Polka, która skradła show Jimmego Kimmela: bawmy się, to coś więcej niż imprezowanie!

Kasia Żywioł w jednej ze swoich stylizacji/ arch. prywatne
Kasia Żywioł w jednej ze swoich stylizacji/ arch. prywatne
Kasia Żywioł stała się sensacją internetu po tym, jak wypatrzył ją wśród publiczności swojego programu Jimmy Kimmel, jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci amerykańskiej telewizji. Swoje pięć minut sławy zawdzięczała rzucającemu się w oczy, kwiecistemu nakryciu głowy. Ale nie jest tylko dziewczyną w wianku: jak Majka Jeżowska pochodzi z Nowego Sącza, jako freelancerka zajmuje się dziennikarstwem, copywrittingiem i PRem oraz prowadzi nietypowego bloga o modzie F-animation - na którym z okazji ukończenia 30. roku życia realizuje 30 szalonych projektów tzw. f-animacji.

Jak znalazłaś się na widowni show Jimmego Kimmela?



Odwiedziłam mojego pochodzącego z Seattle chłopaka - którego wszyscy internauci już teraz znają - chociaż wcześniej nie „chwaliłam się” nim nawet wśród własnych znajomych na Facebooku. Wspólnie odbyliśmy podróż przez Stany. A ponieważ już wcześniej mieliśmy zaplanowane, że udamy się do Kalifornii, mój chłopak, wiedząc, że interesuję się mediami, rzucił pomysł, że fajnie byłoby zobaczyć od kuchni, jak to jest zasiadać na widowni sitcomów czy znanych amerykańskich programów. Od razu się do tego pomysłu zapaliłam. Jimmy Kimmel to było pierwsze nazwisko na mojej liście.

Zobacz nagranie programu Jimmy'ego Kimmela


Dlaczego akurat on?

Śledziłam na Facebooku różne jego akcje jak choćby Handsome Men’s Club - skecz z udziałem przystojniaków. Kojarzyłam także jego wywiady z gwiazdami. Możliwość zobaczenia go na żywo wydawała się ekscytująca. I udało się to zorganizować.

Jak wygląda udział w takim programie?

Do Los Angeles przyjechaliśmy w ostatniej chwili. Na nagranie takiej produkcji trzeba stawić się dwie godziny wcześniej. Żeby zdążyć, przebieraliśmy się w podziemnym parkingu. I z tego powodu założyłam kwiatki na głowę. Nie miałam czasu zrobić makijażu, byłam wymiętolona po wielogodzinnej jeździe, więc żeby poczuć się choć ciut atrakcyjniej wygrzebałam z walizki kwiatki, które kupiłam specjalnie na nasz pobyt w San Francisco. Jest taka piosenka "San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair)”, której paradoksalnie w Stanach nikt nie kojarzy.

Po kilku godzinach stania w kolejce, bycia obrączkowanym, pouczanym jak się należy zachowywać, zasiedliśmy na widowni. W studio było straszliwie zimno, ale był też pan „rozgrzewacz publiczności”, który uczył nas, kiedy klaskać; chciał zwiększyć ekscytację tłumu. Swoją drogą to fascynujący mechanizm. Chwilami przypomina sektę. Komik krzyczy: dajcie z siebie wszystko! klaszczcie, jakby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobicie w życiu! nawet jeśli tego nie czujecie, pokażcie, że to czujecie. Czyli amerykańskie fake it until you make it. Niby tanie gadanie, ale rzeczywiście zadziałało. Bez publiczności tych programów by nie było. „Wodzirej” wchodził też z publicznością w interakcję, pytał, skąd ludzie przyjechali. W ogóle nie planowałam się ujawniać, że jestem przybyszem z Europy, ale mój chłopak uznał, że to będzie ciekawe i sam zaczął machać na siłę moją ręką, żeby zwrócić na nas uwagę.

Czyli zanim Jimmy Kimmel w ogóle pojawi się na planie, ktoś już mu wyłapuje potencjalnie ciekawych widzów?

Dokładnie tak. Ale na tym etapie nie miałam pojęcia, że to mogłoby się później przerodzić w jakąś rozmowę z Jimmym. Póki co trwał konkurs na króla i królową publiczności. Wyróżniałam się, bo pochodzę z „egzotycznej” Polski, na głowie sterczy mi kwiecie, a do tego mój rozemocjonowany, nie do końca idealny angielski. Rozmowa przebiegła dowcipnie. A potem już zaczęły się nagrania z udziałem Jimmy’ego. W przerwie zbliżył się do publiczności - myślałam, że to taki miły gest. A tymczasem on od razu zwrócił się do mnie, widać było, że jest już wtajemniczony. I zaczęliśmy rozmawiać.

