"Turnus mija, a ja niczyja", czyli jak bawią się kuracjusze w polskich sanatoriach

Pobyt w sanatorium to dla wielu [url=http://tinyurl.com/m8f9jbg] osób[/url] okazja do romansu.
Pobyt w sanatorium to dla wielu osób okazja do romansu. Fot. Shutterstock
– Myli się ten, kto chciałby kawkę i ciasteczko. Tu się wyłącznie pije. Panowie od godziny 16 w towarzystwie dam sanatoryjnych raczą swoje podniebienia, niby kojąc rozstanie z rodziną, a potem w tańcu sieją zapach nieprzetrawionego alkoholu – mówi jedna z kuracjuszek popularnego ciechocińskiego sanatorium. Jakie są zatem realia i co tak naprawdę dzieje się w polskich sanatoriach? Czy kuracjuszom bliżej do butelki wódki i łóżkowych igraszek niż do gabinetu lekarza?

Spożywanie alkoholu powyżej 18% na terenie sanatoriów jest niezgodne z prawem – do takiego wniosku doszedł Naczelny Sąd Administracyjny już w marcu 2013 roku. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości co prawda nie mówi jednoznacznie, że sprzedaż wysokoprocentowych napojów alkoholowych w sanatoriach jest zakazana, ale NSA doszedł do takiej konkluzji.



Wszystko zaczęło się od tego, że dyrektor jednego z sanatoriów zwrócił się do urzędników o cofnięcie zezwolenia na sprzedaż alkoholu dzierżawcy kawiarni. Sprawy nie załatwił, ale uruchomił procedurę odwoławczą, która swój finał miała w NSA. Wyrok jest prawomocny, a dzierżawcy sanatoryjnych lokali, w których dotychczas można było kupić alkohol załamują ręce, ponieważ decyzja sądu uderza bezpośrednio w kawiarnie, restauracje i bary, funkcjonujące na terenie ośrodków uzdrowiskowych.

Wszystko wskazuje jednak na to, że wyrok NSA nie rozwiązał dotychczasowych problemów alkoholizacji wśród skorych do zabawy kuracjuszy. Nie od dziś bowiem wiadomo, że czterdziesto i pięćdziesięciolatkowie w pogoni za zdrowiem uciekają od szarej rzeczywistości, a często także od … małżonka.

Jak pan Heniu z Panią Kazią...
Nieustające libacje, tańce do rana i zabawa, jakiej nie powstydziliby się nawet najwytrwalsi młodzi imprezowicze. Sędziwy wiek i towarzyszące mu dolegliwości nie stają na przeszkodzie przed skorzystaniem z okazji do dobrej zabawy. Jakże w błędzie są ci, którzy myślą że starsi przyjeżdżają do sanatoriów wyłącznie po zdrowie. Po części zapewne tak, bo generalizować nie wypada, ale… no właśnie. Gdzie jest to "ale" ?

Pani Danuta swojego nazwiska nie chce ujawnić. Do opowieści o historiach sanatoryjnych jest jednak bardzo skłonna. Była kuracjuszką kilku polskich ośrodków uzdrowiskowych i jak sama przyznaje, tańce, hulanki i swawole to tam chleb powszedni. – Zakaz spożywania alkoholu? Proszę Pani, to są chyba jakieś żarty. W barach półki wręcz uginają się od mocnego alkoholu. Picie wódki wieczorami to wręcz rytuał wśród kuracjuszy płci męskiej. Chociaż muszę przyznać, że często i panie lubią zajrzeć do kieliszka – mówi.

W sanatoryjnych kuluarach oprócz przysłowiowego "grzdyla" nie brak również osobliwych rytuałów związanych z piciem alkoholu. – W karty na wódkę grają, kto przegrywa ten pije. A wieczorem, przed potańcówką modny jest tzw. "senny na spojenie łonowe", kieliszek wódki ku pokrzepieniu… No, sama Pani wie - konkluduje pani Danuta.

Oczywiście są i tacy, którzy nie piją. – Przyjeżdżają do ośrodka w celach zdrowotnych, chodzą na zabiegi, odpoczywają. Ale tak czy siak, po pobycie w Ciechocinku miałam wrażenie, że sanatoria to w większości burdele w wydaniu ambulatoryjnym. Sama nie raz byłam ukradkiem łapana za rączkę, "kuszona" nieprzyzwoitymi słowami – mówi.

Do sanatoriów uciekają bowiem żony od mężów i mężowie od żon. Często pod pretekstem leczenia dolegliwości robią sobie dwa tygodnie "kawalerskiego" lub "panieńskiego" życia, wolnego od zobowiązań, przymusów i powinności. Ośrodki uzdrowiskowe leczą nie tylko ciała, lecz także dusze kuracjuszy. Niezobowiązujący seks z anonimowym panem po pięćdziesiątce tuż po wieczorku zapoznawczym, to już przecież kuracja sama w sobie. Dni sanatoryjne płyną spokojnie. Najpierw zabiegi, później spacer z papieroskiem po parku. Na kaca zaś łyk siarkowej wody ze źródła leczniczego o wdzięcznych nazwach. Dla panów "Jan", dla pań "Helena".

Turnus mija, a ja niczyja
Internetowe fora również nie pozostawiają na kuracjuszach suchej nitki. "Turnus mija, a ja niczyja" to zdaniem internautów kwintesencja leczenia sanatoryjnego, nazywanego także krzakoterapią, bo uzdrawiają nie tyle medyczne zabiegi, co błysk w oku pana Zdzisia.

