Dotarł do pryczy, na której jego matka spędziła ostatnią noc życia na Syberii. "Mamusiu, obyś chociaż taki grób miała"

Janusz Horzemski po kilkudziesięciu latach poszukiwań dotarł do pryczy, na której jego matka spędziła ostatnią noc życia na Syberii. "Mamusiu, obyś chociaż taki grób miała"
Janusz Horzemski po kilkudziesięciu latach poszukiwań dotarł do pryczy, na której jego matka spędziła ostatnią noc życia na Syberii. "Mamusiu, obyś chociaż taki grób miała" Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl
Blisko 70 lat minęło odkąd NKWD wtargnęło do mieszkania rodziny Horzemskich, by aresztować matkę pana Janusza - Halinę. Mimo to, mężczyzna nadal nie potrafi powstrzymać łez, opowiadając nam swoją niesamowitą historię. Niemal całe życie poświęcił, by dowiedzieć się, jak i gdzie zginęła jego matka. Historia tych poszukiwań oraz ich efekty zapierają dech w piersiach. - Ruscy to są Ruscy. Z nimi nie ma dyskusji. Do tej pory błękitny kolor czapki NKWD wywołuje we mnie lęk - mówi mi pan Janusz.

18 października 2013 otrzymałem na swoją skrzynkę mailową wiadomość. Jej autorka, pani Małgosia, napisała wówczas, że ma do opowiedzenia niezwykłą historię... Oto fragment tego maila:


Pani Małgorzata "Margaretka"
Czytelniczka, która poinformowała nas o niezwykłej historii pana Janusza

Jeśli zechcą Państwo zignorować tę wiadomość zrozumiem, bo ze względu na fakt, jaką państwo wykonują pracę, otrzymujecie pewnie wiele takich wiadomości. Historia ta zaczyna się od spotkania na przystanku autobusowym w Krakowie - gdzieś pomiędzy zatrzymaniem się jednego tramwaju a przyjazdem kolejnego. Na ławeczce siedzi starszy człowiek, wygląda jakby czekał na autobus. Jego twarz pokryta jest zmarszczkami, ale w oczach widać błysk zainteresowania jak u małego dziecka.

Podchodzę i pytam, która jest godzina. "To zależy czy pani wierzy?" - słyszę odpowiedź. W takiej chwili uwierzcie mi można przeanalizować całe swoje duchowe życie, ale nieznajomy mężczyzna dodaje: "Wierzy w mój zegarek". Od tej pory zaczyna się rozmowa. Rozmowa, która rozpoczyna wspaniałą znajomość, którą do dziś od blisko dwóch lat utrzymujemy.

Dziś Pan Janusz leży w szpitalu i tak na prawdę jedyne czego by sobie życzył to móc podzielić się z innymi historią, na której spisaniu spędził ponad 20 lat swojego życia, historia opowiada o matce zesłanej do obozu. Historia jakich wiele powiecie, ale ta jest wyjątkowa, tak samo jak wyjątkowy jest ten człowiek. Pan Janusz w tym roku skończył 85 lat, ale w pewnym momencie swojego życia postanowił dotrzeć do miejsca, gdzie zmarła jego matka. Włożył w poszukiwania wiele serca i wysiłku, ale udało się. Odnalazł miejsce śmierci swojej matki do ostatniej pryczy, na której leżała.


Nawiązałem kontakt z panią Małgosią. Okazało się, że jest w Wielkiej Brytanii, ale na moją prośbę próbowała skontaktować mnie z bohaterem tekstu. Jednak przez kilka miesięcy pan Janusz chorował, nasze spotkanie wciąż się odwlekało, a sprawa wywiadu odeszła nieco w zapomnienie. Gdy zadzwoniłem do pana Janusza w połowie lutego, usłyszałem: "Panie Krzysztofie, bardzo chętnie się spotkam, ale proszę sobie wyobrazić, że znowu jadę karetką. To już chyba dziesiąty raz w tym roku. Proszę spróbować za dziesięć dni". I wreszcie się udało: "Jestem już w domu. Trochę kaszlę, ale zapraszam pana do mojego mieszkania do Krakowa".

Janusz Horzemski: Zacznijmy od tego, co nas łączy, a łączy nas...

Krzysztof Majak: ...znajomość z panią Małgosią.

W zeszłym roku byłem bardzo chory. Zachorowałem 6 stycznia na ogromny kaszel, który trwał 6 miesięcy. Jego częstotliwość w tym najgorszym okresie wynosiła jedno kaszlnięcie na 10 sekund, a ataki trwały nawet do 13 godzin.

Co to była za choroba?

Rzecz zupełnie niespodziewana. Historyczna choroba - koklusz. Stałem się bardzo słaby... Straciłem jakieś 70 procent sił fizycznych, co było dla mnie ogromnym problemem, bo od wielu lat jestem działkowcem. W połowie maja trochę mi się poprawiło i zacząłem intensywnie pracować na działce – tyle, ile mogłem. Właśnie miałem jechać spod Akademii Pedagogicznej na swoją działkę, kiedy podeszła do mnie jakaś młoda osoba. Bardzo grzecznie się zapytała: "Przepraszam pana, która może być teraz godzina?". Zdziwiłem się, że w XXI wieku ktoś nie ma zegarka? Spojrzałem na nią... Piękna, wysoka, szczupła, długowłosa, czarnolica dziewczyna.

