpię, czy jej temat kiedykolwiek mnie zainteresuje. Trudno więc uważać, że mój film jest odpowiedzią na jej popularność. Oryginalny materiał, który adaptowaliśmy powstał zresztą na długo nim "50 twarzy Greya" ujrzało światło dzienne. Nie sądzę, by autor tej sztuki mógł mieć więc jakieś odniesienie.

Leopold von Sacher-Masoch swoją powieścią szokował. Niektórych w zakłopotanie wprawił jeszcze David Ives wystawiając swoją "Wenus w futrze" na Broadwayu. Kogokolwiek może zszokować jeszcze pański film?

Zarówno spektakl, jak i mój film są satyrą na tego typu zwyczaje. A przede wszystkim na powieść Sachera-Masocha. Dlatego starałem się, by "Wenus w futrze" była jak najbardziej sarkastycznym obrazem tego rodzaju upodobań.

Trwa ładowanie komentarzy...