Wiesław Włodarski, biznesmen, którego Black pokonał Red Bulla. "Też piję energetyki, ale nie cztery dziennie"

Wiesław Włodarski - biznesmen, który pokonał Red Bulla. "Dzięki energetykom Polska się rozwija"
Wiesław Włodarski - biznesmen, który pokonał Red Bulla. "Dzięki energetykom Polska się rozwija"
– Też piję energetyki, ale nie cztery dziennie – mówi właściciel marki Black Wiesław Włodarski. A jest co opijać, bo jego napój energetyczny pokonał na naszym rynku światowego giganta - Red Bulla. Jak mówi, Polska wciąż goni Zachód i jest w momencie bardzo szybkiego rozwoju. Do tego potrzeba energii, a jego zdaniem napoje energetyczne i tak są najzdrowsze ze wszystkich "wspomagaczy".


Można powiedzieć, że mały Black pokonał wielkiego Red Bulla i jest liderem na rynku napojów energetycznych w Polsce. Tak po ludzku, cieszy się pan?

Wiesław Włodarski: 
Tak, jestem zadowolony, bo konsekwentna polityka marketingowo-cenowa w końcu musiała nas doprowadzić do tego celu.

To była trudna wojna?


Polska jest najbardziej zenergetyzowanym krajem na świecie. Mamy kilkadziesiąt różnych marek, które starają się zająć miejsce na podium. Mój dawny sukces z marką Tiger spowodował, że bardzo dużo ludzi ze świata biznesu chciało spróbować swoich sił w energetykach i zaczęli wymyślać nowe marki. No i rozpoczęła się mocna rywalizacja. Tym bardziej cenię sobie ten sukces, bo udało mi się wypromować energetyki w Polsce, a moja marka jest liderem. 

Konkurencja była ostra? Stracił pan przez nią przyjaciół biznesowych?


Ja jestem człowiekiem, którego konkurencja bardzo motywuje, niezależnie czy konkuruję z kolegami, czy nie. Nawet w sytuacji, kiedy próbowano zabrać mi markę, którą stworzyłem, nie obraziłem się na nikogo, tylko szedłem do celu. 

No właśnie, atmosfera wokół Tigera i pańskiego biznesu energetycznego była przez pewien czas nieciekawa. Jak pan wspomina ten okres? Było nerwowo?

No tak, tak... To była sytuacja bardzo nieprzyjemna. Wyjechałem wtedy na forum gospodarcze do Turcji i tam dowiedziałem się, że moją markę zajął komornik. Musiałem bardzo szybko zareagować i wymyślić coś, co na okres przejściowych trudności pozwoli mi dalej funkcjonować. Wtedy wpadłem na pomysł Blacka i nowej twarzy, dzięki czemu szybko udało się opanować sytuację.


Dlaczego właśnie Black, dlaczego właśnie Mike Tyson?

Będąc jeszcze na forum gospodarczym w Istambule, zabrałem dwóch kolegów do pubu i zamówiliśmy coś mocniejszego. Alkohol był sygnowany Blackiem. Pomyślałem, że przecież to takie proste! Black to premium, black to energia, czarny to nie kolor... Do tego dopasowałem ciemnoskórą legendę sportu i udało się.

Brał pan pod uwagę jeszcze inne twarze?

Pierwszą osobą, z którą rozmawiałem był Tiger Woods. Ale gdy później porównałem te dwie propozycje, zdecydowanie bardziej pasował mi Mike.

A czy nikt nie powiedział panu nigdy, że nazwa marki oraz postać mogą generować skojarzenia rasistowskie?

Ja tego nie zauważyłem. Pamiętam, że zwróciła na to uwagę moja córka, która jest dyrektorem marketingu w mojej firmie. Wytłumaczyłem jej, że jest wiele marek, które sygnuje ta nazwa. Porsche Black czy alkohole Black. 

Czy tylko znana twarz zadecydowała o sukcesie pańskiego napoju? Czy było jeszcze coś, jakiś złoty strzał marketingowy, który zapewnił zwycięstwo. 