Małgosia. 

Tak. Zażartowałem sobie... Powiedziałem, proszę pani, jeśli jest pani osobą wierzącą, ale naprawdę bardzo wierzącą w mój zegarek, bo ja mu nie dowierzam, to powinno być około w pół do dwunastej. Zaczęła się śmiać. A skoro powiedziałem "A", to trzeba było powiedzieć też "B". Kiedyś napisałem wiersz o polskim rządzie. Jego rzecznikiem był jeszcze Jerzy Urban. Wiersz był o tym, kogo to rząd musi słuchać i co obiecywać. Zakończyłem go frazą, którą opowiedziałem pani Małgosi:

"A ja ci nie wierzę panie premierze. Nie wierzę w sukces tamten czy ten. Ja wierzę tylko w podwyżki cen". 

Znowu zaczęła się śmiać i zapytała, czy piszę wiersze. Powiedziałem, że tak, czasem mi się zdarza, a czasem piszę prozą. - A co pan pisze prozą? - zapytała. Powiedziałem jej wtedy, że napisałem dużą pracę o ojcu, który był oficerem Wojska Polskiego i siedział w niewoli niemieckiej. Ojciec należał do garnizonu katowickiego. Sporządzał notatki, w których odnotował noc po nocy, dzień po dniu, całą kampanię wrześniową. Od rozpoczęcia wojny aż do wzięcia do niewoli. To niewiarygodny dokument historyczny. Posłałem go do Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Dostałem odpowiedz, że to jest druga co do wielkości praca dotycząca kampanii, którą posiadają. No i napisałem też pracę o matce... 

I to jest ta praca, która leży przed nami i z powodu której się spotkaliśmy.

Tak. Moja matka została aresztowana przez NKWD. Skazano ją na dziesięć lat za AK. 


Kiedy to było?

Czterdziesty piąty rok proszę pana. Wywieziono ją do sowieckiego łagru, gdzie przeżyła dwa lata. Do mnie na ten temat doszła tylko jedna wiadomość - "Połowinka". Tak nazywało się miejsce, do którego trafiła. Ale szukaj wiatru w polu na tak gigantycznym obszarze Związku Radzieckiego, który od wschodu do zachodu ma 10 tys. kilometrów, a od północy do południa 6200 kilometrów. 

Jak dotarła do pana wiadomość, że była to "Połowinka"?

Jedyną wiedzę, jaką miała moja matka to to, jak nazywała się stacyjka. Reszta to były lasy. Przyszła od niej stamtąd jedna, jedyna wiadomość, która nota bene do mnie nie dotarła. Dostali ją moi znajomi we Lwowie. Oni dali ten list jakiejś pani Róży. Nikt tak naprawdę nie wie, kim była ta kobieta. Nikt nie wie, dlaczego list trafił właśnie do niej.

Ile pan miał lat, gdy NKWD przyszło po pana mamę?

Miałem 16 lat. Przyszli po moją mamę, a mnie zostawili. Do naszego mieszkania wdarły się cztery rodziny radzieckie, w tym jedna NKWD-zisty. Mama nie była ostrożna i trochę się brała na rozmowy i dlatego została aresztowana. Trzymała w piwnicy archiwum AK-owskie, które znaleźli. A u Rosjan jest taki zwyczaj, że jak zaaresztują, to przez pół roku nie ma żadnej wiadomości. A zaaresztowali ją 23 stycznia. Pierwsza wiadomość pojawiła się dopiero po pół roku, kiedy już było po procesie, po skazaniu i przetransportowaniu z więzienia ostrego do obozu przejściowego. 

Tak więc mając 16 lat zostałem zupełnie sam, w środku zimy, w tym co miałem na sobie. Ojciec był wtedy w niewoli niemieckiej. Dali mi 10 minut, abym coś zabrał. Zdążyłem wziąć zeszyty z kompletów. Ją wywieziono na ulicę Kadecką we Lwowie, gdzie była centrala NKWD, a później na ulicę Zamarstynowską do bardzo ciężkiego więzienia. Potem na ulicę Pełtewną. Dopiero z Pełtewnej zaczęły przychodzić jakieś wiadomości. Przychodziły grypsy od mamy. Trwało to mniej więcej pół roku, a potem dowiedzieliśmy się, że zaczęły się przygotowania do wyjazdu. Ktoś próbował uciekać, więc wpakowali wszystkich do pociągów i wywieźli. 

Gdy dojechali na miejsce, przyszła ostatnia wiadomość od mamy - "Jestem w Połowince. Pracuję w tartaku przy maszynach i przy ładowaniu trocin. Jest o tyle dobrze, że cieplej, bo jestem pod dachem". 


A co było z panem?

Był już koniec 1945 roku. Byłem sam i uciekłem ze Lwowa. Udało mi się dotrzeć do Krakowa po bardzo wielu perypetiach. Zgłosiłem się do Polskiego Urzędu Repatriacyjnego, który przewoził Polaków ze Lwowa do Polski. Dali mi papier i cudem dostałem się do Przemyśla. Wtedy już wiedziałem, że jestem u siebie. Najpierw przyjęła mnie rodzina w Krakowie, a później dostałem się do internatu w Zakopanem, gdzie do 1947 roku kończyłem pierwszą i drugą klasę licealną. Po maturze wróciłem do Krakowa na studia. 

