Chcesz być szczęśliwy? To wstań z krzesła! Dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska o tym, jak spełniać marzenia

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, dziś jeden z czołowych polskich terapeutów, swoją przygodę z psychologią rozpoczęła dopiero w wieku 45 lat Fot. Maciej Stanik


Zrób dyplom, opanuj Excela, bądź sumienny i pracowity. Zachowaj ostrożność, nie wychylaj nosa – licho nie śpi, a złodziej patrzy. Oszczędź sobie zachodu, to nie na twoje lata. Człowiek to mrówka, od przeznaczenia nie ucieknie. – Źle! – protestuje w rozmowie z naTemat.pl słynna polska psycholog i terapeutka uzależnień Ewa Woydyłło-Osiatyńska. Na marzenia jest tylko jeden sposób. Zacząć je realizować! Jak? Z pewnością nie siedząc na krześle.


Kiedyś od jednego z polskich milionerów usłyszałam, że tajemnica jego sukcesu tkwi w tym, że potrafi on marzyć w odpowiedni sposób. Tak, by poczuć zapach, dotyk i utwierdzić się w przekonaniu, że wymarzona rzecz stała się faktem. Czy zna Pani taką metodę na spełnianie marzeń?

Znam wielu ludzi, którzy czegoś pragną ze wszystkich sił i najwyżej spocą się z wysiłku, siedząc w tym swoim fotelu. Można do woli przypisywać sobie magiczne moce. Tylko przestają one działać, gdy na scenę wkraczają tzw. realia życia. Ciekawe, co by miał do powiedzenia pan milioner, gdyby zachorował na stwardnienie rozsiane bądź miał wypadek podczas szybkiej jazdy swoim ferrari.


To się nie mieści w biznesplanie.

Przykre zdarzenia nie mieszczą się w naszych planach, niemniej dzieją się każdego dnia.

To co robić?

Pierwsze, co należy uczynić w drodze do swoich marzeń, to wstać z fotela. Marzenia w pozycji siedzącej są niczym innym, tylko mrzonkami, które mają na nas destrukcyjny wpływ. Jestem wielką fanką dążeń i pragnień, które tym się różnią od marzeń, że polegają na działaniu.

Czy wstać z fotela i działać powinien każdy? A co z tymi, co lata swojej młodości mają daleko za sobą?

Pragnienia nie mają daty ważności, a moja historia jest tego najlepszym przykładem. Na studia psychologiczne wybrałam się dopiero w wieku 45 lat. Wówczas mieszkaliśmy z mężem w Los Angeles. On spełniał się zawodowo jako wykładowca w Antioch University, a ja pogłębiałam się we frustracji, pełniąc obowiązki gospodyni domowej. Nie mogłam wytrzymać w domu, no bo ileż można chodzić na te miłe i ładne spacery.

Spacery po Los Angeles – wielu nie wzgardziłoby taką perspektywą.

Z tym że człowiek czuje się spełniony i szczęśliwy jedynie wówczas, gdy ma poczucie sprawczości. Można go doświadczyć tylko poprzez działanie, a nie spacerowanie. Dlatego uwielbiam pracować i nie znoszę nieróbstwa. Jest mi obca nasza chrześcijańska wizja pracy jako kary za wygnanie z raju. Dlatego ta piękna Kalifornia stała się dla mnie więzieniem. Oświadczyłam mężowi, że wracam do Polski. Moja decyzja wystraszyła małżonka, zaproponował mi, bym rozpoczęła studia psychologiczne na jego uniwersytecie. To, co zaczynało się jako metoda na wypełnienie luki i zabicie czasu, okazało się kąpielą w źródlanej wodzie.

Czy nie miała Pani oporów przed wywróceniem życia do góry nogami ze względu na swój wiek?

Jeżeli chodzi o zawód psychologa, to mój wiek był jak najbardziej odpowiedni. Uważam, że wyboru tak trudnej profesji, jaką jest praca terapeuty, nie należy dokonywać świeżo po maturze. O tej ścieżce zawodowej najlepiej jest myśleć po trzydziestce. Jest to domena ludzi dojrzałych emocjonalnie i życiowo.

Taki początkujący terapeuta, gdy wybierze ścieżkę kliniczną, ma do czynienia z chorobą psychiczną, zaburzeniem osobowości i funkcjonowania. Jak ma udźwignąć to dwudziestoparolatek, 10 minut po dyplomie? On jeszcze sam guzik wie o życiu. Nic nie przeżył: dostawał kakao na śniadanie, szedł na lekcje, a jedyny stres, którego w życiu doświadczał, to ten podczas sesji. Całego życia uczymy się dopiero po studiach. Droga do biegłości klinicznej nie kształtuje się dzięki książkom, tylko poprzez własne doświadczenia życiowe.
Z Pani słów wynika, że najlepsze decyzje to te zapadające dopiero po 30-tce. A co mamy robić do tego czasu? Nie przeszkadzało Pani to, że odnalazła Pani swoją drogę tak późno?

