Porno w kinie. "Nimfomanka" Larsa von Triera to początek nowej fali

W kinach pojawia się coraz więcej porno? Na ekrany wchodzi druga część "Nimfomanki" Larsa von Triera
W kinach pojawia się coraz więcej porno? Na ekrany wchodzi druga część "Nimfomanki" Larsa von Triera Materiały prasowe
W ubiegłym tygodniu trafiła do kin pierwsza część głośnej "Nimfomanki" Larsa von Triera. Według krytyków Duńczyk szokuje coraz mniej. Trudno dorównać naturalistycznemu i sadomasochistycznemu Antychrystowi sprzed kliku lat, podczas seansu którego wychodzili nawet zagorzali fani reżysera. Golizna na ekranie już nie szokuje, ale kinowy ekran wypełniony scenami rodem z red tube, pornhub czy innych stron XXX to odważny krok. Pytanie w jakim celu? Czy widzów przyciągają już tylko filmy przekraczające granice dobrego smaku, a krytyków poruszają jedynie niezdrowe historie.

Czy faktycznie goście zbiornika, jednej z najpopularniejszych polskich stron dla dorosłych mają ochotę oglądać przegląd penisów i wagin na wielkim, srebrnym ekranie? I podstawowe pytanie, dlaczego przeciętny kinoman jest do tego zmuszony, jeśli chce być na czasie?

Niesymulowane sceny seksu

W tym tygodniu do kin trafi kolejna i ostatnia odsłona erotycznego dramatu von Triera. Dystrybutor łagodnie zaklasyfikował swoją nową zdobycz, ale przecież między erotyką a porno jest różnica i to niekoniecznie subtelna. Druga część ma zaspokoić potrzeby artystyczne i wizualne głównie fanów Charlotte Gainsbourg, podczas pierwszego seansu, najlepiej bawili się gównie fascynaci lolit. Dobrze bawili się również polscy krytycy, którzy wzięli udział w nietypowej sesji zdjęciowej promującej film na teranie naszego kraju. Udawanie orgazmów w imię propagowania jednego z największych reżyserów ostatnich dekad musiało być nie lada zabawą, szkoda tylko, że krytyka filmowa zamiast zajmować się kinem profesjonalnie, bawi się w promowanie nowych produkcji i to z półki porno.

Wystarczy przeczytać kilka opinii na temat filmu: Tomasz Raczek, dziennikarz "Filmu" pisze na swoim Facebooku: Pierwsza część najnowszego filmu Larsa von Triera nie jest ani skandaliczna, ani pornograficzna. Mimo tego, że seks pokazywany jest w niej na okrągło, w przedziwny sposób pozostaje aseksualna i całkowicie niezmysłowa. Jakub Majmurek recenzuje na stronie "Krytyki Politycznej": Choć na ekranie widzimy wyglądające jak niesymulowane sceny seksu, to zupełnie nie o pornograficzną dosłowność tu chodzi.

I mimo, że filmoznawca podkreśla, że nie chodzi o pornografię, to nie zmienia faktu, że występuje ona na kinowym ekranie. Małgorzata Sadowska pisze w "Newsweeku": Nie dlatego uważam "Nimfomankę" za film dla dorosłych, bo są tam rozliczne sceny kopulacji. Zupełnie nie. "Nimfomanka" uświadamia za to, jak infantylne, jak zdziecinniałe jest kino, jakim żyjemy na co dzień, łykając kolejne sympatyczno-durne bajeczki. A przecież między bajeczkami, a porno jest jeszcze wielka przepaść produkcji, które radzą sobie na rynku bardzo dobrze. Prawie wszyscy krytycy bronią filmu von Triera i gorliwie przeczą temu, co po prostu widać na ekranie. Mamy film, który niemalże w całości składa się ze scen seksu, mamy narządy rodne ukazane z każdej możliwej perspektywy, dlaczego aż tak bardzo wstyd przyznać, że mam do czynienia z porno?

Nie tylko von Trier

Niezaprzeczalnie film von Triera obfituje w poczucie humoru i, jak rzadko, produkcja Duńczyka, pozwala wybuchnąć szczerym śmiechem. Joe, główna bohaterka opowiada nieznajomemu mężczyźnie historię swojej nimfomanii. Opisuje inicjację seksualną i kolejne związki z dziesiątkami przypadkowych mężczyzn. Oczywiście nie można również odebrać zasług aktorskich obsadzie. Stellan Skarsgård, Shia LaBeouf, Christian Slater, Uma Thurman i Willem Dafoe sprawdzili się doskonale i obyło się bez fuszerki. W tym przypadku nie trafia się do kina na hollywoodzki gniot z gwiazdorską obsadą. Film jest porządnie zrealizowany i dobrze zagrany, do niczego nie można się przyczepić, ale czy faktycznie przegląd kilkudziesięciu kadrów z penisami, kolejna scena seksu, mniej lub bardziej zadziwiająca jest niezbędna, by ściągnąć widzów do kin?


