
Niektórzy widzą w nim dziedzica polityki Miklosa Horthyego – słynnego „admirała bez floty w kraju bez morza”. Ale w ocenie Józsefa Debreczeniego lider Fideszu jest zdecydowanie dużo bardziej autorytarny. Bliżej mu raczej do Gyula Gömbösa – proniemieckiego premiera Węgier okresu międzywojennego, zadeklarowanego faszysty. Oto Viktor Orban w oczach swego dawnego doradcy, będącego obecnie zagorzałym krytykiem jego rządów.
Istnieje obawa, że zachodni rozwój, zbudowany na udoskonaleniu wolności jednostki, w drugiej połowie XX wieku dotarł na sam szczyt, skąd żadna już droga nie wiedzie na górę. W powietrzu unosi się zapach charakterystyczny dla okresu późnego Rzymu – albo coś do tego bardzo podobnego. A musimy wiedzieć: gnicie zaczyna się zawsze na peryferiach. W Europie Wschodniej – na Węgrzech.
Musimy wiedzieć i o tym, że Orban nie jest figurą operetkową. Nie jest Kaczyńskim i nie jest Fico (lewicowym premierem Słowacji – przyp. redakcji). Jest prawdziwym aktorem historycznym: „posłańcem czasów”. I teraz nadszedł jego czas. Nie ma takiej siły, która mogłaby go zatrzymać.
Napisz do autora: adam.gaafar@natemat.pl