A co z pana ojcem?

Mój ojciec wrócił, gdy byłem już po maturze. Był wycieńczony, bo bardzo cierpiał na dwunastnicę. Leżał osiem miesięcy w szpitalu, operowano go na żołądek, później miał żółtaczkę. W Krakowie znalazł się pierwszego września 1947 roku. Zaczął rozsyłać wiadomości do Czerwonego Krzyża, że żona została aresztowana przez NKWD i że szuka jakiejś wiadomości o jej losie. 

Ktoś odpowiedział?

W 1948 roku dostał list. Wtedy na wiosnę zaczęli wracać pierwsi Polacy, bo była amnestia. Wracali też ci z Połowinki. Odezwała się do nas niejaka Kościołkowska. Imienia nie pamiętam. Znalazła nasz adres w PCK. W liście napisała: "Byłam z pana żoną w łagrze Połowinka, ale pańska żona zmarła 13 grudnia w 1947 roku". Mi ojciec o tym liście nie powiedział. Dowiedziałem się tylko, że przyszło zawiadomienie z Czerwonego Krzyża, że mama nie żyje.


Dlaczego nie powiedział?

Tego właśnie nie wiem. Ojciec wystąpił do sądu o uznanie mamy za zmarłą. Miał wtedy 50 lat i stracił już dwie żony. Po pierwszej wojnie pierwszą, gdy brał udział w kampanii z bolszewikami pod Kijowem, a gdy wrócił dowiedział się, że żony nie ma, bo zmarła na tyfus. Za drugim razem to samo. Poszedł na wojnę, wraca, a żony nie ma. Postanowił więc trzeci raz założyć rodzinę. Zapytał mnie, czy chcę uczestniczyć w przewodzie sądowym, ale zrobił to tak, jakby nie chciał, abym tam był. Nie wiem czemu, może chciał mnie oszczędzić? Przecież ja byłem najważniejszym świadkiem, bo byłem przy aresztowaniu mamy!

Który był rok?

1949. Postanowiłem wtedy, że zacznę szukać informacji o jej losach. Miałem wtedy atlas szkolny 1:30 000 000. Wiedziałem tylko, że mama była w Połowince w obwodzie Mołotowskim. Nie mogłem przecież pójść do konsulatu radzieckiego i pytać, gdzie jest to miejsce. Zaraz by zapytali, po co mi ta wiedza, że mogę być szpiegiem itd. 

A wie pan, Ruscy to są Ruscy. Z nimi nie ma dyskusji. Kto ich nie przeżył na własnej skórze, ten nie wie, co to znaczy. Do tej pory błękitny kolor czapki NKWD-zisty wywołuje we mnie lęk... Mamy przykład, co się dzieje teraz na Ukrainie... 

Ale wracając do mojej historii. Jestem z wykształcenia geologiem, a więc i mimowolnym kartografem. Moim hobby było kupowanie map turystycznych. Akurat była taka nowa seria, gdzie pokazała się duża mapa europejskiej części Związku Radzieckiego. Ale to była tylko mapa w skali 1:3 000 000. 

Czyli nadal był pan skazany na szukanie igły w stogu siana.

Do 1952 roku nie miałem żadnych wiadomości. Studiowałem wtedy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Któregoś dnia na ćwiczenia przyszedł nowy prowadzący i zaczął sprawdzać listę. Wyczytał moje nazwisko - Janusz Horzemski. Nie zauważyłem, że z tyłu sali podniosła się jakaś osoba, zupełnie mi nieznana. Podeszła do mnie na przerwie i zapytała: 

"Czy pan nazywa się Janusz Horzemski?" - Tak. "Czy pan miał matkę Halinę?" Tak. "Czy była wywieziona?" Tak, do jakiejś Połowinki, więcej nie wiem dokładnie dokąd. "Czy pan coś o niej wie?" Wiem tylko, że zmarła. "Ja tam z nią byłam. Zmarła na moich rękach" – usłyszałem...

Czy pan sobie zdaje sprawę, jak mną zatrzęsło? Ja jej nie szukałem. To ona mnie znalazła. Przypadek zadecydował, że się spotkaliśmy. Chciała zacząć od razu opowiadać, ale powiedziałem że nie, że musimy iść do mnie do domu. Wtedy byłem już pół roku żonaty. Mieliśmy córeczkę i mieszkaliśmy w bardzo małym pokoiku. Spotkaliśmy się w domu i zaczęła się cała relacja.


Co mówiła?

Że było to gdzieś w Tajdzie, bo lasy i mrozy są tam wielkie. Były w grupie pięćdziesięciu kilku kobiet jadących ze Lwowa. 23 studentki i 3 osoby starsze o pokolenie, w tym matka jednej z tych dziewcząt, jeszcze jedna pani i moja mama. Przydzielili je do wyrębu lasu, a mamę jako starszą dali do tartaku, a później do prania odzieży roboczej.