Małgorzata Borychowska
Producentka filmowa oraz specjalista ds. marketingu filmowego

To, że reżyserzy przygotowują filmy o mocno erotycznym charakterze nie jest winą dystrybutorów. We współczesnej kulturze rośnie poziom jej pornografizacji. Od dawna już się mówi o tym, ze kino należy do tzw. wstydliwych przyjemności, a widz uczestniczący w spektaklu filmowym to de facto zwykły podglądacz. W historii kina mamy wiele przykładów podejmowania tego typu tematów, np. „Crash” Cronenberga, „Ostatnie tango w Paryżu” Bertolucciego, „Marzyciele” tegoż samego, ostatnio też pojawiły się filmy jak „Hemel” czy „Wstyd”, „Don Jon”, „Magic Mike”.

Nie ma w tym nic szokującego, ze reżyserzy pokazują w kinie życie coraz odważniej i bez pruderii. Zmienia się społeczeństwo, zmieniają się standardy i normy. Niezmienne jest tylko jedno: indywidualne podejście i interpretacja filmu przez widza. To, co dla jednego jest pornografią balansującą na granicy dobrego smaku, dla innego będzie sztuką. Kiedyś samo pokazanie piersi kobiety było zbyt odważne, obecnie wizerunki nagich kobiet w dwuznacznych pozach zalewają nas w videoklipach, a nawet w reklamach.

Dlaczego się tak dzieje? Nic lepiej się nie sprzedaje niż erotyzm w kinie, telewizji czy w przekazach marketingowych. Kino to nie jedyne miejsce, gdzie jesteśmy tym bombardowani. Wystarczy włączyć radio, a z łatwością natrafisz na spoty radiowe, w których sympatyczna pani będzie aksamitnym głosem zachęcać cie do zakupu reklamowanych przez nią usług. Jesteśmy stale pobudzani bodźcami, manipulowani przekazami reklamowymi za pomocą podprogowych erotycznych skojarzeń. Po to również robi się filmy coraz odważniejsze erotycznie, podnosi się coraz wyżej poprzeczkę doznań, aby widz do tego kina przyszedł i wziął udział we wstydliwym filmowym podglądactwie bez wyrzutów sumienia czy zaniepokojenia. Dlatego im głośniej będzie się mówić, że „Wilk z Wall Street” czy „Nimfomanka” to porno w kinie, tym bardziej taka opinia przyciągnie do kina spragnionych wrażeń widzów.


Z podobnego założenia zdaje się wychodzić Peter Greenaway w swoim najnowszym filmie "Goltzius and the Pelican Company", w którym nie brakuje golizny, a stosunek goni stosunek. Druga część trylogii Holenderscy mistrzowie, to historia XVI-wiecznego malarza i rysownika, Hendrika Goltziusa. Ilustrator usiłuje przekonać margrabię Alzacji do sfinansowania drukarni, która pozwoli wydać erotyczną, obrazkową wersję Starego Testamentu. Film oparty jest o naturalistyczne inscenizacje ilustrujące biblijne historie pełne erotyki: od Adama i Ewy i narodzin seksu analnego przez perwersje seksualne, kazirodztwo po homoseksualizm. Greenaway znany jest ze swoich obrazoburczych filmów i szokujących wypowiedzi. Jednak do tej pory nie stworzył filmu tak silnie zerotyzowanego, jak biografia Goltziusa, o czym polski widz przekona się już 7 lutego.

Nowe pokolenie nie potrzebuje porno

Granica erotycznego tabu została już dawno przekroczona, a kinematografia coraz częściej sięga po seks i to w coraz mniej wyszukanej formie. Na początku tego roku premierę miał "Wilk z Wall Street", najnowszy film Martina Scorsese, który również chętnie i obficie bazuje na seksualnych wątkach z biografii brokera wszech czasów, kolejno mamy dwie części "Nimfomanki" i film Greenawaya, co jeszcze przyniesie ten rok? Nowe pokolenie nie potrzebuje porno na ekranie kin. Szuka po prostu ciekawych historii i czegoś, co ich zaskoczy, seks nie zaskakuje już nikogo.

Czy kino dalej będzie odważnie badało dziedzinę seksu, także sięgając po estetykę wcześniej obecną w jedynie w pornografii? Jakub Majmurek, filmoznawca, współpracujący z Tygodnikiem Powszechnym i Krytyką Polityczną uważa, że będzie to zależeć od czynników bezpośrednio niezależnych, czyli przemian obyczajowych w społeczeństwie, gdzie kino powstaje.

– Widać to, gdy porównamy bardzo ostrożne w tym względzie kino polskie, z kinem powstającym w Stanach czy na zachodzie Europy. O ile "Nimfomanka" przedstawia estetykę jakoś oswojoną przez polską publiczność, to prawdziwym wyzwaniem może być wchodzący do kin pod koniec lutego "Nieznajomy nad jeziorem" Alaina Guiraudie, erotyczno-kryminalna historia znad jeziora, będącego miejscem cruisingu lokalnej gejowskiej społeczności, pełna bardzo graficznych przedstawień seksu między mężczyznami, nie wpisanego w żadną oswajającą go romantyczną narrację. A przy tym to znakomite kino. Sam jestem ciekawy, jak przyjmą go polscy widzowie – kwituje filmoznawca.

Trwa ładowanie komentarzy...