Internetowi cinkciarze. Historia czterech facetów, którzy "skubnęli" banki na 20 miliardów

Giganci internetowych kantorów w Polsce.
Giganci internetowych kantorów w Polsce. Fot. Materiały prasowe, Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Taki biznes może się udać tylko w kraju, gdzie pazerne banki najpierw uwikłają naiwnych klientów w kredyty walutowe, a potem oczyszczają ich portfele każąc wymieniać walutę „po swoim”, zawyżonym kursie. Założyciele największych kantorów internetowych Currency One i Cinkciarz.pl, znaleźli się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Bankowcy sami wepchnęli im w ramiona 400 tys. Polaków, którzy w ubiegłym roku wymienili w internecie już 20 mld zł.

Według danych Narodowego Banku Polskiego banki zarabiają na wymianie walut około 1,5 mld zł. rocznie. W ubiegłym roku po raz pierwszy internetowe kantory odebrały im znaczną część tej puli. Firma Currency One poprzez serwisy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl obsłużyła ponad 200 tys. klientów, którzy wymieli franki, złotówki i dolary o wartości 8,2 mld złotych.



Na odsiecz frankowcom
Właściciele wirtualnych kantorów liczą głównie na kredytobiorców frankowych, którzy są winni bankom równowartość ponad 194 mld złotych. Zadłużeni w walutach muszą co miesiąc wymienić ok. 1 mld zł. – Internetowy rynek wymiany walut szybko rośnie odkąd niewielkim wysiłkiem można oszczędzić 40-80 złotych na przeciętnej miesięcznej racie kredytu hipotecznego – mówi Łukasz Olek, współzałożyciel serwisu Internetowykantor.pl. Szacuje, że w ubiegłym roku jego klienci na bardziej korzystnym niż w standardowej ofercie banków kursie zaoszczędzili 218 mln zł.


Drugim dużym serwisem o podobnych obrotach jest Cinkciarz.pl, Wymyślił go Marcin Pióro z Zielonej Góry, właściciel sieci kantorów w zachodniej Polsce. Swoją elektroniczną platformę wymiany walut założył w 2006 roku, ale nie znalazł dla niej zastosowania. Pewnie latami zarabiałby obsługując kierowców TIR-ów i podróżnych przekraczających polsko-niemiecką granicę. Dopiero boom na kredyty hipoteczne denominowane we frankach szwajcarskich wykreował nową kategorię klientów – desperatów walutowych, dla których liczy się każda zaoszczędzona złotówka.

Po kryzysie finansowym z 2008 roku frank szwajcarski zdrożał z 2,2 zł na 3,5 zł. Banki zaczęły zarabiać krocie na klientach, którzy wpłacają mu złotówki, a te przeliczają je na franki po swoim kursie. Szybko okazało się, że ten „ich kurs” rósł podejrzanie wysoko akurat pod koniec oraz na początku miesiąca, czyli w dniach, kiedy większość klientów rozlicza swoje raty z bankiem.

Aby ulżyć kredytobiorcom w sierpniu 2011 roku uchwalono ustawę antyspreadową (od pojęcia "spread", czyli różnicy pomiędzy ceną kupna waluty i sprzedaży). Pozwalała ona klientom banków spłacać swoje zobowiązania w samodzielnie zakupionej walucie. Właściciele wirtualnych kantorów liczą więc głównie na kredytobiorców frankowych. A przypomnijmy, że ci są winni bankom równowartość ponad 194 mld złotych.

Kasa wirtualna, zysk realny
Wystarczy tylko do zwykłego rachunku bankowego dodać konto walutowe. Można na nim rozliczając transakcje z internetowych kantorów. Oferowany przez nie kurs jest korzystniejszy w porównaniu do bankowego, ale również stacjonarnych kantorów. W chwili, gdy powstawał ten tekst na Cinkciarz.pl można było kupić 500 franków szwajcarskich za 1704 zł. To o 81 złotych taniej niż w banku Millenium i 47 zł taniej niż w PKO BP.