Ile lat miała wtedy pana mama?

To był 1945 rok, więc miała 45 lat. Mama od zawsze chorowała na wątrobę. Przy tym strasznym, kwaśnym i zgniłym chlebie, jaki im tam dawali, to była tragedia dla jej wątroby. Jedynym ratunkiem, bo lekarz nie miał tam nic poza łyżką, była głodówka. Moja mama zrobiła sobie głodówkę, a otrzymywane porcję chleba odkładała. Po piątym dniu głodówki nie wytrzymała i zjadła wszystko na raz. Dostała skrętu kiszek. Trafiła do lekarza w drugim podobozie. Kobieta, którą spotkałem na Uniwersytecie, jechała tam z nią. Później z tego drugiego podobozu wieźli ją saniami do miasta, ale już jako martwą. Był 13 grudnia 1947 roku.

Zna pan jej ostatnie słowa?

Nie proszę pana. Byłem w takim stanie, że nawet nie pytałem, tylko słuchałem. Skończyliśmy razem studia z tą dziewczyną. Pogodziłem się ze wszystkim, co się wydarzyło. Stwierdziłem, że trudno. Jak nie ma mamy, to nie ma mamy. I tak było aż do 1989 roku.


Czyli przez prawie 40 lat sprawa wydawała się być zakończona. Co wydarzyło się w 1989 roku?

Był wieczór. Zadzwonił telefon i zgłosiła się jakaś nieznana mi kobieta. Przedstawiła się jako Janina Tyczyńska. Powiedziała:

"To nazwisko jeszcze dziś nic panu nie mówi. Moje panieńskie nazwisko to Stebnicka i to ono jest ważne. W latach 1945-1947 byłam razem z pana matką Haliną Horzemską w łagrze Połowinka. Mieszkałyśmy w tym samym baraku, na pryczach naprzeciwko siebie. Dostałam wtedy zapalania płuc i wywieziono mnie do szpitala, gdzie będąc chorą musiałam pracować jako salowa. Miałam kontakty z lekarzami... Któregoś dnia zrobił się ruch, bo przywieźli martwą Polkę".

Tą martwą Polką okazała się moja mama. Kobieta, która do mnie dzwoniła przygotowała ją do posługi pośmiertnej. Od lekarzy, którzy zrobili sekcję mojej mamie dowiedziała się, że miała tak zmasakrowaną wątrobę, że dziwili się, że w ogóle żyła. Miała skręt kiszek i zawał serca, bo ją też brali później do lasu, co było ponad jej siły.

Powiedziała też, że to było na Uralu. Nie grzebią tam zmarłych zimą, bo nie mogli wykopać grobu. Wywozili ciała do jakichś bunkrów, gdzie leżały do maja, do czerwca, aż ziemia się rozmrozi i wtedy dopiero chowają. Jeżeli chowają...

Jak to "jeżeli"?

O tym później. Ta kobieta namówiła mnie, abym wstąpił do Związku Sybiraków, do czego miałem pełne prawo jako syn zesłanej. Zrobiłem to i oni akurat organizowali wystawę "Sybiracy". Była poświęcona Sybirakom Carskim i tym późniejszym. Były tam najróżniejsze fotografie, książeczki do modlenia, różańce z chleba itd. Ponieważ miałem trochę materiału tekstowego zrobiłem planszę poświęconą matce. Było to w 1990 roku.

Rok później znów zadzwonił telefon. Była to moja kuzynka z trzeciej klatki. Powiedziała, że przyjechał do niej pan prof. Jerzy Węgierski. To historyk, który zbiera informacje na temat działalności AK na wschodnich kresach Polski, takich jak Lwów, Stanisławów, Wołyń itd. Powiedziała: "Może byś z nim porozmawiał?" - Zgodziłem się.

Przyszedł starszy pan i wypytywał, co robiła moja mama, jak wyglądała rewizja, co znaleźli itd. Ale to była stuprocentowa tajemnica. My nic o sobie nie wiedzieliśmy. Ani rodzice o nas, ani my o rodzicach. Komplety (nielegalne zajęcia poza szkołą - red.) były tak utajnione, że prawie nikt o nich nie wiedział. 


To pana mama nie wiedziała, że był pan na kompletach?

Mama wiedziała, bo one się odbywały w naszym mieszkaniu za okupacji niemieckiej. To było czteropokojowe mieszkanie. W jednym byli urzędnicy niemieccy, a w dwóch cywile. Czyli trzy pokoje były zajęte przez Niemców, a my w czwartym, gdzie odbywały się komplety. 

Jak to możliwe, że nie wpadliście?

Jak to mówią Niemcy, porządek musi być, więc wychodzili z domu o wpół do ósmej i wracali o czwartej dwadzieścia pięć. Wiadomo było, że przez ten czas nie wrócą. No ale wróćmy do pana prof. Węgierskiego. 

Wypytywał i wypytywał. Stwierdził, że mama raczej nie była czynnym żołnierzem, ale mogła być w kolportażu lub archiwizacji. Powiedziałem, że znaleźli gazetkę "Słowo Polskie", a to była gazetka Narodowej Organizacji Wojskowej, czyli ND-ckiej. Zapytał w końcu, dokąd została wywieziona. Powiedziałem, że do Połowinki. A on na to: "Ja tam też byłem".