Pamiętam sytuację, kiedy dziennikarz zadał mi pytanie: Dlaczego Mike? Powiedziałem mu, że oddam mu kluczyki do mojego samochodu, jeśli wskaże mi bardziej energetycznego faceta na świecie. Poza tym, kampania reklamowa z Mikiem jako celebrytą i legendą przypadła do gustu klientom. Dotarliśmy dzięki niej do szerszego grona konsumentów. Zwłaszcza kobiet, które są bardzo dużą grupą kupujących te produkty. 

A wejście do „Biedronki" było dla was znaczące?

„Biedronka" jest bardzo wymagającym klientem. Tak naprawdę weszliśmy do niej dopiero w momencie, gdy przetestowano w nich sprzedaż różnych energetyków. Stwierdzili, że najlepszą rotację z półki zapewnia im właśnie Black. Stało się to niespełna rok temu. 

I mieliście dzięki temu duży wzrost sprzedaży?


„Biedronka" jest ważnym, ale nie kluczowym kanałem dystrybucji dla energetyków. Dla nas najważniejsze są stacje benzynowe oraz małe sklepy.

Ma pan informacje, jak patrzą na pana ludzie z "Red Bulla"? Pewnie są zszokowani, że jakaś firma z Polski odbiera im pozycję lidera. 

Jestem przekonany, że toczy się tam burza mózgów. Red Bull musi zareagować na nasz sukces. Według mnie, koncept marketingowy z Mikiem Tysonem jako gwiazdą, dzięki któremu promujemy Blacka przez pryzmat „niepokorności”, „luksusu” czy „zabawy” nie jest gorszym konceptem marketingowym, niż sponsoring sportów ekstremalnych Red Bulla. 

Byli u pana? Próbowali was kupić?

Bezpośrednio nie rozmawiałem jeszcze z właścicielami Red Bulla, chociaż kancelarie pośredniczące w tego typu transakcjach zadawały mi takie pytania. 

I?

Nie rozmawiałem z nimi dłużej niż 60 sekund. Dziękuję, na razie Black nie jest na sprzedaż. Jesteśmy już w 56 krajach. W niektórych rozwija się szybciej, w innych wolniej, ale wszędzie coraz lepiej się sprzedaje. 

Mówi pan, że najważniejsze pod względem sprzedaży są dla was małe sklepiki i stacje paliw. Co to mówi o klientach?

To przede wszystkim napój dla osób, które podróżują bądź są aktywne wieczorami, lubią się bawić i nie chcą szybko zasypiać. Zamiast filiżanki kawy, chętniej sięgają po energetyki, które podajemy im w ciekawych wariantach smakowych. 

Z czego wynika, że jak Pan stwierdził "Polska jest najbardziej zenergetyzowanym krajem na świecie"?


Moim zdaniem bierze się to stąd, że spośród krajów byłego bloku jesteśmy największym krajem w Europie Środkowo-Wschodniej. Właściwie wszystkie koncerny światowe już się u nas zainstalowały. W Polsce mieszka także wielu obcokrajowców, którzy są przyzwyczajeni do spożywania energetyków. Konkurencja jest ogromna. Chcąc nadążyć pomagamy sobie pijąc energetyk. Myślę, że z różnych propozycji, które mogą wspomagać człowieka, to ta jest jedną z najzdrowszych. 

Mówi pan, że był pierwszy w Polsce, który zaczął produkować energetyki. Jak pan wpadł na ten pomysł?

To było już dawno temu. Wracałem z Wiednia samochodem, byłem zmęczony i zatrzymałem się na austriackiej stacji benzynowej. Zobaczyłem na półce energetyk i po raz pierwszy go spróbowałem. Zapłaciłem za niego dość dużo, bo chyba dwa euro. Wróciłem do firmy i postanowiłem sprawdzić, czy to opłacalny biznes. Okazało się, że już wtedy była to licząca się branża na świecie. Postanowiłem produkować napój energetyczny w Polsce. Tyle że w proszku - do rozpuszczania. 

I poszło tak od razu? 

