Grupa naTemat

Pożegnanie prezesa. PGE wypłaci 6,9 mln ekipie Krzysztofa Kiliana

Pożegnanie prezesa. PGE wypłaci 6,9 mln ekipie Krzysztofa Kiliana
Pożegnanie prezesa. PGE wypłaci 6,9 mln ekipie Krzysztofa Kiliana Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Odprawa dla byłego prezesa PGE, Krzysztofa Kiliana i jego współpracowników, którzy odeszli ze spółki w ubiegłym roku, wyniesie astronomiczne 6,9 mln zł. Nowy prezes Marek Woszczyk już podpisał swój prywatny kontrakt ze spółką, gwarantujący wysoką pensję i odprawę. Najlepiej zarabia się odchodząc z pracy. To zasada złotego spadochronu, która wciąż działa w spółkach skarbu państwa.

Zwolnienie ekipy Krzysztofa Kiliana będzie kosztowało kontrolowaną przez Skarb Państwa spółkę 5 razy więcej niż rozstanie z jego poprzednikiem Tomaszem Zadrogą. Do tego suma wynagrodzeń i odpraw wypłaconych kadrze kierowniczej PGE sięgnęła niebotycznej kwoty 13,5 mln zł, o 5 mln więcej niż w poprzednim roku. Autorzy sprawozdania finansowego PGE postanowili umieścić w rachunkach dopisek z wyjaśnieniem.

Członkowie zarządu zatrudnieni są na podstawie umów cywilno-prawnych o zarządzanie (tzw. kontrakty menedżerskie). Istotny wzrost wynagrodzeń zarządu jest spowodowany utworzeniem rezerw na wynagrodzenia byłych członków zarządu z tytułu zakazu konkurencji.


Bo nie chciał budować
Wbrew powszechnej praktyce, obowiązującej wśród giełdowych spółek, PGE nie publikuje, ile konkretnie otrzyma każdy z menedżerów. Wysokie odprawy to głównie efekt polityczno-biznesowego konfliktu w spółce. Krzysztof Kilian znany jako bliski współpracownik i przyjaciel premiera Donalda Tuska, przeciwstawił się drogim i jego zdaniem nierentownym inwestycjom w rozbudowę elektrowni Opole. Wówczas rada nadzorcza PGE (jej członków wyznacza minister skarbu) odwołała dwóch współpracowników prezesa, Beatę Matuszewska i Krzysztofa Ostrowskiego. Wkrótce potem sam Kilian złożył rezygnację.

Odprawy PGE pokazują jak menedżerowie spółek Skarbu Państwa obchodzą zapisy tzw. ustawy kominowej, która od kilkunastu lat ma ograniczać ich zarobki. Teoretycznie szefowie państwowych spółek nie mogą zarobić miesięcznie więcej niż sześciokrotność przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Limit wynosi dziś około 23 tys. złotych.


Raport PGE wyjaśnia mechanizm obejścia zapisów. Wystarczy, że menedżer otrzyma zgodę rady nadzorczej (a faktycznie ministra skarbu), założy działalność gospodarczą i podpisze umowę o zarządzanie. Różnica jest kolosalna. Gdyby czteroosobowy zarząd otrzymywał maksymalne stawki, suma ich wynagrodzeń wyniosłaby niewiele ponad milion, a nie ponad sześć.

Nowy prezes już szyje
A teraz najlepsze. W przypadku Krzysztofa Kiliana i jego ekipy wysokie, „rynkowe” stawki płac mogły być uzasadnione, bo to menedżerowie z krwi i kości. Zanim przyszli do PGE, Kilian i Matuszewska kierowali największym i zyskownym operatorem telefonii komórkowej Plus. W PGE też zwiększyli zyski. Tymczasem swój kontrakt podpisał już Marek Woszczyk, który jak wynika z jego CV najwięcej lat, bo 14, przepracował jako urzędnik Urzędu Regulacji Energetyki (w 2011 został jego prezesem)

Publiczny rejestr przedsiębiorców CEIDG podaje, że Woszczyk w styczniu założył jednoosobową działalność "Marek Woszczyk Doradztwo Gospodarcze i Zarządzanie". Komu doradza? Nie ma wątpliwości. Podał swój służbowy adres: marek.woszczyk@gkpge.pl. Czy tak jak jego poprzednicy utkał już swój złoty spadochron?