Zacząłem go błagać, aby powiedział mi cokolwiek, gdzie to jest. Bo ludzie już powracali i wszyscy mówią tylko, że nazywało się to Połowinka i chwała Bogu, że wrócili. On miał wtedy 17 lat i dołączyli go do geodetów, więc nie przechodził takiej katorgi jak moja mama. Profesor zapytał mnie, czy mam jakąś mapę. Wyciągnąłem tę wielką mapę, od Europy aż po Ural. Podszedł do niej, znalazł rzeki Kama, Koźwa, Jaźwa, Uźwa i postawił mi obok nich kropkę...

Czy pan zdaje sobie sprawę, jaką wartość miała dla mnie ta kropka? To była kropka z niebios, bo dzięki niej byłem troszkę bliżej. Ale zastanawiałem się, co z tym dalej zrobić.


I co pan zrobił?

Przypomniałem sobie, że mam bardzo dobrego znajomego. Mieszka w Ameryce i jest bardzo znanym politykiem i moim kuzynem. Nazwałem go "Zbyszkiem z Brzezin". Jego ojciec był przed wojną ambasadorem polskim w Montrealu w Kanadzie. W 1946 roku wysłałem mu list z internatu w Zakopanem, że z matką jest taka i taka sprawa. Pytał, wtedy, czego potrzebuję. Poprosiłem o buty narciarskie, bo mieszkałem w zimowej miejscowości, gdzie jeździ się na nartach. Przysłał mi wtedy narciarskie buty.

Pomyślałem, że napiszę do niego znowu. Zrobiłem mapkę o wielkości 5 na 5 centymetrów. To był wyrys z tej rosyjskiej, wielkiej mapy. Zarys rzek, jezioro, zarys miasta. Zapora jest na rzece Koźwa i tam była postawiona kropka. Napisałem do "Zbyszka z Brzezin", że podobno w Ameryce są satelitarne zdjęcia całego świata. "Może udałoby ci się mi pomóc?" Nie mogłem napisać wprost, o co go proszę, więc stwierdziłem, że chodzi mi o zdjęcia z bardzo, bardzo wysoka...


I przysłał coś?

Minęło dwa, może trzy tygodnie i przyszedł list i mapa prawie 12-krotnie dokładniejsza od tej rosyjskiej, którą miałem. To byłaczytelna mapa... Na niej widziałem już wszystko, co chciałem. Ale to był wciąż tylko rysunek... Był rok 1991.


Co dalej?

Około roku 1997 włączyłem radio. Było chyba około 21:00. Usłyszałem końcówkę wiadomości ze znaną mi historią. Że był podkop, więźniowie uciekli itd. Nie zdążyłem tak szybko zanotować. Powiedzieli tylko, że druga część audycji pt. "Przystanek Połowinka" będzie za tydzień o tej samej porze. Czekałem wtedy już z magnetofonem, aby nagrywać. Ukazał się wywiad z jedną z łagrowniczek, które tam były z moją mamą. Panią Danutą Kominiakową, z domu Kysiakówną. Prowadziła go pani redaktor Romana Bobrowska.

Byłem szczęśliwy, bo wniosła bardzo wiele wiadomości o ostatnich chwilach życia mojej mamy. Mówiła o zimie, o pracy, o zmęczeniu... Niestety przez pomyłkę skasowałem połowię tego nagrania. Napisałem do radia z prośbą o udostępnienie mi archiwum. Po dwóch tygodniach przesłali mi obie audycje. To znowu był niesamowity zbieg okoliczności, że trafiłem na wywiad o łagrze Połowinka.

W tym momencie pan Janusz wskazuje mi na cukiernicę, mówiąc: Ona była jeszcze częścią zastawy, która była wyprawką ślubną dla mojej babci. Jest jeszcze zamykana na kluczyk, aby służąca nie kradła cukru.

Wróćmy do pańskich poszukiwań.

Dobrze. Był już rok 2004. Mam rodzinę we Frysztaku, czyli w miejscowości z której pochodzi moja żona. Jak już mówiłem, mój ojciec odzyskał wolność dzięki orzeczeniu o śmierci żony. Założył nową rodzinę, zresztą za moją akceptacją. Ta pani, trzecia żona mojego ojca, pochodziła ze wsi pod Frysztakiem. Miała swoją posiadłość ziemską, gdzie i mnie przyjęli, i gdzie poznałem później swoją żonę. Tam jest pochowany mój ojciec i symboliczne epitafium mojej mamy na grobie babci, matki Haliny.

W międzyczasie ukazał się "Kalendarz Sybiraka" oraz książka, która jest za panem. To "Gułag" pani Anne Applebaum, żony Radosława Sikorskiego. Książki przerażające. Od 2005 roku zacząłem pisać na komputerze o swojej matce. Zrobiłem około 20 egzemplarzy. Praca nie została opublikowana.

Dlaczego?