W najmniejszym stopniu. Zawsze wiedziałam, czego chcę.

Czy to oznacza, że Pani zawsze była przekonana do kariery psychologa? Czekała Pani jedynie na odpowiedni moment?

Gdy mówię, że zawsze wiedziałam, czego chcę, nie mam na myśli konkretnej profesji. Wszystko, czego pragnęłam, to żyć ciekawie i nieustannie się rozwijać. Zanim zostałam studentką Antioch University, skończyłam historię sztuki i dziennikarstwo. Pracowałam w Muzeum Narodowym i mediach. Nie bałam się dokonywać zmian i przymierzać coraz to nowe szaty. Działałam, a nie marzyłam. Jest tylko jeden sposób dowiedzieć się, czy odnaleziona para butów jest twoja: wejść w nie. Nie przekonasz się do tego, przyglądając się z boku.

Tylko na dobry początek to jeszcze warto te buty zauważyć.

Dlatego całe swoje życie rozglądałam się dookoła i wykorzystywałam każdą szansę, która pojawiała się na mojej drodze życiowej. Gdy niebezpiecznie zbliżałam się do przepaści, to szybko zmieniałam kierunek. Jak widziałam krzak poziomek, to kucałam, by je zjeść. Inni, wpatrzeni w swoje wielkie odległe marzenie, przeszliby obok tych smakołyków.

Nie bałam się zmiany i dziś zbieram owoce tej wszechstronności. Piszę książki, wykładam, pomagam ludziom z problemami. Żaden czas nie był stracony. Trzeba nieustannie próbować i pochłaniać wiedzę.

A co z tymi, którzy gonieni obsesją na punkcie jednego marzenia mijają te poziomki?

Jestem daleka od wydawania osądów, bo nie ma jednej uniwersalnej recepty na udane życie. Prawdą jest jednak to, że nasza droga staje się coraz bardziej klarowna z biegiem czasu, gdy nabieramy doświadczenia i odrzucamy te opcje na życie, z którymi nam nie po drodze.

Zdarza nam się jednak odrzucać także słuszne drogi. Wszystko dlatego, że w pędzie za swoimi wyobrażeniami mamy klapki na oczach.

Są to tzw. destrukcyjne marzenia. Mamy z nimi do czynienia wówczas, gdy pragniemy czegoś, na co mamy znikomy albo żaden wpływ. Marzę, żeby zostać baletnicą, tymczasem mierzę metr czterdzieści i mam grube nogi. Mając takie uwarunkowania fizyczne, warto omijać szerokim łukiem szkołę baletową, bo inaczej skażesz się na wieczne rozczarowania i pretensje do losu.

Tyle że mantrą naszych czasów jest słynne powiedzenie „Sky is the limit”.

Wielki poeta mówił: „Mierz siły na zamiary”. I miał rację. Nikt mi nie zabroni marzyć o podróżach dookoła kuli ziemskiej. Tylko co z tego, skoro urodziłam się w małym miasteczku, gdzie w każdym parterowym mieszkaniu była melina. Z takim dziedzictwem to ja nawet do Siedlec nie dojadę, co dopiero do Sidney. Dlatego kluczowe znaczenie ma świadomość własnego potencjału i możliwości. Marzenia trzeba budować razem ze sobą i przy okazji dużo się uczyć. Jeżeli chcę być himalaistką, to powinnam nauczyć się prowadzić aktywny tryb życia, dużo ćwiczyć i wypracować kondycję.
Sky is the limit? Proszę bardzo. Z pewnością jednak – nie ustaję powtarzać – nie dotrzesz do szczytu, siedząc na kanapie. Masz większe szanse, jeżeli przynajmniej spróbujesz postawić pierwszy krok. Możesz podstawić sobie stołek czy drabinę, czy też poprosić, żeby ktoś cię podniósł na swoich plecach. Mniejsza o strategie, kluczowe jest działanie. Mamy tylko jedno życie, dlaczego więc przeżywać je, siedząc na fotelu pasażera. To mój świat, a ja jestem w nim kierowcą.

Tymczasem wielu udaje, że nie ma prawa jazdy. Dlaczego?