Nie do końca. Jakiś czas później dostałem pismo od Red Bulla, że opakowanie mojego produktu kojarzy się z ich puszką. Zrezygnowałem wtedy z proszku i zacząłem produkować napój w puszce. Później już nie było żadnych problemów. 

Kiedy to było?

Jakieś 12 lat temu. Red Bull już był wtedy w Polsce. Ja wtedy byłem specjalistą od produkcji deserów, ciast, galaretek, budyni. 

Black to pana największy sukces?


Tworzyłem od zera 6 marek. Taką moją największą dumą jest chyba jednak marka Gellwe. Stworzyłem ją nie mając środków na ten biznes, w wieku 20 lat. Tworzenie kolejnych marek, kiedy już posiada się duży kapitał i sztab ludzi, jest o wiele prostsze. 

Mówi się, że jest pan biznesmenem, który dobrze kopiuje pomysły innych. 


Moja filozofia biznesu polega przede wszystkim na tym, aby być kreatorem, bo to daje największą satysfakcję. Ale na przykład, gdy jestem w Stanach Zjednoczonych, a bywam tam często, obserwuję tamtejsze produkty i zjawiska. Staram się wynajdować produkty, które można zaadoptować, uwzględniając przyzwyczajenia naszego społeczeństwa. Pod marką Gellwe wprowadziłem do Polski jako pierwszy muffinki. To był właśnie pomysł ze Stanów Zjednoczonych. Obserwuję rynek i jeśli znajdę produkty, które mają szanse przypaść do gustu Polakom – działam.

A nasz rynek jest w stanie przyjąć dużo produktów, które są na Zachodzie, a u nas nie? Mam wrażenie, że wszystko już jest w Polsce. 

Rzeczywiście, półki polskie i europejskie praktycznie się nie różnią. Najbardziej rozwinięty rynek jest chyba w Stanach i jest on w stanie zaskoczyć mnie fajnymi pomysłami. 

Wracając do rynku wspomagaczy. Twierdzi pan, że pomagają nam się rozwijać jako kraj. Bardzo często pojawiają się jednak zarzuty, że te napoje nie są zdrowe. Czy to nie jest dorabianie się na "wyścigu szczurów"?

Ja też piję energetyki, ale nie po cztery puszki dziennie. Wypijam codziennie jedną puszkę bez cukru i ona mi pomaga. Nie sądzę, aby energetyk mógł być problemem dla kogoś kto pije go z głową. Czeka na nas wiele pokus, na przykład w sklepach monopolowych - niemal na każdym rogu. Moim zdaniem to są większe zagrożenia niż jedna czy dwie puszki energetyka. To mniej więcej tyle, co dwie małe kawy. 

Jak widzi pan przyszłość Polski przez pryzmat energetyków i naszego rozwoju. Kiedy nasz kraj rozwinie się na tyle, że sprzedaż energetyków zacznie spadać, a work-life balance zacznie nabierać większego znaczenia?

Jeżeli osiągniemy sukces, zaczniemy patrzeć inaczej na życie. Zapewne pojawią się nowe produkty. Niedawno wypuściliśmy Blacka bez tauryny, jedynie z kofeiną. To ukłon w stronę ludzi, którzy bardziej dbają o zdrowie. Ale człowiek zawsze będzie potrzebował energii, a producenci będą potrzebować coraz to nowych rozwiązań, aby dotrzeć do klienta. 

A ta obecna gonitwa za rozwojem jest pańskim zdaniem pozytywnym zjawiskiem? 


Weszliśmy do Europy i dużo z niej czerpiemy. Nawyki, przyzwyczajenia i potrzeby. Pewnie za jakieś ok. 3 lata sprzedaż napojów energetycznych osiągnie tendencję zmniejszającą.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Od dziś zupełnie nowe naTemat.pl 4.0. To największa zmiana w historii serwisu
0 0Grupa naTemat nigdy nie była tak popularna jak teraz. Dziękujemy!
0 0Ostatni przystanek twojego pupila: witamy w krematorium dla zwierząt
0 0Radziecki sprzęt i brak śpiworów. Żołnierz opisuje, co zobaczył w wojsku: "Nie wiedziałem, że jest aż tak źle"
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"