– Potrafię cały dzień spędzić w sanatorium i jego parku podsłuchując rozmowy kuracjuszy – pisze jeden z internautów. – Te zachrypnięte rozmowy pięćdziesięcioletnich podrywaczy w parku Strażackim w Kudowie, z kubkiem śmierdzącej wody "Moniuszko" gaszących kaca po dzikiej nocy. Te panie w kawiarni pięknego budynku art-deco w Szczawnicy czekające na panów z "piętnastki", lub wesołe towarzystwo wdychające unikalny mikroklimat Piwnicznej poprzez dwie paczki papierosów dziennie plus piwko i wódeczka – ironizuje.

– W każdym sanatorium się pije, ba, pije się ostro. Powód zawsze się znajdzie: dla dobrego samopoczucia, na kaca, dla kurażu – wymienia nam pani Anna. – Wieczorami w grupach, które na ogół tworzą się po kilku dniach od rozpoczęcia turnusu, organizuje się imprezy. Jedni biegną na balety, inni z oszczędności kupują alkohol w sklepach i piją w pokoju. Ilości alkoholu jakie spożywają są zastraszające – przekonuje była pacjentka jednego z polskich sanatoriów.

Zupełnie innego zdania na temat ośrodków uzdrowiskowych jest pani Maria. Była kuracjuszka sanatorium w Busku-Zdroju twierdzi, że z alkoholizacją się nie spotkała. – Nie zgodzę się z twierdzeniem, że w ośrodkach uzdrowiskowych problem picia alkoholu jest szczególnie widoczny. Podczas mojego pobytu tylko raz widziałam mężczyznę pod wpływem, ale został on szybko doprowadzony do ładu przez obsługę sanatorium – mówi z przekonaniem.

Podobnie wypowiada się na temat wieczornych potańcówek. – Mężczyźni są uprzejmi i sympatyczni. Nie zauważyłam żeby ktoś kogoś podrywał, sama również niczego podobnego nie doświadczyłam. Podczas wieczornych dancingów kuracjusze bawią się w sposób kulturalny i spokojny, a zabawa kończy się przed 22 – mówi.

Gdy jednak pytam ją o zdanie w kwestii niepokornych kuracjuszy, pani Maria nie ma wątpliwości. – Ci, którzy płacą 100% ceny za pobyt, niech robią co chcą, w końcu są dorośli i odpowiedzialni sami za siebie. Co innego ci, którzy kierowani są przez NFZ, a szczególnie na leczenie poszpitalne. Jedna lampka wina, czy kieliszek wódki może być lekiem, ale picie na umór, że nogi idą w… powinno być zabronione i skutkować albo usunięciem takiego delikwenta, albo stuprocentową odpłatność za pobyt – konkluduje.

Kuracjuszu, wytrzeźwiej!
Realia są jednak mniej optymistyczne. Wyniki badania przeprowadzonego przez seksuologa prof. Zbigniewa Izdebskiego wykazały, że co siódmy wypoczywający w sanatorium pacjent nawiązuje intymne kontakty ze świeżo poznanymi uczestnikami turnusu. Zdaniem profesora życie towarzyskie kuracjuszy jest wyjątkowo bujne. Niepokojący jest także fakt, że większość podrywaczy z sanatorium nie stosuje prezerwatyw wychodząc z założenia, że ich partnerki, będące w wieku menopauzy, nie muszą zabezpieczać się przed ciążą. Niestety nie biorą pod uwagę zakażeń HIV, do których w tej grupie wiekowej dochodzi wcale nie tak rzadko. Prof. Izdebski diagnozował bowiem przypadki pełnoobjawowej choroby AIDS u dwóch kobiet, jednej w wieku 68, drugiej w wieku 73 lat.

Dyrekcja i personel ośrodków uzdrowiskowych na pytanie o imprezowych kuracjuszy odpowiada bardzo wymijająco. – Nie jestem upoważniona do udzielania takich informacji, mogę jedynie zapewnić, że historie o pijanych i nachalnych pacjentach są mocno przesadzone. Nie jest tak tragicznie – mówi jedna z sekretarek ciechocińskiego sanatorium.

– Proszę Pani, ja nic nie powiem, bo nasza zmiana kończy się o 19 i my nic nie widzimy, nic nie słyszymy – przekonuje ze śmiechem pielęgniarka kolejnego domu uzdrowiskowego. – Proszę zadzwonić za 10 minut, teraz nie mam czasu - mówi pracownica następnego sanatorium. Czekam zatem i dzwonię raz jeszcze. Bezskutecznie.

Wszystko wskazuje na to, że wyrok NSA w sanatoryjnym życiu pacjentów zmienił niewiele. Zdania wśród kuracjuszy, jak i władz ośrodków uzdrowiskowych są jednak wyjątkowo podzielone. Niektórzy przyznają, że problem istnieje, inni wzruszają ramionami twierdząc, że nigdy nie spotkali się z pijaństwem. Legendy o mocno zakrapianych potańcówkach na niektórych twarzach wywołują uśmiech, na innych zaś oburzenie czy wręcz niedowierzanie. Mimo wielu opinii ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy problem rzeczywiście istnieje na tak wielką skalę. A może to tylko dorabianie zbyt wielkiej ideologii do kilku piwek, wypijanych faktycznie "na zdrowie"?

Trwa ładowanie komentarzy...