„Jak zadowolić amerykańskiego chłopaka?” - to pytanie podbiło polski internet. O co tak naprawdę chciałaś zapytać, o co zapytałaś i co z tego wynikło?

Byłam masakrycznie zestresowana tym, że Jimmy ciągle mnie o coś pytał. Bałam się, że za chwilę zapyta o coś skomplikowanego i w ogóle nie będę potrafiła na to po angielsku odpowiedzieć, więc postanowiłam, że go uprzedzę i sama zadam pytanie. A że już wcześniej żartowałam z moim chłopakiem, jak go uszczęśliwić - to właśnie o to chciałam zapytać. Ale z tych emocji wyrwało mi się: jak zadowolić amerykańskiego chłopaka. Nawet to mogłoby być zrozumiane bez podtekstu, ale tam jest taka atmosfera, że nie było na to szans. Wszystkim jedno było w głowie. No i poszło. Zorientowałam się, że powiedziałam coś głupiego, gdy wszyscy operatorzy kamer, zajęci dotąd swoimi sprawami, w sekundę po moim pytaniu odwrócili głowy w naszą stronę. Nie przejmowałam się tym za bardzo, ponieważ nie sądziłam, że było to nagrywane. Wręcz się cieszyłam, bo jak później pojawił się na scenie gość wieczoru, którym był Greg Kinnear, to Jimmy o nas wspomniał, przytaczając moje pytanie. Kinnear poradził mi, żebym nosiła kwiatki we włosach.

Czy Jimmy Kimmel spotkany na żywo się obronił?

Powiem tak - czar nie prysł. Dalej darzę go olbrzymią sympatią, a teraz jeszcze większym sentymentem. Moje pytanie go zaskoczyło, ale uroczo i sprytnie sobie z nim poradził. Jest naprawdę dobry w tym, co robi. W kolejnym nagraniu udowodnił, że potrafi też dotrzeć do dzieci i konwersować ze spontaniczną trzylatką. Ma fajną energię i porywającą charyzmę. Jak pojawia się na planie, trudno oderwać od niego wzrok.

A zabawnie było trafić na polskie portale?

Jak tylko zobaczyłam, że ta rozmowa została nagrana i udostępniona w sieci, to wyłączyłam komputer. Przez kilka godzin nie powiedziałam o tym mojemu chłopakowi, ani nie chciałam zaglądać do sieci. Byłam przerażona i zszokowana. I co teraz? Cała Polska to zobaczy. Kilkanaście godzin później odzywały się już do mnie przeróżne media. Moi znajomi na Facebooku szaleli - to było akurat miłe - ale bałam się czytać komentarze internautów. Trochę było negatywnych, ale większość osób uznała zdarzenie za zabawne.


Ale już wcześniej nie byłaś zupełnie anonimową osobą. Prowadzisz bardzo oryginalnego bloga i byłam pewna, że cała sytuacja z Jimmym Kimmelem jest Twoją kolejną zaplanowaną akcją.

Naprawdę? Wow. To byłby wyczyn. A to rzeczywiście był przypadek - mój chłopak podniósł moją rękę, a potem palnęłam tym pytaniem. Daleko mi do pani Natalii Siwiec, która tak świadomie umiała zaistnieć na Euro 2012. Mnie co najwyżej można nazwać Majką Jeżowską internetu – jak to powiedział o mnie mój przyjaciel. Miałam dużo szczęścia w programie Jimmy’ego, ale też nie do końca wierzę w przypadki. Kwiatki miałam na włosach, ponieważ prowadzę bloga, w którym próbuję coś wymodzić.

F-animation to blog o modzie, owszem prezentujesz na nim stylizacje, ale nie jesteś typową szafiarką.

To blog, na którym robię coś w rodzaju performensu, coś w czym miałam się sprawdzić i czerpać z tego frajdę. Nadchodziły moje 30. urodziny - dla mnie nie byle co - nagle w rubryce wiek zmieniają się aż dwie cyferki! Pełno refleksji: co zrobiłaś, co chciałabyś zrobić. Wciąż czuję się młoda, ale też wypatruję w lustrze, czy już widać zmarszczki. Zdecydowanie też trudniej zregenerować się po imprezie. Zmienia się ciało, zmieniają się możliwości. Zaczęłam się zastanawiać, co ja chcę zmieniać, albo na jakie zmiany nie chcę się godzić. Te wszystkie refleksje doprowadziły mnie do kilku wniosków.