Istnieje prawo autorskie, a w swojej książce wykorzystałem fragmenty audycji radiowej pani Kominiakowej, którą cytuję co do jednej literki. Nie wiem, czy ta pani mnie źle zrozumiała, ale odpisała mi, że mogę przekazać pracę do ośrodka Karta. Na tym stanęło. Nie otrzymałem zgody na wydrukowanie. Do prof. Węgierskiego, który otrzymał jeden egzemplarz, zgłosił się nawet wydawca, który chciał to wydać. Powiedział jednak, że trzeba jedną trzecią wyrzucić. Nie mogłem się na to zgodzić. Do druku nie doszło.

I taki jest koniec tej historii?

Nie. W 2008 roku przyjechałem odwiedzić córkę. Mój wnuk - komputerowiec - zawołał mnie do swojego pokoju i zaczął pokazywać jakieś miasto. Kazał mi się przyjrzeć dokładnie. Okazało się, że był to mój dom. Nie wiedziałem, że takie coś jest możliwe. Zapytałem, czy nie mógłby sięgnąć dalej, aż na Ural. "Bez problemu dziadku" - odpowiedział.

Podałem mu nazwy miejscowości, które znalazłem na mapie od "Zbyszka z Brzezin". To, co widziałem na mapie, było tylko rysunkiem, a dopiero teraz zobaczyłem prawdziwą ziemię. Znowu zbieg okoliczności, że trafił mi się wnuk, który to potrafił zrobić i mi to podsunął. Wydrukował mi też kolorowe zdjęcia Połowinki. Dzięki nim byłem już tak blisko, że widziałem pojedyncze źdźbła trawy...

W czerwcu 2008 roku dostałem od mojego sąsiada książkę na urodziny. "2350 dni okupacji Lwowa". W tej książce była maleńka reprodukcja chustki jednej z więźniarek, które były na ul. Kadeckiej we Lwowie. Ominąłem ją, ale po chwili coś mnie tknęło, aby spojrzeń na nią jeszcze raz. Powiększyłem ten obrazek, a tam był podpis mojej mamy. Trafiłem na niego w 2008, podczas gdy rozstałem się z mamą w 1945 roku. Po tylu latach... zza grobu się do mnie odezwała...

25 lipca w 2008 roku wnuk przyniósł mi kolorową mapę tamtej okolicy, ale rosyjskiej produkcji. Była lepsza i dokładniejsza od amerykańskiej, no bo przecież robili ją u siebie. W 2011 roku wnuk dał mi też fotografie, na której widać płot i wieże strażnicze i barak z widocznym kominem. To był ten tartak i ten obóz. Byłem jeszcze bliżej. Gdzieś tu pracowała moja mama.


21 listopada na moje imieniny dostałem od wnuka Marcina serię fotografii z internetu wykonanych przez lotnika, który leciał wzdłuż rzeki i robił zdjęcia z góry. Stąd wiem, że obóz jest około cztery kilometry od tego miejsca. Pod koniec mój wnuk znalazł też listę ludobójstwa narodu polskiego na kresach. Na tej liście także jest i mama.

Kolejna seria zdjęć, którą otrzymałem byłą robiona zimą. Cała stacja Połowinka jest na nich widoczna.

Ponieważ wysłałem do pani Kominiakowej egzemplarz mojej książki, przysłała mi w odpowiedzi książkę swojego autorstwa pt. "Byłam w sowieckim raju". Napisała, że jest w niej opisana śmierć mojej mamy. Zaznaczyła w którym miejscu. Fragmenty tej książki również wstawiłem do swojej pracy.

W książce "Byłam w sowieckim raju" znajdują się nieprawdopodobne rysunki. Plan obozu, rozmieszczenie baraków, a także sam plan pojedynczego baraku wraz z pryczami. Dalej korespondowałem z panią Kominiakową, którą poprosiłem, aby spróbowała mi odtworzyć z pamięci, gdzie kto leżał. – Były prycze podwójne i pojedyncze - powiedziała mi z pamięci. - Tu leżałam ja z córką – pokazała palcem. - Tam była taka dziewczyna, tu tamta, a pana matka leżała najprawdopodobniej na pryczy siódmej na parterze – usłyszałem. W ten sposób dotarłem symbolicznie do pryczy, na której moja mama spędziła ostatnią noc swojego życia. Pan sobie zdaje sprawę, jakie to było dla mnie mocne?

Jak pan zareagował?

Ja zareagowałem twórczo, bo musiałem zebrać te informacje do swojej książki. W zeszłym roku usłyszałem w radiu wiadomość, że w internecie można znaleźć zdjęcia pana Pawela Blaszki - Czecha - który razem ze swoją ekipą wędruje po poradzieckich łagrach i fotografuje to, co jeszcze się zachowało. Można było zajrzeć do środka, jak te prycze wyglądały. Bo na fotografii z książki "Gułag" był męski łagier wraz ze zdjęciami ludzi, którzy w nim mieszkali. Widać na nich, jak wygląda łaźnia, izolator, sala chorych itd. Było tam też zdjęcie, na którym kobiety pracują w lesie przy wyrębie lasu obok skromnego grobu. I tak sobie pomyślałem: "Mamusiu, żebyś ty chociaż taki grób miała".

Pewnie też taki miała...