Kwota miesięcznych oszczędności może wydawać się rozczarowująca, jednak Piotr Kiciński wiceprezes Cinkciarza, mówi, że w skali całego kredytu rozłożonego na 20-30 lat zysk klienta może sięgnąć nawet ponad 20 tys. zł.


Internetowykantor.pl założył w 2009 roku Łukasz Olek, informatyk z Poznańskiej Politechniki i Michał Czekalski, finansista z Akademii Ekonomicznej. Pierwszy szukał odskoczni od rutyny naukowej kariery, drugi zorientował się, że nie chce pracować w korporacji finansowej. Inspiracją była podróż poślubna Czekalskiego, który skarżył się, że przed wyjazdem zmarnował sporo romantycznych chwil na szukanie kantoru z korzystnym kursem waluty.

Ich biznes powstał na bazie licencji standardowego kantoru, która zakłada także sprzedaż walut poprzez przelewy na rachunki bankowe. – Działaliśmy bez kapitału i wsparcia dużej korporacji. Kontrolerzy NBP, którzy już po sześciu miesiącach odwiedzili firmę byli zaskoczeni wirtualnym charakterem przedsięwzięcia i brakiem dolarów, euro i franków do liczenia – opowiada Łukasz Olek.

Rynkowa wojna
Początkowo Olek i Czekalski zaproponowali usługi klientom banków: Getin, Millenium i Raiffeisen, sprzęgając swój system z kontami tych banków. – Tak się złożyło, że w tych bankach było sporo frankowców, do tego rozczarowanych wysokością bankowych spreadów – opowiada Olek. Rok 2011 i ustawa antyspredowa spowodowała boom w ich biznesie. Obroty wzrosły kilkukrotnie

Wkrótce potem do ich internetowego kantoru dołączył Tomasz Dudziak, programista i współtwórca serwisu aukcyjnego Allegro. Jego Walutomat.pl był serwisem, w którym użytkownicy mogli sprzedawać dolary, euro i franki pomiędzy sobą. Połączone w ubiegłym roku firmy tworzą platformę wymiany walut Currency One, która – jak twierdzą właściciele – ma 53 procent rynku wymiany walut w sieci.

Piotr Kiciński z Cinkciarza.pl ripostuje, że to oni są najwięksi w Polsce, trzymając połowę rynku. Na pewno obroty firm są porównywalne, jednak trudno zweryfikowac kto jest na pierwszym miejscu, bowiem Cinkciarz nie opublikował jeszcze danych finansowych. Pozostałe kilka procent rynku przypada na około 40 podobnych serwisów walutowych

– Aby ten biznes się rozwinął potrzebowaliśmy setek tysięcy klientów. Wykreowała ich polityka banków – mówi Piotr Kiciński. Oczywiste jest, że sieciowi cinkciarze „nie pomagają” za darmo. Z racji internetowego charakteru biznesu, bez kasjerów, skarbców i konwojentów mogą zadowolić się mniejszą marżą niż inni. Jest frank kosztuje 3,50 zł to internetowe kantory zarabiają na trzecim i czwartym miejscu po przecinku.


Teraz sprawdzili prawdziwość przysłowia, że grosz do grosza, a uzbiera się kokosza. Twórcy internetowych kantorów już zgarniają premię za bycie pierwszymi na rynku.. Cinkciarz.pl w ubiegłym roku otworzył biuro w londyńskim City, a niedawno został sponsorem reprezentacji piłki nożnej. Historia w pewnym sensie zatoczyła koło. W 1989 roku słynny aferzysta Aleksander Gawronik wykorzystał poufną informację że komunistyczny rząd Mieczysława Rakowskiego zamierza odstąpić od państwowego monopolu na wymianę walut. W dniu uwolnienia rynku uruchomił ogólnopolską sieć kantorów, a wkrótce potem znalazł się na liście najbogatszych Polaków.

Trwa ładowanie komentarzy...