Po pierwsze zawsze interesowała mnie moda, ale nigdy nic z tym nie robiłam. Nie nadaję się na blogerkę-szafiarkę, bo właściwie mnie interesuje nie tyle moda, co ciuchy. Ciuchy mają bardzo różne oblicza. To nie tylko modowe nowości i trendy, ale także kostiumy i przebrania. Mój styl noszenia się od zawsze zwracał uwagę innych. Nie ubieram się ekstrawagancko, ale zwykle mam na sobie jakiegoś kwiatka do kożucha, czy inny nieoczywisty dodatek lub kolor. Gdy przychodziłam zupełnie „normalnie” ubrana znajomi niejednokrotnie wyrażali swoje rozczarowanie. Stało się więc poniekąd moim obowiązkiem, żeby mieć na sobie chociaż pstrokate skarpetki.

Blog chodził za mną od jakiegoś czasu, ale nie miałam na niego formuły. Druga okołourodzinowa refleksja brzmiała, że z wiekiem nie chce nam się dawać z siebie więcej niż trzeba. Coraz rzadziej robimy rzeczy, które są fajne same w sobie, ale do niczego nie prowadzą. Nie działamy dla samego działania, ale dla celu. Niepotrzebny, niepunktowany wysiłek jest trudny do wyobrażenia. Uważam, że powinniśmy pracować nad tym, żeby się nam chciało. Dla mnie tym właśnie jest młodość - że się wciąż CHCE. Chce się wyjść na miasto w środku nocy, albo spędzić godziny pracy i włożyć masę wysiłku tylko po to, żeby zrobić psikusa koledze.

Rok temu jeszcze nie wiedziałam, czego dokładnie chcę w życiu. Wiedziałam, że chcę robić coś zwariowanego, nieoczywistego, co będzie mi sprawiać przyjemność, ale nie musi mnie do niczego prowadzić. Coś kolorowego, czysty fun. Bo dlaczego by nie? I jak nie teraz to kiedy?

Blog stał się dla mnie ponadprogramową możliwością wyrażenia z siebie. Dzięki niemu mogę dawać się z siebie więcej i być sobą nie tylko dla siebie

Na czym stanęło?

Na tym, żeby w ciągu jednego roku zrobić z okazji 30. urodzin 30 projektów. Każdy z nich miał być formą zabawy z modą czy - tak jak mówiłam - ciuchami. Ubiór miał być pretekstem do zrobienia czegoś głupiego, czego prawdopodobnie nikt by nie zrobił. Co nie ma większego sensu poza tym, że jest rodzajem performensu i zabawy. Zabawy w f-animation. To „F” pochodzi zarówno od fashion, jak i od fun.

Drugi wyraz to animacja. Trzy lata temu rzuciłam wszystko i spontanicznie wyjechałam na Kretę popracować przez sezon jako animator czasu wolnego. To doświadczenie nauczyło mnie jaką wielką wartość ma wspólna zabawa. Bardzo pielęgnuję w sobie umiejętność bawienia się. Czym innym jest imprezowanie, a czym innym zabawa.

Opowiedz o tym rozróżnieniu.

Według mojej definicji imprezowanie jest bierne. Jest po to, żeby się ogłuszyć, przyćmić, żeby odlecieć, żeby się zapomnieć. Tymczasem zabawa wymaga już aktywności, musi być pomysł, jakieś rekwizyty, zasady. Trzeba się w nią zaangażować. Czasem jest to forma rywalizacji. Imprezując można wszystko odpuścić. Bawiąc się trzeba coś z siebie dać.

Paradoksalnie dużo o zabawie nauczyłam się pracując w korporacji. Gdy jakieś zadania były trudne lub uderzałam głową o ścianę, to czasem wystarczyło przemienić pracę w zabawę. Nie mogłam czegoś wyegzekwować z działu prawnego? Namalowałam plakat, na którym prosiłam, żeby to dla mnie zrobili. Są rzeczy, które musimy zrobić, a które nie są łatwe. I tu naprawdę pomocne może być podejście, żeby „mieć z tego fun”.