Ale dlaczego ja w to wątpię... Bo pani Tyczyńska powiedziała mi, że zabrali je kiedyś na karczowanie lasu pod jakieś przyszłe jezioro. Po żywność kazali im iść przez jezioro - po lodzie. Widziała wtedy, że z brzegu wymywanego przez wodę wystają po prostu szczątki ludzkie. Oni ich nawet nigdzie nie wywozili, tylko po prostu wrzucali do jeziora. W swojej książce pod zdjęciem z "Gułagu" napisałem właśnie. "Mamusiu, obyś ty chociaż taki grób miała. Bo być może w ogóle go nie masz, tylko w tym jeziorze jesteś"... Zbliżamy się do końca, bo bajka się kończy... Bajka się kończy...

Kończy się, ale udało się panu pozbierać ją w jedną całość.

Ten łagier, w rosyjskiej nomenklaturze nazywał się "Szyrok łag 204 - leśnyj oddział", czyli do wyrębu lasu. Były też oddziały górnicze, kopalniane, urzędnicze, mechaniczne i leśne. Na tych wszystkich zdjęciach, które otrzymałem, starałem się wypatrzeć, gdzie ten obóz mógł się dokładnie znajdować. Dziś w tym miejscu jest jakiś nowy zakład przemysłowy. Obozu już nie ma. Na tym bym właściwie zakończył dzieje powstawania mojej pracy...


I wtedy poznał pan panią Małgosię, która napisała do mnie maila.

Tak. Gdy już miałem to wszystko zrobione i powysyłane do zainteresowanych osób, został mi jeszcze jeden egzemplarz w domu. Pani Małgosia powiedziała, że chciałaby tę pracę przeczytać, po tym jak dowiedziała się, że dotarłem do pryczy, na której mama leżała.

I zgodził się pan?

No tak, ale pojawiło się pytanie, jak to zrobić proszę pana. Przepraszam, z całym szacunkiem, ale nieznanej dziewczyny, nieznanej mi osoby, zwłaszcza, że to dziewczyna, przecież do mieszkania nie zaproszę. Jak ona by to przyjęła? Poza tym plotki ludzkie to są plotki ludzkie. Jak inni by to przyjęli? Niektórzy potrafią ześwinić człowieka... Powiedziałem jej zatem, że skoro jest lato, a ja bardzo intensywnie pracuję na działce, to gdyby i ona chciała tam przyjść, to ja tę książkę przyniosę. "Pani będzie sobie siedziała i czytała, a ja zrobię swoje rzeczy" – tak do niej powiedziałem.

Zgodziła się. Przyszła, a ja przygotowałem dla niej jakiś maleńki poczęstunek z rzeczy działkowych. Usiadła. Powiedziałem jej, aby uważnie czytała, bo w tej książce jest bardzo wiele wiadomości. Nie tylko tych moich osobistych i rodzinnych, ale również ogólnych o tamtych czasach. Tak się złożyło, że trzykrotnie była na mojej działce i czytała... Właściwie to nie było czytanie, to było studiowanie...


Jaka była jej reakcja po przeczytaniu?

Przyszedł lipiec i Małgosia musiała wyjechać. Nie dokończyła czytać. Nie mogłem jej tego pożyczyć, bo miałem jedyny egzemplarz. Myślałem, że pojawi się z powrotem we wrześniu. Czekałem więc... Przystosowałem nawet działkową altanę i zrobiłem stolik w środku, aby było jej wygodniej, gdy wróci. Ale zrobiło się zimno, więc przestałem jeździć na działkę. Gdy po jakimś czasie zadzwoniła, poprosiłem ją do swojego domu. Ona siedziała tu, gdzie my teraz, a ja naprzeciwko przy szklanym stole. Była tu jeszcze trzy razy i tu dobrnęła do końca. Była bardzo zadumana...

Zacząłem tę pracę pisać w 2005 roku, ale materiały zbierałem od 1945 roku. Pomyślałem sobie, że jeszcze muszę zrobić pewną klamrę, aby podsumować, zamknąć to wszystko. Powiedziałem, "Pani Małgosiu", a właściwie "pani Margaretko", bo tak się do niej zwracałem. "Pani Margaretko, czy nie poszłaby pani ze mną jeszcze w jedno miejsce? Zgodziła się, ale zapytała dokąd pójdziemy. Poprosiłem, aby mi zaufała, że to na razie tajemnica.

Zdobył pan jej zaufanie...

Spotkaliśmy się trzy dni później. Przyjechała autobusem, a ja już oczywiście czekałem. Wsiedliśmy w tramwaj, a potem przesiedliśmy się do autobusu. Margaretka zapytała ponownie: "Dokąd jedziemy?" Nie chciałem jej powiedzieć. Wysiedliśmy na przystanku pod bramą Cmentarza Rakowickiego w Krakowie. Szliśmy w milczeniu.

Powiedziała w pewnym momencie, że zaczyna się czegoś domyślać, ale że nie bardzo rozumie, o co właściwie chodzi. Powiedziałem do niej: "Proszę pani, bardzo często bywa tak że jakaś praca, znakomicie napisana, znakomicie udokumentowana, z fotografiami, wykresami, mapami, nagle okazuje się znakomitą powieścią historyczną. Ma pani pełne prawo myśleć o tym, co ja zrobiłem, że to nie jest prawda. Że to jest tylko fikcja literacka. A prawda jest dopiero zapisana na grobach... Prowadzę panią do grobu mojego dziadka, do ojca mojej mamy. W tym grobie spoczywają już od paru lat prochy mojej małżonki i jeszcze coś". A to coś, to jest taka duża tablica proszę pana... To tekst pełnej martyrologii mojej mamy... Epitafium.


