Blaski i cienie umów śmieciowych - odpowiadamy na Wasze komentarze

Maj 2010. Białystok. Marsz stylizowany na pochód pierwszomajowy
Maj 2010. Białystok. Marsz stylizowany na pochód pierwszomajowy fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Z umowami zlecenia i o dzieło jest trochę jak z Grycankami - połowa je kocha, połowa nienawidzi. Podobnie rzecz ma się w przypadku umów o pracę - jedni o nich marzą, inni czują się nimi zniewoleni. Odpowiadając na Wasze sugestie zaglądamy na drugą stronę umownej barykady.

- Umowy o pracę powoli odchodzą do lamusa, bo nie dają żadnej gwaracji stałego zatrudnienia - pisze w jednym z komentarzy nasza czytelniczka. Z drugiej strony jednak te umowy mają swoich zwolenników. - Cała idea umowy o pracę polega na tym, żeby wyrównać nierówne pozycje pracownika z jednej strony i pracodawcy z drugiej - odpowiada kolejny komentator. Jeden z naszych blogerów, Michał Jezierski napisał w odpowiedzi na mój tekst, że artykuł miał ukazać w nowym świetle „umowy śmieciowe”. „Rysują się one jako przyszłość młodych i nowoczesnych, znakomita odpowiedź na umowę o pracę, godna zastanowienia alternatywa. To zupełnie tak, jak twierdzenie według którego lepiej się żyło w czasach Starożytnego Egiptu. To prawda – o ile ktoś był faraonem lub kapłanem. Cała reszta nie miała już tak cudownie.”



Etat może więcej

Wśród zalet umów zlecenia wymieniliśmy fakt, że pracodawca może odprowadzać za nas składki. W rzeczywistości nie wygląda to jednak tak kolorowo. Jak na swoim blogu w portalu Salon24 pisze Mila Nowacka, „spośród zawartych kilku umów jednocześnie, oskładkowana jest tylko jedna. Sprytny pracodawca zatem zawiera sobie umowę zlecenia z delikwentem na - powiedzmy - 50 zł brutto - i od tego płaci „astronomiczne” składki w wysokości ok. 14,50 zł. (…) I tak, jak zatrudnianie na fikcyjne dzieło jest nielegalne, tak płacenie składek tylko z jednej umowy zlecenia jest najzupełniej zgodne z prawem! Na tego rodzaju łączonych umowach pracuje co najmniej 200 tys. ochroniarzy i ze dwa razy tyle osób zatrudnionych przy sprzątaniu. Ludzie ci są ubezpieczeni na 50-100 zł miesięcznie, czyli płacą składki emerytalne w kwocie  mniej więcej od 14 do 28 zł.”

Kredyt w banku nie od ręki

Zdaniem Dominiki Staniewicz z BCC, banki coraz częściej bardziej przychylnym okiem patrzą na osoby, które nie posiadają umowy o pracę. Jest jednak pewien haczyk. - Podstawową różnicą w traktowaniu osób z umowami o pracę i cywilnoprawnymi jest taka, że w przypadku tych drugich trzeba wykazać się dłuższym okresem zatrudnienia. Tak samo wygląda to w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej - mówi naTemat Halina Kochalska z Open Finance.
- W jednym z banków wymagano, bym prowadziła działalność gospodarczą dwa lata, podczas gdy w przypadku umowy o pracę okres zatrudnienia mógłby być nawet krótszy niż jeden rok. Banki nie ufają osobom krócej pracującym, ale jak już się uzyska ten staż, nie ma wielkich różnic i dyskryminacji w podejściu banków - dodaje Kochalska.

Więcej kasy

Jak wyliczył Michał Jezierski zarabiając 2500 złotych brutto, na umowie zlecenia zarobimy tylko około 70 złotych, ale już w przypadku umowy o dzieło (która nie jest oskładkowana) zarobimy więcej o ponad 300 złotych. Kwestia jedynie, co zrobimy z taką „nadwyżką”. Możemy ją przejeść, albo ubezpieczyć się i odkładać przynajmniej część tych pieniędzy na przykład na lokacie. Faktem jest jednak, że mając umowę o pracę część naszych składek płaci za nas pracodawca, w portfelu mamy mniej, ale jesteśmy ubezpieczeni, staż pracy „tyka”, składki na przyszłą emeryturę płyną.

Innym problemem jest wysokość wynagrodzenia w umowach o pracę. Wielu przedsiębiorców zatrudnia bowiem swoich pracowników na przykład na 1500 złotych miesięcznie i od tego odprowadza składki, a resztę pieniędzy przekazuje podwładnemu na podstawie umowy o dzieło, bądź „pod stołem”.

Negocjacje nie dla wszystkich

Nasz bloger zaznacza, że wspomniane przez nas negocjacje z pracodawcą są bardzo często jedynie utopijną wizją rzeczywistości. „Dla przeciętnego pracownika niższego szczebla, a umowy zlecenie w dużej części dotyczą właśnie takich pracowników, nie istnieje pojęcie negocjować. Bo cóż można negocjować, kiedy pracodawca podaje określoną kwotę a za plecami tłum chętnych potencjalnych pracowników przebiera nogami. Prawdopodobnie jedyne co do negocjacji pozostaje, to sam fakt, czy podjąć pracę czy nie. A jeśli podjąć, to bez całej ochrony wypływającej z Kodeksu Pracy. I nie chodzi tu tylko o nadgodziny, ale również o inne kwestie, jak np. urlop, czy przywileje, których pracownik nie ma, co podkreśla sama ekspertka.”

Trudno się z takim podejściem nie zgodzić. Kwestia jednak leży w czymś innym. Zawsze na rynku będzie spora grupa „pokrzywdzonych”, osób, które nie mają możliwości negocjowania, na których miejsce czeka rzesza tańszych pracowników, z których szefami negocjować się nie da. Czasy jednak się zmieniają, Polacy są coraz lepiej wykształceni, zarabiają coraz więcej i (naiwnie w to wierzę) coraz więcej osób będzie sobie mogło na negocjacje pozwolić. Nie można oczywiście - i tu pełna zgoda z Michałem Jezierskim - zapominać o tych osobach, które są (a są często) w jakiś sposób przez swoich pracodawców wykorzystywane.

Solidarnie na etaty

- Teraz się opłaca pracodawcom, bo mają dużo niższe koszty własne. Firmy powinny brać państwo za grdykę, żeby im dobre warunki do funkcjonowania zapewniło, wtedy by się skończyło kantowanie pracowników - mówi naTemat rzecznik NSZZ Solidarność Marek Lewandowski. - „Solidarność” opowiada się za generalną zasadą, że od zarobionych pieniędzy (od osobistego dochodu), płaci się jednakowe składki i podatki bez względu na rodzaj umowy, czy rodzaj aktywności gospodarczej. Czy jest to umowa zlecenie, o dzieło, samozatrudnienie itd., należy o nich odprowadzać jednakowe procentowo składki. Tym bardziej, że nasze emerytury są kapitałowe i każda kwota wpłacona na indywidualne konto ma wpływ na przyszłą wysokość świadczenia. Dzięki temu przestaną one być tak atrakcyjne dla pracodawców, którzy je nadużywają - dodaje przewodniczący Solidarności Piotr Duda.
Trwa ładowanie komentarzy...