Lubię traktować świat jako wielki plac zabaw. Wszystko jakoś lepiej wtedy wychodzi i kosztuje mniej nerwów. Choć nie jest to metoda, która każdemu będzie pasować. Najważniejsze, żeby w życiu robić rzeczy po swojemu, jak nam w duszy gra – mimo, że czasem będzie grało tak, że inni to skrytykują.

Weszłaś na Cyrlę ubrana w sukienkę i baletki, leciałaś samolotem przebrana za Królewnę Śnieżkę, prasowałaś w tramwaju. Twoje publiczne pojawianie się w fartuchu chyba nikogo nie zdziwiło…

Wiele lat temu usłyszałam cytat Kapuścińskiego, że przetrwają ci, którzy stworzą swój świat. Niesamowicie do mnie to przemówiło i zostało ze mną. Na blogu tworzę świat Kasi Żywioł, tworzę sytuację, do których logicznie by nie doszło. Dodaję coś od siebie do tego świata. Dodaję to, co czuję.

Z czasem okazało, że są ludzie, dla których moje szalone akcje są inspirujące. Piszą do mnie dziewczyny, którym poprawiłam humor, albo które mój dystans do siebie zainspirował do założenia czegoś odważniejszego, albo nawet różowego.

Ostatnio myślę nad tym, żeby moje projekty w przyszłości były bardziej interaktywne. Jedna z ostatnich f-animacji polegała na tym, że wkładałam liściki do kieszenie ubrań w rożnych sklepach. Wchodziłam do sklepu odzieżowego, brałam do przymierzalni kilka rzeczy, które mi się podobały, i które mają kieszonkę. W liście piszę trochę o sobie, skąd ten pomysł, życzę osobie, która liścik znajdzie miłego dnia i namawiam do kontaktu.

Odpisała mi jak dotąd tylko jedna osoba, ale był to tak fantastyczny mail, że warto było zrobić cały projekt, żeby dostać tylko tę jedną odpowiedź. Ta osoba miała urodziny, dzień był raczej beznadziejny, nie wiedziała, czy kupić spódnicę czy nie. Ale znalazła liścik i kupiła. Poprawianie nastroju innym to dla mnie największa satysfakcja.

Która z dotychczasowym f-animacji była największym wyzwaniem?

Chyba pierwsza. Chociaż, gdy patrzę na nią z perspektywy późniejszych pomysłów - nie była trudna, po prostu była pierwsza. W sklepach przymierzałam tylko różowe ubrania i robiłam z nich stylizację. Potem jedno zdjęcia robiłam sobie sama przed lustrem, a o zrobienie drugiego prosiłam przypadkową osobę. Stawałam od stóp do głów w różu przed obcymi osobami, prosząc o zrobienie mi zdjęcia. I tak przez tydzień. Na początku naprawdę musiałam wziąć kilka głębszych oddechów, żeby się przełamać – wyglądając niepoważnie stanąć naprzeciwko kogoś obcego i poprosić o zdjęcie. Czułam się skrępowana. Ale wszystkie f-animacje to dla mnie trening, żeby się nie przejmować spojrzeniami i robić swoje. Uczę się opuszczać swoją strefę komfortu.

A rozstawianie deski do prasowania w tramwaju?

To akurat było proste. Zrobiłam ten projekt z moim kolegą. Przytachałam deskę do prasowania, a w plecaku miałam żelazko. Biegliśmy do tramwaju, ponieważ akurat podjechał idealny, czyli pusty z tyłu. Po prostu rozstawiałam deskę i zaczęłam udawać, że prasuję, a kolega robił mi zdjęcia. Zabawne, że na nikim nie zrobiło to wrażenia. Ludzie mnie często zauważają w moich dziwnych strojach, ale udają, że nie ma w tym nic dziwnego. Starają się gapić sekretnie.

Na studiach dziennikarskich żadna z nas nie myślała, że będzie blogerką. Spotykamy się po latach i każda ma bloga, a wśród koleżanek też niejedna o tym myśli. Blogosferą rządzą kobiety?