Musiała być niezwykle wzruszona...

Podeszliśmy, Margaretka stanęła jak wryta i widziałem że drży... Wczytała się w to wszystko, bo widziała to wreszcie na własne oczy. Wcześniej na fotografiach, a dopiero teraz w naturze. Zaczęła drżeć jej warga, a w jej oczach pojawiły się łzy. Powiedziała wtedy: Proszę pana, ja tu też będę przychodziła...

Czy pan zdaje sobie sprawę, jak ona mnie tym ujęła? Obca osoba, czyjeś dziecko tak się zainteresowało losem mojej mamy. Moja wnuczka się nie zainteresowała tak bardzo... Ani córka, ani zięć... Siostry, bracia też nie... Nawet słowem się nie zapytali. A ta dziewczyna tak się przejęła... Czy można było jej nie pokochać, jak dziecka? Tak się stało proszę pana... Pokochałem ją jak własne dziecko, a właściwie jak wnuczkę... Ja wprawdzie mam 18 lat plus VAT, ale tego VAT-u jest już kilkadziesiąt lat. Ja już mam 86 rok życia proszę pana.

Widzieliście się jeszcze później?

Tak, kilka tygodni później była premiera filmu "Syberiada" Janusza Zaorskiego. Nie miałem odwagi na niego pójść sam. Po tylu latach... Od 1945 roku odczuwam lęk na widok radzieckiego munduru z błękitną czapką, bo taką mają NKWD. A kto ich nie przeżył na własnej skórze, to nigdy nie będzie wiedział, do czego oni są zdolni.

Zdawałem sobie sprawę, co na tym filmie będzie. Poprosiłem więc Margaretkę, czy by ze mną nie poszła. Zgodziła się, a ja się ucieszyłem, że nie będę tego przeżywał sam. Ja zaprosiłem, więc ja kupowałem bilety. Seans na godzinę 15.00, jako człowiek starej daty byłem przekonany, że na takim filmie będą tłumy w kinie.

Trochę czekaliśmy, a gdy weszliśmy na sale, a tam oprócz nas są jeszcze dwie osoby. Seans panoramiczny, kolorowy... Sceny, w których członkowie NKWD strzelali były dla mnie ogromnie wstrząsające. Te tragedie... To, jak oni przeżywali Wielkanoc, gdzie kilkadziesiąt osób dzieliło się przepiórczym jajeczkiem... Byłem przerażony i ratowałem się trzymając ją za rękę.

Wyszliśmy z kina, a ona wyjechała do Londynu... Miała wrócić 15 października, ale nie wróciła. Przed samym wyjazdem dostałem jeszcze od niej książkę "Syberiada polska", a w niej dedykację. "Ile może wnieść w życie jedno zdanie: Która jest godzina?".

***

Pan Janusz nigdy nie odważył się zobaczyć miejsca śmierci matki na własne oczy. Pomimo że tak ważne było dla niego prześledzenie ostatnich dwóch lata jej życia, nigdy nie przekroczył wschodniej granicy Polski.

Pani Małgosia nadal przebywa za granicą i najprawdopodobniej nie wie jeszcze, że niezwykła historia pana Janusza została opowiedziana. W mailu, który otrzymałem od niej w październiku 2013 roku napisała również coś, co możemy uznać za naukę, która płynie z historii pana Janusza.

Małgosia "Margaretka"
Fragment maila nadesłanego do naszej redakcji.

Wyobraźcie sobie ilu trudu, listów, spotkań archiwalnych materiałów musiał zdobyć ten człowiek, aby znaleźć miejsce gdzieś za Uralem w jednym z obozów, przecież w tamtych czasach ludzie umierali w każdego dnia. Ale kiedy się czegoś bardzo pragnie, cały wszechświat sprzyja temu, żeby udało się to zrealizować i tak było z Panem Januszem, który spotykał na swojej drodze ludzi, którzy mu w tym pomogli. Kiedy już tracił nadzieję spotkał mężczyznę który na zakończenie postawił na wydrukowanej przez niego mapie czerwoną kropkę. Co więcej okazało się, że matka Pana Janusza zmarła na rękach jego koleżanki ze studiów.

Wszystkie te wspomnienia Pan Janusz opisał w książce którą własnoręcznie przepisał na komputerze i oprawił. A która spoczywa na półce, zwanej przeze mnie półką wspomnień. Zakurzona czeka na to, żeby zostać opowiedziana. To wspaniała historia która mówi o staraniach człowieka, któremu w podeszłym już wieku sens życia nadało podążanie za przeszłością swojej matki. Historia z której możemy nauczyć się, że w samotności sens życia może nadać nawet badanie duchów przeszłości.

"Życzę Ci wszystkiego co najlepsze dziecko, ale nie życzę Ci w życiu jednego - samotności, bo najgorsza w życiu jest samotność".


Trwa ładowanie komentarzy...