Porządny znaczy drogi
PGE nie jest jedyne. O nagminnym kombinowaniu przy ustawie kominowej pisał dwa lata temu "Dziennik Gazet Prawna". Kontrakty menedżerskie wprowadzono wówczas do PKP. Ministerstwo Skarbu Państwa uzasadnia, że tylko w ten sposób można pozyskać do strategicznych i wartych miliardy złotych spółek Skarbu Państwa porządnych menedżerów.

139 tys. zł miesięcznie dla zarządu PKP SA pozwoliło ściągnąć Jakuba Karnowskiego, byłego szefa PKO TFI, oraz Piotra Ciżkowicza z Ernst & Young. W PKP PLK kontrakt otrzymał Jacek Kałłaur, były szef kadr w Telekomunikacji Polskiej, oraz Bogumiła Chlebicka, kiedyś członek zarządu TP Invest, spółki zależnej od Telekomunikacji Polskiej.

Kontrakty menedżerskie wprowadzono także dla kadry zarządzającej producenta prądu Enea i w Gaz-Systemie zarządzającym infrastrukturą przesyłową. Na kontrakcie pracowała również Grażyna Piotrowska-Oliwa, szefowa PGNiG odwołana rok temu po medialnej aferze z memorandum w sprawie budowy z Gazpromem nitki gazociągu jamalskiego przez Polskę. Piotrowska-Oliwa uzasadniała, że rynkowe stawki płac należą się jej, bo doprowadziła do porozumienia z Gazpromem, co potem przełożyło się na niższe o 10 proc. ceny gazu dla odbiorców indywidualnych. Odchodząc otrzymała 1,5 mln zł w związku z rocznym zakazem konkurencji.

Liczy się fun
A jednak w dużych państwowych firmach nie brakuje ludzi gotowych pracować za mniejszą pensję, gdy w zamian jest fun, wyzwania i sława menedżera, który wyprowadził państwowego molocha na prostą. W 2007 roku Andrzej Klesyk przyszedł do pracy w PZU za 19 tys. zł miesięcznie. Zarządzał majątkiem wartym miliardy złotych. Pod względem wysokości pensji był na 300. miejscu płac w firmie.

– Praca dla PZU to wartość sama w sobie. Pieniądze nie są w tym wszystkim najważniejsze. Liczy się także możliwość stawiania czoła niesamowitym wyzwaniom - mówił w jednym z wywiadów. Doprowadził do podpisania słynnej ugody z Eureko, a następnie wprowadził spółkę na giełdę. Kiedy udział skarbu państwa zmalał ,zaproponowano mu normalną rynkową stawkę. Obecnie Klesyk zarabia około 2 mln złotych rocznie.

– Nie mam nic przeciwko wysokim pensjom jeśli za tym idą sukcesy rynkowe. Zazwyczaj jednak menedżerowie na kontraktach najwięcej myślą o osobach, które wyraziły zgodę na możliwość obejścia kominówek – mówi naTemat jeden z byłych menedżerów państwowej firmy. Podaje przykład Joanny Strzelec-Łobodzińskiej, ministerialnej urzędniczki nominowanej na prezesa Kompanii Węglowej. Zarówno jej, jak i pozostałym wiceprezesom, zaoferowano po 50 tys. miesięcznie. Gdy spadły ceny węgla, nie potrafili obronić finansów firmy, która z miliardem złotych straty stanęła na krawędzi upadku.

Ustawę kominową uchwalono w 2000 roku za rządów SLD. Chodziło o to, żeby zapobiec dojeniu państwowych firm przez menedżerów nominowanych z politycznych powodów. Czy rzeczywiście rozwiązano problem? Absurdy i bezsens ustawy kominowej były wielokrotnie krytykowane. Wciąż jest jednak uchwalonym i obowiązującym prawem omijanym przy użyciu żenujących kombinacji.

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Spółki skarbu państwaBiznesDonald Tusk
Skomentuj