Jedni nie wiedzą jak, inni boją się osądu. Trzeci wierzą w fatalizm. Co się będę wysilał, skoro i tak nie uniknę przeznaczenia – mówi sobie taki. Tymczasem człowiek to nie ameba, nie jest bezwolnym stworzeniem. Zawsze mamy jakiś wpływ, nawet gdy los nie sprzyja.

Inni boją się porażki i bólu.

Problem nie tkwi w tym, że od czasu do czasu doświadczamy porażki, tylko w naszym podejściu do niej. Słynna polska pływaczka Otylia Jędrzejczak podczas swojego wystąpienia na Kongresie Kobiet przyznała, że traktuje własne porażki jako przystanki w drodze do sukcesu. Zatrzymujemy się na przystankach, by odpocząć, zastanowić się, zmienić konia w razie potrzeby. Ryzyko i porażka stanowią nieodłączną część naszego życia. Tak już jest: jedna próba się powiedzie, a trzy kolejne zakończą się porażką. Trzeba to traktować jako cenne lekcje życia, warto wyciągnąć wnioski i w przyszłości omijać przyczyny naszych niepowodzeń.

Pogodzić się z własną porażką to tylko część zadania. Trzeba jeszcze przełknąć ten fakt, że gdy ty masz pod górkę, innym wszystko spada z nieba. Co robić z takim poczuciem?

To jest normalny ludzki odruch, dlatego należy pozwolić mu zaistnieć i zobaczyć, jak będziesz się czuł w jego towarzystwie. Poczucie goryczy nie należy do przyjemnych. Co gorsza, wyrządzasz krzywdę tylko sobie. Warto zadać sobie pytanie: czy chcesz żyć wśród nieudaczników, a może jednak obracać się w towarzystwie ludzi sukcesu?

Zdecydowanie wolę zamożną Szwajcarię od pogrążonej w wojnie domowej Syrii.

No i mamy odpowiedź.

Porażka porażce nierówna. Zdarzają się i takie, po których nie da się podnieść. Na przykład, gdy niszczą nasze zdrowie.

I to niby ma być powód, by się poddać? Opowiem Pani historię swojej byłej studentki, a obecnie koleżanki Jolanty Kramarz. Jest bardzo aktywnym człowiekiem, ma dyplomy akademickie, dowodzi kilkoma fundacjami naraz, w tym „Vis Maior” i „Pies Przewodnik”. Problem z Jolą jest taki, że jest całkowicie niewidoma. Dzwoni do mnie kiedyś i mówi: „Ewo, właśnie wróciłam ze Stanów Zjednoczonych. Takie niesamowite rzeczy tam widziałam. Musimy się koniecznie umówić na kawę. Wszystko ci opowiem”. Jola podjęła decyzję żyć niezależnie od zewnętrznych warunków. Gdy opadają nam ręce, warto pomyśleć sobie o takiej Joli Kramarz.

Może wielkie znaczenie ma też otoczenie, w którym żyjemy?

Jola miała szczęście, że w jej otoczeniu znaleźli się ludzie, którzy nad nią nie biadolili, tylko traktowali jak każdego innego normalnego człowieka.

A gdyby miała dookoła tłum tzw. przeszkadzaczy?

Przeszkadzacze również spełniają swoją pożyteczną funkcję. Nie ma nic gorszego, niż ogłuchnąć na wszystkie głosy. Wówczas nie usłyszymy, jak zbliża się tsunami. Warto słuchać rady innych i dokonywać selekcji.

Co ma Pani na myśli?

Z dystansem warto traktować np. porady rodziców, którzy kochają nas nad życie. I to, paradoksalnie, staje się problemem. Rodzice są słabo wyposażeni w dobrą troskę. Mają swoje lęki i dla własnego spokoju nie puszczą nas na studia za granicą bądź w podróż po Europie autostopem. Dla swojego ciepełka nie pozwolą nam porzucić jednych studiów i pójść na wymarzony kierunek. Mają ideę fiks, by synuś został lekarzem i przedkładają swoje marzenia nad jego pasje. Owszem, możesz sobie malować i rzeźbić, ale dopiero, gdy przyniesiesz dyplom lekarza.

Jakie porady zatem warto brać do serca?


Najlepiej, gdy wypływają one od osób niemających z nami związków emocjonalnych. Na przykład taki coach. On wie, że osiągnięcie celu daje taką porcję adrenaliny, tak bardzo uszczęśliwia, że człowiek jest w stanie przenosić góry. To poczucie jest warte zachodu.
Jest Pani oddaną fanką aktywnej postawy życiowej. Całkowicie neguje Pani istnienie losu?

Z racji swojej pracy dużo przebywam w polskich więzieniach. Niedawno odwiedziłam kobiece więzienie z okazji rocznicy tamtejszego ośrodka terapii. Spotkałam tam kobietę skazaną na 20 lat odsiadki za zamordowanie swojego oprawcy. Podczas rozmowy z nią uderzyła mi do głowy myśl, że jest to czysty przypadek, mogło być dokładnie odwrotnie.

Czyli jak?

Ona urodziła się w rodzinie, gdzie nadużywano alkoholu, jakiś drań molestował ją od 5. roku życia, a wszystko, co w życiu widziała, to syf i patologia. Ja natomiast przyszłam na świat w domu, gdzie nie było ani jednej ściany bez regałów pełnych książek, a moja mama nieustannie dbała o mój rozwój. Uprawiałam rozmaite sporty: pływanie, szermierkę czy tenis, w który gram do tej pory.

A co by było, gdybym urodziła się jej mamie i jej ojcu? Znalazłabym się za kratkami jeszcze szybciej, bo z racji swojego temperamentu zamordowałabym oprawcę po 5 minutach, a nie kilku latach nękania mnie. Życie jednak było bardziej łaskawe w stosunku do mnie. To nazywam losem, czyli dziedzictwo, z którym przychodzimy na świat. Lecz to już od nas zależy, jaką drogę obierzemy później.

No właśnie. Punkt startu mojego bogatego kolegi jest położony na poziomie mojej mety. Więc mam o wiele trudniej w drodze na szczyt niż on. Jak walczyć nawet wtedy, gdy już nie ma sił?

Przytoczę Pani metaforę żeglarza, która celnie oddaje nasze zmagania o lepsze miejsce pod słońcem. Gdy wypływasz z portu, wybierasz punkt docelowy. Oczywiście, najlepiej dopłynąć do niego w linii prostej. Tymczasem każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z żeglarstwem wie, że prawie niemożliwe jest przewidzieć, z której strony będzie wiał wiatr.

Nie jesteśmy w stanie zgadnąć, który żagiel ci poszarpie, czy nadciągnie sztorm, czy też szkwał. A może wiatr i fale będą tak silne, że wywrócą twój jacht do góry nogami. Pogubisz wszystkie toporki, będziesz musiał suszyć cały dobytek przez dobę.

Jaki z tego morał?

Wyruszając z portu, jesteś zdany tylko na siebie. Wybierasz więc sposób, który pomoże ci dopłynąć do wybranego miejsca. Nastawiasz żagle, nagle widzisz, że za bardzo dryfujesz, no to dziobem się zwracasz. Myślisz sobie: dobrze, wrócę na ten kurs, ale jak na razie muszę utrzymać się na powierzchni. Więc płyniesz w drugą stronę, tzw. trawersem. Po chwili orientujesz się, że zbyt oddaliłeś się od kursu, nie chcesz zgubić celu, więc nastawiasz żagle w przeciwną stronę i próbujesz złapać kierunek. I znów pech! Przychodzi flauta, czyli cisza morska. Zero wiatru. Masz jednak jedno wiosełko, wiosłujesz nim ze wszelkich sił i tu trafiasz na mieliznę. Próbujesz odepchnąć się wiosełkiem czy też wołasz SOS. Tak samo jest z naszym życiem. Przecież nie zostaniesz na tej mieliźnie po wieki wieków tylko dlatego, że jesteś pełen żalu do losu, który podrzuca ci kolejne kłody pod nogi.

Jest jeszcze jedna ważna prawda. Jak wyruszasz w morze sam, jest większe prawdopodobieństwo, że zginiesz. Natomiast jeżeli na twoim żaglowcu znajdą się inni ludzie, to szanse na przeżycie gwałtownie wzrastają. Jak przyjdzie szkwał, ktoś będzie trzymał jeden żagiel, ty drugi, a trzeci będzie przy sterze. Wybierając się w wyprawę, zwaną życiem, najlepiej nie robić tego w pojedynkę. Przeżyjesz, gdy dookoła będziesz miał wspierających cię ludzi.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska terapeutka uzależnień w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. W Fundacji im. Stefana Batorego kieruje Regionalnym Programem Przeciwdziałania Uzależnieniom.

Artykuł jest częścią magazynu Hardcover na:Temat 3/2016, którego patronem jest Deutsche Bank Polska.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Od dziś zupełnie nowe naTemat.pl 4.0. To największa zmiana w historii serwisu
0 0Grupa naTemat nigdy nie była tak popularna jak teraz. Dziękujemy!
0 0Ostatni przystanek twojego pupila: witamy w krematorium dla zwierząt
0 0Radziecki sprzęt i brak śpiworów. Żołnierz opisuje, co zobaczył w wojsku: "Nie wiedziałem, że jest aż tak źle"
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"