Taśmy opublikowane przez "Wprost" wywołały jeden z największych kryzysów w czasie siedmioletnich rządów PO-PSL. Ale też nie pierwszy atak na rząd wyprowadzony z tej redakcji. Wcześniej "Wprost" opisał sprawę zegarków Sławomira Nowaka, atakował wiceministra zdrowia, MSZ, a nawet Romana Giertycha świadczącego prawnicze usługi politykom PO. Publikacje miały też jeszcze jeden wspólny mianownik: niepokorne wzmożenie, którego nie powstydziliby się bracia Karnowscy.
A historia szczucia, presji, nacisków zostanie opisana prędzej, czy pózniej. Wszystko jest dokumentowane.
— Michał Majewski (@MajewskiMichal) czerwiec 25, 2014
I na koniec jedna wycieczka do tzw. prawicowej prasy. Nikt z was nie uderzył silniej we władze ostatnimi laty. Amber Goldem, Nowakiem...
— Michał Majewski (@MajewskiMichal) czerwiec 25, 2014
...i choćby tą historią, która jest teraz. To tak tylko dla przypomnienia, o dziennikarzach, którzy "tkwią w potężnym układzie".
— Michał Majewski (@MajewskiMichal) czerwiec 25, 2014
Nie zawsze jednak redakcji było po drodze z dziś deklarowaną niepokornością.
„Wprost” to wydawnictwo tabloidowe. Dobrze, że patrzy władzy na ręce, podejmuje istotne tematy, ale robi to bez odpowiedzialności. Byle tylko więcej sprzedać, być na topie.To świadczy o niedostatku pracy dziennikarskiej.
Krzykliwe okładki, głośne artykuły. Wydaje mi się, że część środowiska dziennikarskiego będzie się wstydzić, że popierała ten magazyn w trakcie akcji ABW.
Nie uważam jednak, że ustawia się pod PiS. To byłoby myślenie dalekosiężne, a wydaje mi się, że redakcja "Wprost" myśli raczej w perspektywie kolejnych tygodni i numerów.
Jak sugeruje Grzegorz Wszołek na Twitterze "Wprost" miał mieć także nagranie z rozmowy Krzysztofa Kwiatkowskiego z Janem Kulczykiem. Ale świat nie pozna jego treści, bo biznesmen to dzisiaj jeden z największych reklamodawców "Wprost". I na jego utratę wydawnictwo nie może sobie pozwolić.
– Mamy już pierwszych reklamodawców, którzy zrezygnowali, w tym korporacje międzynarodowe, które w swoich wartościach lubią być blisko rządu i boją się ewentualnych kłopotów – mówił.
Nic dziwnego, że teza o tym, że "Wprost" gra na zmianę władzy coraz częściej powtarza się w środowisku dziennikarskim. Publikacje tygodnika dają paliwo Prawu i Sprawiedliwości, osłabiając jednocześnie PO. Sondaże często pokazują zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego, a minimalna wygrana Platformy w wyborach do PE pokazuje, że przyszłoroczne wybory parlamentarne mogą zakończyć rządy Donalda Tuska. Wtedy PiS miałoby się odwdzięczyć "Wprostowi" dziś rzekomo znikającymi reklamami ze spółek Skarbu Państwa. A te, nieważne z jakiego źródła, bardzo by się redakcji przydały.
Po odejściu z "Wprost" Tomasza Lisa sprzedaż kioskowa tygodnika zaczęła szybko spadać. W lutym 2012 roku spadła o 11 proc. (rok do roku), w marcu o 21 proc. i wyniosła ponad 71 tys. Kiedy w styczniu 2013 roku prowadzenie tytułu przejął Sylwester Latkowski sprzedaż wynosiła 61 tys. Co z tego zostało po ponad roku? W marcu 2014 r. sprzedano tylko 47 tys. egzemplarzy.