Internet jest fascynujący, ponieważ stanowi platformę do wyrażania siebie. Wydaje mi się, że w każdym z nas drzemie artysta, choć nie każdy może czy musi to robić profesjonalnie. Natomiast potrzeba wyrażenia siebie i mówienia o swoich pasjach, tym co nas bawi, fascynuje i podnieca jest chyba dla wszystkich wspólna. Nie wiem, co na to gender, ale wydaje mi się, że kobiety mają w sobie nawet trochę więcej pierwiastka kreatywnego i potrzeby wyrażania siebie, a internet im to właśnie umożliwia. Poprzez swoją wrażliwość kobietom łatwiej odkryć ich artystyczną duszę. My dziewczyny lubimy gadać, no więc gadamy też poprzez blogi.

Interesujesz się medioznawstwem, czy blogerzy rzucili wyzwanie dziennikarzom? Kreują medium przyszłości?

Blogerzy zdecydowanie rzucili wyzwanie dziennikarzom, ale nie rzucili ich na kolana. Uważam, że zawsze będą potrzebni profesjonalni dziennikarze. Blogi to kolejne medium przez które i dziennikarze się dzisiaj wyrażają. Siłą blogów są głównie niesamowite społeczności, którzy podzielają wspólną pasję, mogą się na niespotykaną skalę spotkać w wirtualnej przestrzeni, wspierać, być razem. Tego tradycyjnym mediom ciężko się będzie dorobić.

Ale wciąż kupuję gazety i magazyny i bardzo sobie je cenię. Czytanie prasy ma w sobie coś slow life’owego. Siadasz z gazetą, przed oczy nie wyskoczy ci kolejny link czy internetowa reklama. Cała uwaga skierowana jest na papier. Między dziennikarzami a blogerami może panować zdrowa konkurencja, na której zyskiwać będą czytelnicy.

Za chwilę będziesz obchodziła „pierwszą rocznicę 30. urodzin” szykujesz jakieś podsumowanie wszystkich akcji?

Była obawa, że mogę się nie wyrobić, bo ja zawsze odkładam wszystko na ostatnią chwilę. Ale nic nie inspiruje tak jak deadline. 17 marca uda mi się więc cały projekt zamknąć, nie ma innej opcji. Ale jeszcze nie zdecydowałam, co będzie moją ostatnią akcją. A co potem? Mam kilka kolorowych, zwariowanych pomysłów, które przerabiam właśnie na konkrety. Chciałabym dalej robić coś pozytywnego, kreatywnego, z przymrużeniem oka, co mogłoby bawić i angażować też innych. Chyba będzie bardziej vlogowo, słyszałam głosy, że w związku z moim spontanicznym sposobem gestykulowania i paplania fajnie by się mnie nie tylko czytało, ale także oglądało. Zwłaszcza po mojej niespodziewanej karierze w amerykańskiej telewizji.

A poza nią, jakie były twoje najciekawsze doświadczenia zawodowe?

Przez jakiś czas pisałam scenariusze do serialu „Anna Maria Wesołowska”. Regularnie dzwoniłam do mojej przyjaciółki, która jest lekarką z pytaniami typu: ile trzeba byłoby dodać środka do przeczyszczania rur do ciasta, żeby kogoś otruć, ale nie ukatrupić.

Zakończyłam współpracę przy programie, ponieważ postanowiłam zrobić sobie przerwę od Warszawy i wyjechałam na Kretę. Przez trzy miesiące pracowałam jako animator czasu wolnego w hotelu. Nie było łatwo, miałam 28 lat i nagle trafiam do pracy, którą wykonują głównie 20-latkowie, gdzie nikogo nie obchodzi, jakie studia skończyłam, co przeczytałam, co myślę. Moim zadaniem było codziennie się uśmiechać, organizować zabawę i z anielską cierpliwością znosić narzekania turystów. Nauczyło mnie to pokory i żeby pochopnie, a najlepiej w ogóle nie oceniać ludzi. Z drugiej strony, całe lato spędziłam na rajskiej wyspie. Codziennie kąpałam się w morzu, szalałam z dzieciakami w basenie, grałam w siatkówkę plażową, szalałam na beach parties. Poznałam fantastycznych ludzi, znalazłam nowych przyjaciół. Ilekroć miałam czas wolny i kładłam się na plaży gapiąc się w morze, nie żałowałam, że nie jestem w tej chwili w Warszawie i nie robię tzw. kariery.

Kiedy znowu zobaczymy Cię u Jimmy’ego Kimmela?

Nie powiedziałam jeszcze u niego ostatniego słowa. No cóż, mam jeszcze do niego kilka pytań. Niekoniecznie dotyczących mojego życia osobistego.

Trwa ładowanie komentarzy...