Karolina Kukiełka pracowała na Wall Street, dzisiaj ma własną firmę pościelową. "W Nowym Jorku była tylko praca i praca"

Karolina Kukiełka najpierw pracowała w wielkiej finansjerze na Wall Street, ale potem zapragnęła założyć swój biznes w... Niemczech, a nie Polsce.
Karolina Kukiełka najpierw pracowała w wielkiej finansjerze na Wall Street, ale potem zapragnęła założyć swój biznes w... Niemczech, a nie Polsce. Fot. Karolina Kukiełka
Karolina Kukiełka kiedyś pracowała w jednym z największych banków na świecie, w bankowości inwestycyjnej – tam, gdzie decyzje o miliardach dolarów są na porządku dziennym. W Polsce mieszkała prawie całe swoje życie, wyjechała dopiero na studia – do Danii. Zaczęła pracować już wtedy, w końcu trafiła do bankowości. Dzisiaj zaś sprzedaje... pościele w Berlinie. Nam opowiada m.in. dlaczego tam, a nie w Warszawie i jak wygląda praca na Wall Street.

Pracowała pani m.in. na Wall Street. Wielu młodym Polakom jawi się to jako szczyt marzeń: luksusy, imprezy, pieniądze... A jak jest naprawdę?

Karolina Kukiełka: Do Nowego Jorku zostałam przeniesiona w banku na kilka miesięcy. I już po kilku miesiącach wiedziałam, że chcę wracać do Niemiec i tam otwierać swój biznes. Powiedziałam panu, że nie mogę wysłać swoich zdjęć z tamtego okresu, bo ich nie mam. Była tylko praca, praca i praca.

Musiała pani, jak wielu finansistów, pracować po nocach?

Ja akurat nie. Ale jeżeli ktoś robił w finansach korporacyjnych, to tam często pracują nocami. Tak jak ten student, który niedawno zmarł z przepracowania. Oni to robią po to, żeby następnego dnia ktoś mógł odpisać na ich maile, wykorzystać prezentacje, zrobić analizę na podstawie zebranych przez nich danych...

Ja z kolei pracowałam na rynkach kapitałowych, gdzie startuje się razem z giełdą, więc dość wcześnie rano. Kończyliśmy wieczorem, bo chociaż sesja zamykała się po południu, to zawsze po zamknięciu trzeba było robić analizy, wysyłać maile i tak dalej. Obie specjalizacje trudno porównać, bo w rynkach kapitałowych tempo pracy jest o wiele szybsze. W finansach korporacyjnych pracuje się po nocach, ale ma się całą noc. W rynkach zaś często ma się ułamek sekundy na podjęcie decyzji.


Lubiła pani swoją pracę?

Tak, to jest bardzo ekscytujące zajęcie, chociaż też bardzo stresujące. Ja zaczęłam jeszcze przed kryzysem. Wtedy w bankowości i finansach było ciekawiej, biorąc pod uwagę charakter mojej pracy, przed kryzysem oferowano bardziej skomplikowane produkty i instrumenty finansowe.

Ja akurat zajmowałam się tzw. derywatywami, które były tworzone przede wszystkim dla klientów indywidualnych. Często niosły ze sobą duże ryzyko, których banki później, po wybuchu kryzysu, się pozbywały. Było to bardzo skomplikowane, handlowanie takimi produktami niosło ze sobą ogromne ryzyko, ale było na pewno ekscytujące. Później, gdy kryzys już wybuchł, musiałam zajmować się prostszymi produktami takimi jak obligacje. W Nowym Jorku zaś pracowałam przy Forexie i w kredytach.

Derywatywy?

Instrument pochodny, derywat (ang. derivatives, tłumaczenie „derywatywy” nie przyjęło się, w powszechnym użyciu są „derywaty”) – rodzaj instrumentu finansowego, który uzależniony jest od instrumentu bazowego. Cechą charakterystyczną instrumentów pochodnych jest to, że dotyczą przyszłej daty i przyszłej ceny, ponieważ zawierane są wcześniej. Instrumentem bazowym mogą być akcje, obligacje, wysokość stopy procentowej, wartość indeksu giełdowego, a także tak nietypowe wskaźniki jak liczba dni słonecznych, wielkość opadu śniegu, czy deszczu – derywaty pogodowe. CZYTAJ WIĘCEJ


za Wikipedią

Brzmi to tak, jak by miała pani bardzo mało czasu na życie prywatne...

To prawda, tak było. Pracując we Frankfurcie często jeździłam do Londynu, gdzie była główna siedziba firmy. Czasem jeździłam tam na tydzień, ale częściej na jeden dzień. I wyglądało to tak, że człowiek wstaje rano, wychodzi z domu, leci tam, pracuje, wieczorem łapie jakikolwiek samolot powrotny i nie ma już czasu na nic więcej.

Jeśli chodzi o życie prywatne, to mój chłopak też pracował w banku, oboje robiliśmy na takich samych, wysokich obrotach. I oboje zrezygnowaliśmy.

Z powodu braku czasu?

Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że poświęcam pracy bardzo dużo czasu i ten sam czas, równie dobrze, mogę spędzać pracując dla siebie, a nie dla kogoś. To była moja osobista decyzja, nie miała związku z branżą, w której pracowałam. Po prostu chciałam spróbować czegoś innego. Szczerze mówiąc, nawet trochę brakuje mi bankowości, szczególnie ludzi. Pracują w niej bardzo inteligentne osoby, żeby się tam w ogóle dostać trzeba przejść ostrą selekcję.

A dzisiaj produkuje pani w Berlinie pościel na indywidualne zamówienie. Skąd taki pomysł na biznes? To było marzenie, czy może np. miała pani w tej branży już jakieś kontakty?

Nie miałam żadnych znajomości. Po prostu nie mogłam znaleźć produktu dla siebie. Z pościelą to było tak: studia kończyłam w Danii, potem przyjechałam do Frankfurtu, miałam poduszki i kołdrę z innego kraju. Każdy kraj ma swoje standardy, jeśli chodzi o pościel. W Niemczech nic mi nie pasowało. Mam poduszki duńskie, 60x60, a w Niemczech standardem jest 80x80. Więc by uszyć taką pościel, szłam do krawca i czekałam 3 miesiące, a kosztowało to dużo pieniędzy. Ewentualnie kupowałam za duże i oddawałam do poprawek.

To mnie męczyło i stwierdziłam, że skoro tego nie ma, to ja się tym zajmę. Produkt niszowy, ale jak dla mnie ekscytujący. Wydaje mi się, że firmy, które osiągają sukcesy, powstają z pasji, z chęci ulepszenia czegoś. Tak powstała moja "Evencki" – chciałam stworzyć produkt, który nie tylko rozwiąże problemy, ale przywróci wartość dobrego rzemiosła.


I jak sobie Pani radzi?

Firmę założyłam rok temu, ale by zdobyć kontakty, odpowiednich dostawców i zaprojektować stronę, trzeba jeździć na targi, a te są raz w roku. Jeździłam więc do Paryża, Mediolanu, Frankfurtu, tam spotkałam dostawców z Włoch. To są tkalnie, które produkują jeden z najlepszych materiałów na rynku. Zdecydowałam, że moja marka będzie wspierać europejski przemysł.

Nie chciała pani zatrudniać firm z Bangladeszu, w których niemal niewolniczo pracują dzieci?

Absolutnie nie chcę tego robić. Na początku, gdy szukałam dostawców, rozmawiałam z paroma firmami z Danii, które są w stanie oferować mi odpowiednią jakość. W rozmowie wyszło, że zatrudniają dzieci w fabrykach. I to jest takie tłumaczenie, że gdyby nie my, to dzieci byłyby na ulicy. Ale z drugiej strony nie chcę wspierać sytuacji, w której dziecko jest w fabryce i ciężko pracuje za 20 dolarów miesięcznie. Wolę współpracować z dorosłymi, którzy mają kwalifikacje. Może ta pościel jest przez to droższa, ale mam świadomość, że nikt na tym nie cierpi.

Poza tym, chcę mieć rzemiosło obok siebie, ludzi których mogę kontrolować w kwestii jakości. Dla mnie to luksus, że mogę pójść i zobaczyć produkcję, zmienić coś jeśli jest potrzeba. Tym bardziej, że każde zamówienie to produkcja indywidualna, więc dla mnie ważne jest, by do krawcowej móc dojechać, porozmawiać, wytłumaczyć jak ma wyglądać finalny produkt.

Tak niszowy biznes cieszy się popularnością?

Moja nowa strona działa dopiero od miesiąca, ale tak, mamy zamówienia, nie tylko z Niemiec. Było kilka z Polski, co zabawne – na rozmiary niemieckie. Było też parę zamówień ze Szwajcarii, gdzie w kwestii rozmiarów jest prawdziwe pomieszanie z poplątaniem.

Kto u Pani kupuje? Indywidualnie zamawiana pościel wydaje się być bardzo ekskluzywnym towarem.

Moi klienci to ludzie międzynarodowi, którzy zmieniają kraj pobytu, przyjeżdżają ze swoimi poduszkami, kołdrami i mają problem, bo nie mogą dopasować pościeli. Co kraj to inne rozmiary, a przecież ludzie są coraz bardziej mobilni. Dzisiaj to, co robię to nisza, ale myślę, że za kilka lat wiele firm z masowej produkcji pościeli przejdzie na bardziej indywidualny model. Tym bardziej, że to stracony czas – chodzić po sklepach i szukać pościeli, skoro można ją pod wymiar zamówić w internecie.


Czyli biznes idzie całkiem dobrze, więc muszę zapytać: spędziła pani większość życia w Polsce... Dlaczego tam, a nie tutaj? Czemu Berlin, a nie Warszawa?

Jest prościej prowadzić biznes. Nie jestem ekspertem w kwestii tego, co jest wymagane w Polsce. W Niemczech świetnie to działa, jest ten system jednego okienka.

W Polsce też jest, tylko papierów więcej do wypełnienia.

No właśnie, a tu wypełniam jeden formularz, płacę 30 euro, zgłaszam się do urzędu i po 2-3 tygodniach firma jest założona i zarejestrowana. To naprawdę proste. W Polsce jest to zbyt biurokratyczne i głównie to mnie odrzuciło od robienia tam biznesu.
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj